Azja Fotografia Japonia Podróże

Kocie opowieści z wyspy przyszłości. Gōtoku-ji i Miraikan

Japonia ma dwa oblicza. Stare i nowe, tradycyjne i nowoczesne. Nie znam drugiego takiego kraju, któremu tak doskonale udałoby się połączyć obydwie te skrajności. Nie dość, że są, to jeszcze koegzystują ze sobą w tak harmonijny sposób jak yin i yang. Masz dość plastiku, neonów i laserów? Udajesz się do kilkusetletniej świątyni. Na myśl o wszechogarniającej ciszy dostajesz gęsiej skórki? Nic trudnego – znajdą się miejsca, w których poczujesz się jak Marty McFly z Powrotu do przyszłości. Wizyta w kociej świątyni z XV wieku połączona z odwiedzinami w Muzeum Przyszłości? Do zrobienia w jeden dzień.


Może i byliśmy w Japonii tylko dwa tygodnie, ale już jestem w stanie powiedzieć, że najbardziej klimatyczne, najbardziej kojarzące się z tą charakterystyczną, senną atmosferą japońskich przedmieść znaną z anime oglądanych na Polsacie za dzieciaka, będą dla mnie dzielnice takie jak Yanaka czy Setagaya (世田谷区), która kryje w sobie uroczą, malutką świątynię po brzegi wypełnioną przepełnioną ponad 1 000 (słownie dla niedowiarków: tysiącem!) podobizn kotów Maneki-neko.

DSC_8412 P1990561 P1990562

Gōtoku-ji (豪徳寺) – świątynia Maneki-neko

Skąd tyle kotów i co one właściwie tam robią, poza tym, że świetnie wyglądają na Instagramie i budzą zazdrość znajomych-kociarzy? Ze świątynią Gōtoku-ji (豪徳寺) wiąże się legenda, w której to biedny mnich wybudował niegdyś nie mniej biedną chatkę. Ledwo starczało mu na życie, ale zawsze starczało na opiekę nad swoim futrzastym przyjacielem z którym dzielił się każdym posiłkiem i dbał o niego jak o własne dziecko. W końcu postawił swojemu kotu ultimatum mówiąc, że skoro jest taki wdzięczny, niech sprowadzi nieco szczęścia na to nędzne domostwo. Kilka miesięcy później dom mnicha odwiedziła grupa wracających z polowania samurajów, którzy zaintrygowani machającym do nich w geście zaproszenia kotem postanowili odpocząć i zrelaksować się przy herbatce. Jakież było wielkie zdziwienie gdy, jak to w legendach bywa, czyste niebo nagle zrobiło się szare i rozpętała się okropna burza. W trakcie ulewy jeden z samurajów postanowił zdradzić mnichowi swą prawdziwą tożsamość mówiąc, że tak naprawdę nazywa się Naotaka Ii, król Hikone i dzięki kotu, który zwrócił jego uwagę, usłyszał cichą modlitwę mnicha. Pomyślał wtedy: niech mnie kule biją, to musi być wola Buddhy i po powrocie do swojego królestwa podarował mnichowi ziemie, aby ten zainwestował w nędzną chatkę, która wkrótce potem stała się w pełni legalną i podziwianą świątynią. I tak oto kot zasłużył sobie na miano symbolu szczęścia, bogactwa i powodzenia w miłości. Podobno potrafi chronić też dzieci przed chorobą, a więc nic, tylko kupić własnego Maneki-neko w sklepiku położonym tuż obok świątyni i czekać, aż zasypie nas deszcz złotych monet. Oczywiście, że kupiliśmy swój egzemplarz. Stoi na półce w salonie i dalej czekamy, aż z sufitu zacznie padać dolarami. Podobno nadzieja umiera ostatnia.

DSC_8414 P1990569 P1990568 DSC_8436 DSC_8427 DSC_8435

Co stanowi fajny smaczek, w witrynie każdego sklepu, sklepiku, kawiarni czy chociażby zakładu fryzjerskiego położonego w okolicy świątyni przesiaduje Maneki-neko, po designie większości z nich widać, że zakupiony został właśnie w Gōtoku-ji. Ja zresztą zawsze sobie powtarzałam, że jeśli wspierać cudzy biznes, to chociaż lokalny!

Odaiba – sztuczna wyspa Tokio

Zmieniamy klimat i dzielnicę, z której atmosferą tak ciężko się rozstać na sztuczną wyspę Odaibę wybudowaną w Zatoce Tokijskiej w połowie XIX wieku. Początkowo mająca pełnić rolę obronną, dziś w umysłach wielu ludzi funkcjonuje jako namiastka futurystycznej Japonii, przede wszystkim dzięki obecności Narodowego Muzeum Nowoczesnej Nauki i Innowacji – Miraikan.

DSC_8441

Na wyspie znajduje się też wiele biurowców należących chociażby do sieci telewizyjnej Fuji TV, kopia nowojorskiej Statuy Wolności, centra handlowe, nowoczesne hotele i Most Tęczowy, łączący Odaibę z centrum Tokio, jeden z najbardziej charakterystycznych punktów widokowych. Podróż na Odaibę odbywa się za pomocą bezzałogowej, jednoszynowej kolejki Yurikamome, której punkt startowy stanowi stacja Shinbashi. Najlepiej zająć miejsce z przodu pierwszego wagonu, bo jeśli nie wyprzedzi nas mniejsze, sprytniejsze i szybsze niż my japońskie dziecko, będziemy mogli nacieszyć oczy doskonałym widokiem na port tokijski oraz most.

P1990661 P1990652 P1990758 DSC_8587 DSC_8566-horz

Zanim naprawdę się rozkręcę i przejdę do Muzeum Przyszłości, w zasadzie jedynego miejsca, które odwiedziliśmy poza centrum handlowym, w którym kupiłam spodnie piżamowe we flamingi, a Piotr T-shirt z górą Fuji, zadam sobie i Wam fundamentalne pytanie: czy z naszej perspektywy warto wybrać się na Odaibę? No tak średnio bym powiedziała, tak średnio. Z pewnością nie był to dla nas najmocniejszy punkt japońskiego programu. Muzeum, choć jest wizualnym sztosem, trochę rozczarowało, a spacerując po wyspie nie mogliśmy się pozbyć wrażenia, że faktycznie maszerujemy po sztucznym bycie ze sztucznie pompowanymi atrakcjami, które po głębszym zapoznaniu się nie mają aż tak wiele do zaoferowania.

To nie tak, że w muzeum nam się nie podobało. Ono jest bardzo ładne, niektórych może pasjonować, ale w większości skierowane jest do: a) Japończyków, b) dzieci i nastolatków, podobnie jak warszawskie Centrum Nauki Kopernik. Młodzi odbiorcy (nie to, że jesteśmy starzy, ale szkołę mamy już dawno za sobą) czerpią sporo frajdy z wystaw interaktywnych, których znacząca większość nie została przetłumaczona na angielski. Główna wystawa dzieli się na trzy części, pierwsza zadaje pytania o życie w kosmosie, druga skupia się na technologii przyszłości, robotyce, zrównoważonym rozwoju i ekologii w futurystycznym świecie, trzecia natomiast pozwala odkryć Ziemię i pogłębić wiedzę na temat planety, na której żyjemy.

DSC_8505

Największa atrakcja Miraikan, zarazem najczęściej fotografowany (zasłużenie!) punkt przestrzeni, zajmuje ogromna makieta kuli ziemskiej podwieszona pod sufitem. Pokryta ponad 10.000 paneli OLED wyświetla aktualne informacje na temat jej kondycji, stopnia zanieczyszczenia, ryzyka wymarcia języków na poszczególnych kontynentach, a w przerwach pomiędzy tymi mało wesołymi danymi, różnego rodzaju firmy i animacje. I ta kula, drodzy państwo, skradła nam serca! Jest piękna! Można ją obejść w około, można się pod nią położyć na leżaku, można też się na nią patrzeć godzinami.

DSC_8443 DSC_8469-horz DSC_8466 DSC_8541 P1990710

Rzutem na taśmę zdążyliśmy na ostatni tego dnia pokaz robota ASIMO, który na początku XXI wieku zwiastować miał nadejście ery sztucznej inteligencji. Pewnie pamiętacie te wizje z początku lat dwutysięcznych, kiedy straszyło się, że roboty wygryzą ludzi, w telewizji puszczano A.I. Sztuczna Inteligencja, i w ogóle to miał nastąpić koniec świata, bo lata temu przewidział go jakiś średniowieczny wieszcz (ja w to wierzyłam, naprawdę). Muszę przyznać, że zapowiedź ASIMO potęgowała napięcie, które zniknęło z chwilą, gdy tylko robot wyłonił się zza kotary. Potrafi się przywitać, biegać, skakać, kręcić się dookoła i kopnąć piłkę, ale to chyba jeszcze za mało, aby zawładnąć światem? Jest uroczy… i w zasadzie tyle.

DSC_8501 DSC_8482 DSC_8480

Poza kulą ziemską, zaciekawił nas moduł mieszkalny ze stacji kosmicznej ISS, bo wszystko związane z kosmosem jest fascynujące i fajnie jest sobie wyobrazić, jakby to było pomieszkać w próżni kosmicznej, ale też modele humanoidalnych robotów. Te ostatnie trochę z gatunku creepy i disturbing (niestety nie potrafię znaleźć równie pasujących słów w języku polskim), a mimo tego cieszyły się bardzo dużym zainteresowaniem odwiedzających.

DSC_8453-horz

Po wizycie wstąpiliśmy do muzealnego sklepiku po… jedzenie, a cóżby innego? W koszyku znalazł się liofilizowany sernik, taki jaki mógłby zjeść astronauta na swoim statku kosmicznym przypominający słodką, rozpływającą się w ustach kostkę z cukru pudru i ciasteczka z super jednokomórkowymi glonami, które mają w sobie tak dużo witamin, mikro- i makroelementów, że sama Anna Lewandowska mogłaby się złapać za głowę z wrażenia.

DSC_8549

Popołudnie spędziliśmy w okolicy centrum handlowego DiverCity Tokyo Plaza. Niekoniecznie interesowały nas wystawy sklepowe, ale byliśmy bardzo głodni, więc zdecydowaliśmy się wstąpić do strefy gastronomicznej. Gdy słońce zdążyło już zajść, przed centrum handlowym, tuż pod gigantyczną podobizną robota Gundam z anime o tej samej nazwie, zgromadził się tłum ludzi sugerujący, że wkrótce wydarzy się coś ciekawego. Przez jedną, małą chwilę miałam cichą nadzieję, że robot po prostu powie, że ma dość robienia za maskotkę galerii handlowej i ruszy rozwścieczonym krokiem przed siebie, ale w ostateczności skończyło się na wyświetleniu fragmentów anime i krótkiego pokazu świetlno-ruchowego.

DSC_8559-horz DSC_8603 DSC_8592

Tuż przed opuszczeniem Odaiby zrobiliśmy sobie z Piotrem jeszcze mały prezent – odbyliśmy kolejną Instagram mission, czyli odnaleźliśmy jedno z miejsc, które na Instagramie zrobiło na nas ogromne wrażenie. Miejsce okazało się być nowo zbudowanym hotelem i biurowcem do wynajęcia, do którego dostaliśmy się trochę nielegalnie, bo bez wymaganej karty wstępu. Mieliśmy lekki stres, gdyby ktoś zapytał nas, dlaczego śmigamy po piętrach i korytarzach jak opętani po 22.00, ale nikt się nami zupełnie nie zainteresował. Dobrze się stało, ale do takich budynków warto wchodzić nawet na nielegalu. I poza kulą ziemką w Muzeum Przyszłości, nasza instagramowa misja była najbardziej ekscytującą częścią podróży na Odaibę.

DSC_8759 DSC_8764 DSC_8769 DSC_8673