Fotografia Japonia Podróże

Japonia. Początek iluzji

Japonia. Chyba nigdy nie miałam większej trudności aby rozpocząć jakiś cykl na blogu, niż w chwili obecnej. Co gorsza, że ciężko będzie opisać fenomen tego kraju wiedziałam już na wiele miesięcy przed wyjazdem. Pierwszy raz w życiu podróż wywarła na nas tak ogromne wrażenie, że wywrócenie mózgu na lewą stronę jest tylko bardzo dyplomatycznym sposobem wyrażenia tego, co naprawdę czuliśmy w środku. Potraktujcie więc ten wpis jedynie jako wstęp do tego, co w najbliższym czasie będzie działo się na blogu.


Wiecie. Mogłabym napisać coś bardzo mądrego i wysublimowanego, co podkreśli jak bardzo inna jest Japonia od wszystkich dotąd odwiedzonych krajów, jednak sądzę, że najrozsądniej będzie posłużyć się cytatem z jednej z książek, które polecę w dalszej części wpisu. Doskonale opisuje, co mam w głowie, gdy zaczynam myśleć o Kraju Kwitnącej Wiśni.

 

„Japonia na swój sposób jest swego rodzaju iluzją. Ktoś może argumentować, że przecież cały ten świat jest iluzją, którą ludzie tworzą wokół siebie, aby móc uporządkować to wszystko, co ich otacza i czego do końca nie potrafią pojąć. Tak, to prawda. Ja chcę jednak podkreślić tu coś innego, fakt iż Japończycy tworzą tę iluzję w zupełnie inny sposób. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że udało im się przesunąć granicę tego co zwiemy iluzją i rzeczywistością o jeden malutki kroczek w stronę świata niematerialnego, co stworzyło niesamowitą sposobność kreowania codzienności, niedającej się zachodnim umysłom jednoznacznie zdefiniować, wymykającej się naszym zmysłom i przesuwającej nasz sposób postrzegania na zupełnie nową płaszczyznę.

W tym kraju zaangażowanie się całym sobą w rzeczy, które wydają się nam zbyt ulotne i oderwane od rzeczywistości, jest o wiele łatwiejsze, niż gdziekolwiek indziej. Obdarzenie prawdziwą miłością wirtualnej idolki? Zamknięcie się w swoim świecie tak bardzo, że świat za drzwiami naszego pokoju staje się obcym i niebezpiecznym terenem, na który nie mamy odwagi wkroczyć? Tu naprawdę przychodzi to z zadziwiającą łatwością, gdyż cały otaczający nas świat zbudowany jest na iluzji. Każdy odgrywa tu jakąś rolę i postępuje według ściśle określonych schematów.

Jednak to od nas zależy, jak tę ułudę wykorzystamy. Czy będzie ona źródłem naszej radości, czy przygnębienia.”

 

I tak właśnie z tą Japonią jest. Ma wiele cech, za które można ją kochać oraz wiele innych, za które można nienawidzić. Już sama wielowarstwowość kulturowa i historyczna sprawia, że nie da się przejechać przez ten kraj obojętnie. Można zanurzyć się w codziennie życie, czytać, próbować zrozumieć, obserwować, dochodzić do wniosków mając przy tym cały czas szeroko otwartą głowę… Można też przeskakiwać z punktu A do punktu B, nie czytać niczego więcej poza przewodnikiem, polować z aparatem na ludzi ubranych inaczej, odwiedzić sklepy z fantazyjnymi gadżetami i wrócić do Polski z przekonaniem, że Japończycy to w ch*j dziwny naród.

Dwa tygodnie to zdecydowanie za mało czasu, aby czegokolwiek dowiedzieć się o Japończykach. Samą Japonię można co najwyżej liznąć, dlatego nie wierzcie nikomu, kto po dwóch czy trzech tygodniach spędzonych na wyspach japońskich będzie  twierdził, że o Japonii wie już wszystko.

„Satyryk Dave Barry z ironią stwierdził po trzytygodniowej podróży do Japonii, że nie został nagle ekspertem od mającej tysiące lat, niesłychanie złożonej i subtelnej kultury japońskiej, bo ‚na to potrzeba przecież co najmniej miesiąca'”.

Dlatego też wszystko, co zamierzam o naszej wyprawie napisać, będzie zdecydowanie mocno subiektywne. Z pewnością będę gdzieniegdzie podpierać się faktami wyczytanymi w sieci czy w książkach, niemniej nawet nie będę próbowała oceniać czegoś, czego oceniać nie mam prawa. Mogę co najwyżej napisać, co zobaczyliśmy i jak się z tym czuliśmy, natomiast mam zbyt dużą pokorę i szacunek, aby moc decydować o tym, czy obiektywnie cokolwiek w Japonii było spoko/nie spoko. Potrzebuję do tego jeszcze wielu kolejnych wyjazdów, a może ostatecznie i tak nie dowiemy się tego nigdy?

Wiem natomiast jedno. To była niesamowita przygoda za którą bardzo tęsknimy i obydwoje nie możemy doczekać się powrotu.

 

Trzymajcie się krzesełek, zaczynamy

Kilka danych taktycznych. Do Tokio przylecieliśmy przez Moskwę rosyjskimi liniami Aeroflot. Podróż przyjemna i bezpieczna, ale niesamowicie męcząca. Jeszcze w samolocie śmialiśmy się z lamusów, którzy to wymyślili sobie jetlag. W Azji Środkowo-Południowej nas nie dopadł, w Brazylii też nie, a dziś plujemy sobie w brodę. Trudno opisać to, co dzieje się z mózgiem, który przez okno samolotu obserwuje zachód słońca. Lecisz nad Syberią i jesteś pewien, że to cholerne słońce w końcu zajdzie i przestanie tak uporczywie świecić ci w oczy, jeśli nie zasłonisz okna. I gdy już, lada moment, ma nastąpić ta upragniona chwila, czerwonopomarańczowa płonąca kula odbija się od horyzontu i wspina coraz wyżej i wyżej, świecąc coraz mocniej i mocniej… Niech to szlag.

I tak to przestaliśmy się śmiać z lamusów z jetlagiem, kiedy nasze pierwsze dni w Tokio zaczęły wyglądać następująco: 30h bez snu, 3h snu, 23h bez snu, 4h snu… Mogłabym w tym miejscu podkolorować rzeczywistość, ale zupełnie nie ma takiej potrzeby – byliśmy jak zombie. Zasypialiśmy grubo po północy i budziliśmy się o 4 nad ranem.

Bazę wypadową mieliśmy w samym sercu Shinjuku (新宿区) i za namową Krzyśka Gonciarza zdecydowaliśmy się cały czas, jakim dysponowaliśmy, poświęcić odkrywaniu Tokio i okolic. Reszta Japonii jeszcze sobie na nas poczeka.

DSC_6633

 

Harajuku (原宿) girls

Sporo czasu straciliśmy na znalezienie naszego lokum, dlatego pierwszego dnia do dyspozycji pozostało nam tylko późne popołudnie i nieco wieczoru. Jako że Harajuku (原宿) znajduje się niedaleko Shinjuku, a dodatkowo mieliśmy cynk, że na Takeshita Dori wybrać się warto, jeśli już, tylko w tygodniu, klamka zapadła. Ulica Takeshita to najbardziej cukierkowa część Tokio. Prawdziwy raj dla zakuhopolików i gadżeciarzy, fanów i fanek oryginalnej mody młodzieżowej, tęczowych naleśników i lodów z jednorożcem. W tym właśnie miejscu doszliśmy do wniosku, który pogłębiał się z każdym kolejnym dniem w Japonii… Japończycy potrafią się fenomenalnie dobrze ubrać. Bez względu na to, czy akurat jest się gotycką lolitą, po prostu lolitą, fanką kucyków Pony, mrocznym rycerzem, zachodnim hipsterem czy luksusową elegantką, wszystkie elementy garderoby, fryzura, dodatki pasują do siebie jak ulał. Zdjęć jest mało, bo zamiast je robić, zbieraliśmy szczęki z chodnika i licytowaliśmy się, która przechodząca Japonka jest najładniejsza. Wszystkie są najładniejsze i wszystkie mają 15 lat. Nawet te po trzydziestce.

P1970042

P1970035-horz

P1970043

DSC_6647-horz

P1970044

P1970092

P1970034

Absolutnie nie mogliśmy odmówić sobie sesji przy wejściu do centrum handlowego Tokyu Plaza Omotesando. Nie tylko my, naturalnie, dlatego na swoją kolej trzeba było poczekać. Pamiętam, że tego dnia towarzyszył nam skwar i niemiłosierne zmęczenie, ale czego się nie robi dla bloga siebie.

P1970014

DSC_6639

Późnym wieczorem wróciliśmy do Shinjuku. Mimo, że potykaliśmy się już o własne nogi, a Piotrek przy każdej możliwiej okazji zasypiał na stojąco, głód postawił nas do pionu i zaprowadził do Golden Gai, sieci wąskich uliczek z malutkimi knajpkami, z której uciekliśmy tak szybko, jak szybko się w niej znaleźliśmy. Mała różnorodność jedzenia, ceny windowane pod niebiosa i konieczność uiszczania opłat od bycia turystą po przekroczeniu progu… not cool, guys. Na szczęście chwilę później znaleźliśmy się w cudownym miejscu – Omoide Yokocho. Fotogeniczna uliczka słynie ze smacznego streetfoodu, posila się tu również zdecydowanie więcej Japończyków niż na Golden Gai. Sami trafiliśmy na miejsce, w którym starszy pan, niczym zaprogramowana maszyna, przygotowywał makaron udon z dodatkami. Każdy gest dłoni był perfekcją w najczystszej postaci. Tu nie było miejsca na zbędne ruchy. Pac, plask, szust… następny! Następny! Następny! Grzecznie przepuściliśmy kilku Japończyków, a gdy w końcu znalazły się dwa wolne miejsca obok siebie (z 7 dostępnych), wcisnęliśmy się pomiędzy panów w korporacyjnych garniturach, wracających z pracy o 23.00 (a to i tak jeszcze niezły czas…). Wiecie co? To był najlepszy udon naszego życia.

P1970061

P1970052-horz

P1970066-horz

P1970064-horz

Shibuya (渋谷区). Początek

Dzień drugi. Dalej nie potrafimy znaleźć sobie miejsca, walczymy z jetlagiem. Dowiadujemy się, skąd Japończycy biorą przezroczyste parasole, które tak pięknie wyglądają na zdjęciach z Instagramu. Kupują je w konbini, małych sklepach typu convenience store, takich jak 7-Eleven, Lawson czy FamilyMart. Mechanizm jest prosty: spada deszcz, kupujemy parasol za kilkanaście złotych, deszcz przestaje padać, parasol wyrzucamy do kosza. A dowiadujemy się tego, bo leje. Cały dzień, od rana aż po późny wieczór i sami jesteśmy zmuszeni wyposażyć się w trendsetterską parasolkę.

Planowaliśmy wpaść do dzielnicy sąsiadującej z Shinjuku. Shibuya (渋谷区) to ta sławetna dzielnica ze sławetnym przejściem dla pieszych, sławetnymi centrami handlowymi, klubami i generalnie wszystkim sławetnym. W końcu to Shibuya.

Minęliśmy (po raz pierwszy, lecz nie ostatni) park Yoyogi w którym Krzysztof Gonciarz robi poranne przebieżki i rozpoczęliśmy powolny proces oswajania się z Shibuyą. Będziemy jeszcze do niej wracać, dlatego słowa mogą spokojnie zastąpić obrazy.

P1970081

Pomnik wiernego psa Hachikō jak stał, tak stoi przy Shibuya Station. Kolejek do zdjęć nie było prawie wcale, znalazł się za to jeden dobry człowiek o współczującym sercu, który, mimo pogody pod psem, odpowiednio zaopiekował się, no cóż… psem.

P1970111-horz

P1970306

P1970322

P1970339

Nie ma co ukrywać, że pogoda grała nam na nerwach. Na szczęście był to jeden z niewielu mokrych dni w Japonii. A patrząc z perspektywy czasu na zdjęcia, widzę dużo malowniczego piękna w deszczowej odsłonie Tokio. Tak, to ten moment kiedy wjeżdża melancholia… Kurczę, fajnie było. A w kolejnych wpisach będzie jeszcze fajniej.

P1970392

P1970396-horz

P1970382

P1970348

P1970354-horz

P1970375

Przed wizytą w Japonii bardzo polecam założyć sobie swoją własną listę lektur. Nie wyobrażam sobie polecieć do tego kraju bez jakiegokolwiek merytorycznego przygotowania. Obiecuję, że wiedza wyniesiona z książek pomoże Wam zrozumieć wiele rzeczy, których zachodni mózg nie jest w stanie ogarnąć. Poniżej lista książek, które sama zdążyłam przeczytać.

  • Banzai. Japonia dla dociekliwych, Zofia Fabjanowska-Mycyk – książka dla dzieci, ale nie zniechęcajcie się, bo jest naprawdę warta uwagi. Bogato ilustrowana i niezwykle ciekawa, trafnie opisuje najbardziej charakterystyczne aspekty życia w Japonii.
  • Rekin z Parku Yoyogi, Joanna Bator
  • Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, Rafał Tomański
  • Haruki Murakami i jego Tokio, Anna Zielińska-Elliott – fotoprzewodnik po miejscach znanych z powieści Murakamiego, których akcja działa się w Tokio. Plus oczywiście wszystkie powieści Murakamiego, którego twórczość sama kocham od wielu lat.
  • Bezsenność w Tokio, Marcin Bruczkowski – dowcipne opowiadania oparte na faktach z 10-letniego pobytu autora w Japonii. Polecam potraktować ją z dużym dystansem, gdyż życie w Tokio oceniane jest z polskiego punktu widzenia, a autor nie stroni od mniej lub bardziej kontrowersyjnych żartów.
  • Japonia oczami fana, Paweł Musiałowski – niezwykle dobry i ciekawy reportaż, wzbogacony wieloma przydatnymi informacjami dotyczącymi zwiedzania Tokio, jak i całej Japonii. Obydwa cytaty z powyższego wpisu pochodzą właśnie z tej pozycji.

Na jaką książkę szkoda natomiast czasu oraz nerwów? Blondynka w Japonii Beaty Pawlikowskiej… aż sama nie wiem, co napisać. Pani Beato, wstyd i żal. Nikomu nie trzeba pozycji podsycającej bezpodstawne uprzedzenia do Japonii o zbyt daleko idących wnioskach.