Fotografia Japonia Podróże

Tokio. Święte miejsca, dynie i roboty

Kolejny dzień w Tokio. Aklimatyzacja trwa, jetlag nie daje żyć. Po trzydziestu godzinach bez snu udaje nam się zdrzemnąć zaledwie na kilka godzin. Budzimy się o 4.00 nad ranem, o 4.30 wychodzimy z domu. Spać i tak nie możemy, więc to dobra okazja i prawdopodobnie jedyna szansa, aby zobaczyć stolicę Japonii zanim na dobre wybudzi się ze snu.


Po deszczu nie było już ani śladu, więc niespiesznie wybraliśmy się na piechotę do parku Yoyogi znajdującego się w sąsiadującej Shibuyi. Z pełnym przekonaniem mogłam wtedy i mogę teraz napisać, że była to jedna z najlepszych decyzji podczas całego wyjazdu.

DSC_6722

Park Yoyogi o poranku to doświadczenie absolutnie fenomenalne. Wokół panuje cisza, nie ma żywego ducha poza dwójką czy trójką staruszków, którzy wybrali się na spacer do świątyni. Wczesnoporanne światło przebija się pośród gałęzi, tworząc atmosferę niczym ze snu, balansującą na granicy fantazji i realnego świata.

P1970427

DSC_6725-horz

DSC_6727

DSC_6728

W ciągu dnia zupełnie zmieni się tu klimat. Po sennej atmosferze nie będzie śladu, głośne rozmowy turystów z całego świata zastąpią ciszę, a japońscy dziadkowie i japońskie babcie ulotnią się jak gdyby nigdy ich tam nie było. Wstawanie przed wschodem słońca w podróży jest cholernie ciężkie, nie ukrywajmy. Wyjeżdżasz po to, aby odpocząć, a ostatecznie okazuje się, że na wyjeździe „pracujesz” ciężej niż na co dzień w Polsce. Tak wyglądała cała nasza podróż do Japonii, każdego dnia byliśmy zmordowani i niewyspani. W dalszym ciągu szukamy balansu, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abyśmy żałowali jakiegokolwiek wschodu słońca w jakimkolwiek miejscu na świecie. A w parku Yoyogi to już w szczególności.

DSC_6730

Na terenie parku znajduje się Meiji Jingu, najważniejsza świątynia wyznawców Shintō w Tokio, zbudowana w 1920 roku na cześć cesarza Meiji oraz jego żony. Ów cesarz przysłużył się Japonii otwierając ją na świat, w szczególności na Zachód, budując sieć kolei i wyprowadzając tradycyjną Japonię na nową ścieżkę intensywnego rozwoju. Zanim dotrze się do świątyni, mija się na swojej drodze kilka potężnych, drewnianych bram tori. Przed każdą należy się dwukrotnie ukłonić, oddając szacunek miejscu do którego zmierzamy.

W centralnej części parku nie sposób nie zauważyć białych beczek z nadrukowanymi grafikami i japońskimi znakami. W środku znajdują się różne odmiany sake, ufundowane przez rozmaitych japońskich darczyńców. Po drugiej stronie alei znajdują się natomiast beczki drewniane wypełnione francuskim winem, mające symbolizować bliski związek Japonii z zachodnimi krajami.

DSC_6733

Przed przekroczeniem progu świątyni należy dokonać rytuału oczyszczenia, tak ważnego w religii shintō. W każdej świątyni znajdują się tabliczki sugerujące turystom właściwy sposób zachowania, pokazujące krok po kroku, na czym polega oczyszczanie. Specjalnie pobrałam z Meiji ulotkę, aby nie zapomnieć i wszystko dokładnie rozpisać: za pomocą drewnianego nabieraka pobieramy wodę, opłukujemy lewą, później prawą dłoń. Następnie wlewamy wodę do lewej dłoni i opłukujemy nią usta. Ponownie opłukujemy lewą dłoń oraz nabierak i odkładamy go na miejsce.

W niemal każdej większej świątyni w Japonii można zakupić ema (絵馬), drewnianą tabliczkę wotywną, na której można spisać swoją prośbę, modlitwę lub podziękować za to, co mamy w życiu i zawiesić ją na wyznaczonym do tego stelażu znajdującym się przed świątynią. Tabliczki, ze względu na różnego rodzaju nadruki, nadają się też na pamiątkę, jednak w naszym przypadku skończyło się jedynie na losowaniu wróżb omikuji (御神籤). Z ciekawością czytałam jednak, za co na tabliczkach wotywnych dziękują ludzie z całego świata, niektóre teksty były bardzo wzruszające.

DSC_6732-horz

Japońskie świątynie wyróżnia także estetyka. Prosta, minimalistyczna, bazująca na naturalnych materiałach, takich jak drewno, kamień czy rośliny. Podczas gdy w buddyjskich stupach czy naszych rodzimych chrześcijańskich kościołach ze ścian i sufitów kapie złoto, w Japonii stawia się na minimalizm i związek z naturą. Większość elementów Meiji oraz prowadzących do niej bram wykonano z drewna cedrowego.

DSC_6743

P1970699

Dzień rozpoczął się pięknie, ale poźniej… było już tylko gorzej.

Bardzo zależało mi na odwiedzeniu Pałacu Cesarskiego (皇居) w Tokio. Przede wszystkim dlatego, że… nie doczytałam, że przez większość dni w roku pałac jest niedostępny dla zwiedzających, z wyłączeniem 23.12 (urodzin obecnego cesarza Akihito) oraz 2.01, kiedy to udostępniona zostaje zachodnia część obiektu, a i przy okazji można dostrzec na pałacowym tarasie samego cesarza z rodziną. Pałac usytuowany jest na terenie Ogrodów Cesarskich w dzielnicy Chiyoda (千代田区), niedaleko stacji kolejowej, więc dojazd nie sprawia żadnego problemu. Problem się pojawia, kiedy tak jak my, wysiada się po drugiej stronie i obchodzi cały kompleks wzdłuż murów obronnych, żeby potem polizać cukierek przez papierek, czyli zobaczyć pałac z perspektywy jednego z dwóch mostów, kamiennego i żelaznego. Straciliśmy tu sporą część dnia i mamy nauczkę, aby dokładniej weryfikować informacje, bo przyznam szczerze, że gdybyśmy pominęli zwiedzanie „jednej z największych atrakcji w Tokio”… zupełnie nic by się nie stało.

DSC_6753

P1970722

P1970711

DSC_6772

Tego samego dnia musieliśmy się błyskawicznie przetransportować z powrotem do Shinjuku, aby zdążyć na ustaloną godzinę do muzeum Yayoi Kusamy. Bilety do muzeum kupiliśmy kilka miesięcy wcześniej, czatując do 2.00 w nocy, bo do rana nie ostałby się nawet pojedynczy bilet. Yayoi Kusama to 89-letnia awangardowa artystka, której znakiem rozpoznawczym są… dynie, kropki i wystawa Infinity Mirror Room, lustrzany pokój wypełniony świetlnymi refleksami, dającymi wrażenie nieskończoności. Niestety nie zdążyliśmy na owe światełka, które miały wzbogacić kadry do filmu z Japonii, bo od maja zmieniono wystawę i zamiast nieskończenie wielu świateł, zobaczyliśmy nieskończenie wiele… dyń w czarne kropki.

P1970729

„PUMPKINS SCREAMING ABOUT LOVE BEYOND INFINITY
My beloved pumpkins.
My pumpkins, beloved of all the plants in the world.
When I see pumpkins, I cannot efface the joy of them being my everything, nor the awe I hold them in.
I have captured the dignity of such pumpkins and their eternal expression of love towards humanity here in this mirror room.
I invite you all to see this vast, unbounded field of pumpkins to discver how humans shall live their lives from now on.
Please unearth your own way of living life.”

Yayoi to artystka światowej sławy, dość trudna w odbiorze. Nie przypadkowo od lat ’70 przebywa w tokijskim szpitalu psychiatrycznym, a ze swoich problemów stworzyła własny styl i markę. Jej najdroższe dzieło sprzedano za ponad 5 mld dolarów. Niestety muzeum mocno nas rozczarowało. Bardzo długo czekaliśmy na wejście, w środku każdy ruch odbywał się pod czujną obserwacją pracujących w muzeum pań, a lista czynności, których robić nie wolno była dłuższa od listy tego, co robić wolno. Na dwóch piętrach znajdują się wielkoformatowe obrazy których nie wolno fotografować, na trzecim piętrze lustrzany pokój w którym można przebywać określoną ilość czasu, a na tarasie… duża dynia. I tak po kilku miesiącach oczekiwania na wstęp, całą wystawę zwiedziliśmy w 8 minut.

P1970745-horz

Drugą część dnia poświęciliśmy eksplorowaniu samego Shinjuku, jak sobie lubię myśleć – naszej dzielni, do której teraz mam duży sentyment. Shinjuku to jedna z najbardziej zatłoczonych dzielnic w Tokio. Po zachodzie słońca spływa tu masa ludzi, szukająca nocnych rozrywek. Dziwna to rzecz, ale w mieście ludzie nie przeszkadzali nam zupełnie. A przecież było ich całe mnóstwo. Kiedyś myślałam, że w Warszawie jest wielu ludzi… cóż, dziś wiem, że to wyłącznie kwestia perspektywy. Niemniej w stolicy bez problemu można na kogoś wpaść, otrzeć się lub zahaczyć, a w Tokio… Japończycy wydają się mieć zamontowane czujniki ostrzegające ich przed wpadnięciem na drugą osobę w tłumie, dokładnie tak, jak samochody mają czujniki pozwalające na bezkolizyjne parkowanie.

Szczególnie odczuwalne jest to na przejściach dla pieszych, kiedy z każdej strony napiera tłum, ale gdy sam idziesz w swoją stronę, ludzie rozpierzchają się jak ławica małych ryb w oceanie, kiedy przepływa przez nią jakaś większa koleżanka. Oczywiście zdarzyły nam się bliskie spotkania trzeciego stopnia z podpitymi Japończykami, kiedy to robią się nieco bardziej rozluźnieni, zadowoleni, odważni i nie stronią od przytulania (patrz: metro, wieczór, weekend), ale na co dzień kontakt cielesny z przedstawicielem innej kultury jest nie do pomyślenia.

P1970752-horz

P1970758

P1970759

P1970782

Jeśli chodzi o wrażenia wizualne, absolutnie uwielbiam Tokio nocą i jestem pewna, że Piotr się ze mną zgodzi. Światła, neony, pozorny chaos wkomponowany w idealny porządek to stuprocentowo moje klimaty. Z tego też powodu nie mogłam się oprzeć i musiałam poprosić o kilka zdjęć na pamiątkę.

DSC_6794-horz

P1970790-horz

DSC_6990

DSC_6932

DSC_6978

DSC_6943

Atrakcją wieczoru, uwielbianą przez tysiące i znienawidzoną przez inne tysiące, miała być wizyta w Robot Restaurant, znajdującej się w sercu rozrywkowej części Kabuki-cho. To dość głośna (słowo nie jest przypadkowe) atrakcja, która przyciąga uwagę niemalże wszystkich turystów odwiedzających Shinjuku. Nie sposób nie usłyszeć powtarzającej się w kółko melodii i głosu zachęcającego do odwiedzin, który po kilku razach zaczyna już działać na nerwy. Podobno Anthony Bourdain był zachwycony wizytą, a także wielu popularnych hollywoodzkich aktorów czy piosenkarzy, których zdjęciami wyklejono całą „poczekalnię”. Sami zarezerwowaliśmy bilety na jeden z ostatnich seansów dzień wcześniej u faceta w kolorowej koszuli i hippisowskiej duszy. Dlaczego to zrobiliśmy, skoro od początku trącało tandetą i pułapką na turystów? Ano właśnie dlatego – dla doświadczenia. Chcieliśmy się przekonać na własnej skórze, jak wygląda ta mniej poważna strona kraju, utrzymująca się z podsycania w turystach przekonania, że Japonia to dziwny kraj, w którym mieszkają dziwni ludzie lubujący się w jeszcze dziwniejszych rozrywkach.

Wejściu na teren Robot Restaurant towarzyszy atmosfera tajemnicy, cichego porozumienia klientów z obsługą. Po przejściu przez bramki schodzimy kilka metrów pod ziemię, po drodze mijając rozbawione i nieco speszone śliczne Japonki przebrane w fantazyjne stroje obklejone piórami i cekinami. Z restauracją to miejsce ma jednak niewiele wspólnego. Część dla gości przypomina tandetny bar w klubie go go, wspomniani goście w zasadzie też. Celowo wpuszcza się ludzi do baru przed startem pokazu, aby zdążyli jeszcze obkupić się w alkohol po zawrotnej cenie. Miejsce pękało w szwach, więc z braku siedzenia przyglądałam się towarzystwu. Bilans następujący: plastikowe panny o nadmuchanych ustach, równie plastikowi partnerzy, kilkoro hipsterów, faceci z na wpół gołymi klatami szukający podrywu, grupka dziewczyn wyglądających jakby uciekły z panieńskiego i może ze dwie zwyczajnie wyglądające i równie speszone co my pary. Pierwsze wrażenie? Nie najlepsze.

W końcu nadchodzi godzina zero. Zostajemy zaproszeni za kotarę i usadawiamy się na „trybunach” po obydwu stronach pomieszczenia, w którym będzie działa się akcja. Całe show trwa około 1,5h i składa się z kilku zabarwionych fabularnie układów taneczno-aktorskich, którym towarzyszą kosmiczne dźwięki, kolorowe światła, lasery, wymyślne stroje, smoki, węże, roboty, wielkie homary… praktycznie wszystko, co mogłoby się pojawić w chorym śnie. Każdą część spektaklu poprzedza przerwa, podczas której można kupić pamiątki, fluorescencyjne napoje i popcorn. Ta część, wbrew pozorom, wydawała się być najbardziej żenująca. Na początku przedstawienia mieliśmy bardzo niewyraźne miny. W głowie tłukła mi się cała masa myśli: rety, co ja tutaj robię, ale żenada, co za wstyd, nikomu się do tego nie przyznamy... Z biegiem czasu zaczęłam jednak dostrzegać jakiś urok w tym całym plastikowym szaleństwie.

DSC_6852

DSC_6871

P1980014

DSC_6881

Zdystansowałam się do tego, co widzę, starałam się łapać kontakt wzrokowy z tancerkami i uśmiechać się, jakkolwiek pokazać, że doceniam to, co robią. Doceniam, bo tak intensywny spektakl przez ponad godzinę potrafi być fizycznie wykańczający, a przecież odbywa ich się kilka w ciągu dnia. Później doczytałam, że dziewczyny należące do ekipy Robot Restaurant poświęcają godziny na dopracowywanie choreografii i dość mocno poświęcają się swojej pracy. To nie tylko kręcenie tyłkiem i uśmiechanie się do podchmielonych turystów z Zachodu, to sposób na życie – przynajmniej części dziewczyn, przynajmniej przez jakiś czas. Myślę, że mogą traktować swoje zajęcie jako pewien rodzaj sztuki, biorą udział w tworzeniu turystycznej iluzji, a po wszystkim ściągają stroje wróżek i walecznych księżniczek, zmywają make-up i cicho przemykają ulicami, spiesząc do swoich malutkich mieszkań.

W końcowym rozrachunku uczucia dość mieszane. Robot Restaurant ani nie grzeje, ani nie ziębi. Nie jestem zdolna pochwalić publicznie takiej, pisząc wprost, turystycznej tandety, z drugiej jednak strony… nie napiszę, że nie warto doświadczyć i zobaczyć samemu tego, co widzieliśmy i my. Nie wszystko w Japonii było wygodne, sporo rzeczy wykraczało poza nasze europejskie strefy komfortu, ale w zasadzie… czy to źle? Myślę, że nie. Po prostu inaczej.

P1970806

P1970815

P1980047

P1980056