Europa Fotografia Podróże Ukraina

Prawilne party w Kijowie

Po pierwszym dniu w Kijowie poczuliśmy się wystarczająco pewnie by odrzucić wszelkie konwenanse, wdziać dresiwo i wyruszyć na „tę drugą” stronę rzeki. Wszakże jak mówi polskie przysłowie: człowiek z bloku wyjdzie, ale blok z człowieka nigdy. A prawdą jest, że faktycznie jedno z nas wychowało się na blokowisku, w bloku mieszkamy i obydwoje potrafimy zachwycać się zwykłym życiem, które często bywa o wiele ciekawsze, jeśli tylko mu na to pozwolić. Inna sprawa, że nielegalnie zwiedzaliśmy jedno z najbardziej magicznych miejsc w stolicy Ukrainy, ale to tylko czyni nas w Waszych oczach jeszcze bardziej cool. Prawda?


Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się wybrać cel podróży na podstawie zdjęć satelitarnych Google Maps? Nam też nie. Aż do teraz.

Od samego początku chcieliśmy odwiedzić ukraińskie blokowisko. W zasadzie wiedzieliśmy, że odwiedzimy blokowisko jeszcze zanim w ogóle zaczęliśmy się orientować, co w Kijowie jest do zobaczenia. Poszukując go na mapie nie w tym miejscu, co trzeba, przed oczyma przewinęły się kolorowe domki, przypominające domy i hotele wykupywane za tłusty hajs w Monopoly. Albo konstrukcję z klocków Lego. I tak właśnie trafiliśmy do Comfort Town, kolorowego osiedla dla zamożniejszych mieszkańców Kijowa, które doskonale wpasowałyby się w miejsce akcji kolejnego filmu Wesa Andersona.

 

Comfort Town

Osiedle Comfort Town powstało w 2001 roku i – jeśli wierzyć informacjom z internetu – developer zachęcał Kijowian do zakupu mieszkań na swoim terenie, wspomagając się hasłem: „trochę Europy w sercu Kijowa”.

DSC_5868

Wewnątrz sporego i wciąż rozbudowującego się kompleksu postawiono parki dla dzieci, klub fitness, bibliotekę, stadium, małe centrum handlowe i szkołę. A żeby było jeszcze weselej, całość odgrodzono płotem.

Gdy już uda się przeforsować zasieki, pierwsze, co rzuca się w oczy, to symetria i porządek. Tu nie ma przypadkowych kolorów. Barwa drzwi, klatki wejściowej i rynny musi współgrać z kolorem budynku. Nawet mieszkańcy osiedla wydawali się współgrać kolorystycznie z blokami, z których wychodzili.

I na tym tak naprawdę historia się kończy. Okazało się, że w kolorowych domach mieszkają tacy sami ludzie, co w domach bezbarwnych. Jeżdżą tymi samymi samochodami, kupują te same jogurty i mają takie same dzieci. Co więcej, wcale nie mają lżej od innych, bo konstrukcja architektoniczna osiedla jest na tyle skomplikowana, że czasem można zapędzić się w ślepą uliczkę, a i wyjść z niego nie jest łatwo, bo bramy i furtki znajdują się dopiero na krańcu ogrodzenia. Osobiście mogłabym zaproponować developerowi zmianę hasła reklamowego na: „piesze wycieczki w sercu Kijowa”, bo miejsce powinno przypaść do gustu wielbicielom joggingu i długich spacerów. Mimo tego, większość mieszkańców porusza się pomiędzy budynkami samochodem. Pewnie dlatego, że są nieodpowiednią target grupą.

DSC_5907

Comfort Town jest architektoniczną ciekawostką, jakich w Kijowie wiele. Jest jednak na tyle wyjątkowe i wyrwane z kontekstu, że warto je odwiedzić, jeśli tylko znajdziecie w sobie odwagę, by zapuścić się na lewy brzeg Dniepru.

P1960311

P1960312

DSC_5898

DSC_5862-horz

Słów kilka o nienagannym stroju człowieka prawilnego

„Człowiek prawilny powinien budzić szacunek swoją nieskazitelną prezencją. Dbaj o to, aby Twój ortalion bramowego męstwa zawsze był wyprany, czapka wpierdolka dobrze kontrastowała z kołczanem prawilności, a białe skarpety, misternie naciągnięte na twe pantalony sztywności, skutecznie kierowały uwagę na (zawsze czyste!) trzewiki ulicznego gniewu.”

 

Pozniaky

Pozniaky to obok Trojeszczyzny (Troieshchyna, ukr. Троєщина) jeden z największych kompleksów mieszkaniowych na lewym brzegu Dniepru. Niegdyś wieś kozacka, od 1989 roku olbrzymie blokowisko składające się z 15 jednostek, będące jednocześnie jednym z bardziej charakterystycznych elementów krajobrazu ukraińskiej stolicy. Wysokość budynków oscyluje między 16 a 22 piętrami.

I mimo, że nie jest to atrakcja turystyczna, a określenie „ładne” pasuje jedynie do biegających po podwórku psów, zwolennikom miejskiej eksploracji i bezdusznych, pnących się ku niebu budynków, powinny zaświecić się oczy.

DSC_5982

Dość napisać, że bardziej w tkankę miejską zanurzyć się już chyba nie mogliśmy. Pozniaky to doświadczenie wielowymiarowe, alternatywna rzeczywistość, która koegzystuje z prawobrzeżną, znajomą i miłą dla oka częścią Kijowa. W drodze na osiedle minęliśmy kilka opuszczonych sklepów i centrum handlowe, tramwaj przejeżdżający w okolicy ledwo zipał, a większość przechodniów pukała się na nasz widok w głowę. Sami pomyślcie, para cudzoziemców obwieszona aparatami wyrusza na podbój blokowiska na którym nic się nie dzieje.

P1960329

P1960317

P1960314

P1960341

P1960353

P1960350

A stawy w których odbijają się bloki? Pikniki prosto z bagażnika samochodu? Jednorazowe grille wyrastające niczym grzyby po deszczu na każdej górce? I cerkiew wyjęta żywcem z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy, którą ktoś przez przypadek pozostawił w sercu sążnistego blokowiska? Tu dzieje się życie niezwykłe w swej przeciętności.

P1960368

DSC_5933

DSC_5978

DSC_5970-horz

DSC_5942

Gdyby nie zapadający zmrok, pewnie przepadlibyśmy na parę godzin. Do domu, czyli na prawy brzeg Dniepru, wróciliśmy ukraińskim Uberem. Często był to najbardziej opłacalny i najtańszy środek transportu, dzięki któremu mogliśmy się dostać do miejsc, do których nie dojeżdża żaden zbiorkom.

P1960362

Jednym z takich miejsc był skate park Gavan, który w on-line posiada szałowy profil na Facebooku, a w offlinie rozbrykanej młodzieży pilnuje dziadek. Choć pilnowanie to za dużo powiedziane, bo dziadek jest od tego, by inkasować 20 hrywien od łebka za wstęp. My nie jeździliśmy ani na desce, ani rolkach i BMX-ie, a i tak swoje musieliśmy zapłacić. Przy okazji Piotrek nakręcił trochę materiału i zaprzyjaźnił się z ziomeczkami na BMX-ach, którzy regularnie wpadają do Piaseczna pod Warszawą na zawody. Teraz wypisują do mnie po nocach na Instagramie i pytają o to samo, o co Wy pytacie na Facebooku: – Kiedy FILM?

DSC_5856

DSC_5838-horz

Ostatniego dnia w Kijowie próbowaliśmy się zrelaksować w Parku Wiecznej Chwały, ale bliskość Muzeum i pomnika pamięci ofiar Wielkiego Głodu z dzwonem wybijającym za plecami smutną pieśń żałobną nieszczególnie poprawia humor. Wolałabym jednak skupić się na myśli, że Kijów nie jest już tym samym miastem, którym był za czasów wojny, czy nawet Euromajdanu. Choć życie nadal nie jest łatwe i przyjemne, to jednak w każdej młodej osobie mijanej na ulicy widać jakąś taką siłę i nadzieję na to, że jest już całkiem dobrze i będzie jeszcze lepiej.

DSC_6066

DSC_6091

P1960525

Odwiedziliśmy również Lavrę Peczerską, monastyr należący do Patriarchatu Moskiewskiego, plasujący się w TOP 3 największych atrakcji Kijowa. Nie dopłacaliśmy za wstęp do środka, ani za wstęp na dzwonnicę, a i słońce tym razem zawiodło, więc marzenie o złotych kopułach iskrzących się w blasku ukraińskiego słońca pogrzebaliśmy razem z nadzieją na tani internet w roamingu. Zdecydowanie z Lavrą wygrał u nas Monastyr Św. Michała Archanioła i cerkiew Św. Andrzeja.

P1960545

P1960547

Tuż za Lavrą stoi ponad 100-metrowy monument Matki Ojczyzny, będącej częścią pobliskiego Muzeum Historii Ukrainy w II Wojnie Światowej. Statua wykonana ze stali nierdzewnej i ważąca jedyne 560 ton to obok wspomnianej dzwonnicy w Lavrze najwyższy punkt widokowy w Kijowie. Stalowa baba z mieczem i tarczą z godłem ZSRR nie jest ani ładna, ani brzydka. Po prostu JEST i gdy patrzysz na nią z dołu, szanujesz tę kobietę. Bo jest gigantyczna, nie uśmiecha się wcale i gdyby mogła, na pewno ciachnęłaby sobie 9-tonowym mieczem w lewo i prawo. Budowa Matki Ojczyzny, jak i same jej istnienie, wciąż wzbudzają kontrowersje wśród mieszkańców. Pomimo ustawy dekomunizacyjnej, stalowa kobieta jak stała, tak stać będzie, gdyż samo usunięcie godła ZSRR z tarczy monumentu wiązałoby się z ogromnymi kosztami.

P1960566-horz

Byliśmy gotowi sporo zapłacić, aby wjechać na najwyższy punkt widokowy, ale pani w biurze powiedziała żeby przyjść jutro. A my jutro przyjść nie mogliśmy, bo wyjeżdżaliśmy dziś.

Podobnie jak Pomnik Przyjaźni Narodów, Matka Ojczyzna stała się nieoficjalnym punktem spotkań młodzieży i zakochanych par. Doskonale rozumiem, dlaczego część najstarszych mieszkańców Kijowa nie lubi stalowej baby, bo przypomina im o radzieckiej okupacji, wojnie i wszystkim tym, o czym pamiętać nie chcą. Z drugiej strony, cała ta socrealistyczna architektura i wątpliwej urody pomniki stanowią nieodłączną część Kijowa i przewrotnie w tym tkwić może jego największy urok.

P1960593

Czas na wyjaśnienie cliffhangera ze wstępu tego wpisu.

Pokój w Airbnb wynajęliśmy w okolicy pięknego kijowskiego Ogrodu Botanicznego. Piotrek zdążył już zwizualizować go sobie w filmie, a tu jak na złość w poniedziałek zamknięte i dzień sprzątania. Obeszliśmy cały park wokół ogrodu, ale to jak lizanie cukierka przez papierek. Ludziom się podobało, ale nam było smutno.

W końcu Piotr nie wytrzymał i postanowił, że wejdzie do środka. Po prostu wejdzie, koniec i kropka. I nie obchodzi go, że zamknięte i turystów nie wpuszczają. Ja, przyznaję, trochę się kitrałam i byłam przekonana, że nic z tego nie wyjdzie. Tymczasem przy bramie toczyła się konwersacja, z której słyszałam jedynie strzępki wypowiadanych przez Piotrka zdań: – … z Polski, … ostatni dzień, … już nigdy nie wrócimy, … taka szansa przepadła, … jak żyć, proszę pana? Myślałam, że nic się nie wydarzy, a tu pan ochroniarz szepcze, że wpuści nas do środka, ale TYLKO nas i TYLKO pod warunkiem, że nie będziemy wchodzić do szklarni.

Jak myślicie, CZY. MY. NIE. WESZLIŚMY. DO. SZKLARNI?

P1960470

Nie dość, że weszliśmy, bo to ona była najbardziej nęcąca, to jeszcze opowiadaliśmy paniom sprzątającym wokół, że mamy  zgodę strażnika. Częściowo była to w końcu prawda. Ale jak tu wąchać tylko kwiatki, skoro cały ogród botaniczny mieliśmy tylko dla siebie?

P1960516-horz

P1960510

Umówiliśmy się z panem, że po spacerze uiścimy stosowną opłatę, równą wysokości wstępu z wycieczką, bo podobno inaczej zwiedzać nie można. Pan, owszem, pobrał pieniądze, ale przy okazji obraził się na nas przeokrutnie i przegonił jak przegania się gołębie spod stolików w restauracji.

Mamy nadzieję, że nie miał z naszego powodu żadnych nieprzyjemności, na dodatek przez kolejne parę godzin męczyły nas wyrzuty sumienia. Ale… czy warto było szaleć tak?

I poświęcać się dla sztuki?

Zdecydowanie.