Dania Europa Fotografia Podróże

Duńska sztuka szczęścia. Kopenhaga

Gdybym rozwiązywała quiz i w pytaniu otwartym kazano by opisać Kopenhagę za pomocą kilku słów, bez namysłu wpisałabym: kanelsnegle, design i wszechobecny chillout. Dodałabym jeszcze wyborną kawę i fantastyczne piwo, zakładając, że żyjemy w kraju, w którym wszyscy cierpimy na zbiorową amnezję, zapominając przeliczać korony duńskie na złotówki. Niech zaporowe ceny nie stanowią jednak przeszkody w odkrywaniu miasta, w którym szybko można poczuć się jak w domu.


Niewiele wiedzieliśmy o Danii, jak i o samej Kopenhadze. Poza tym, że mają klocki Lego, dzielnicę kolorowych domków i sklepy Tiger. To jeden z tych krajów, o których zawsze myślisz spoglądając na siatkę tanich połączeń, ale szybko rezygnujesz z myślenia, bo dopadają Cię finansowe wątpliwości. Powiedzmy to sobie szczerze i nie wracajmy więcej do tematu: w Danii jest drogo, ale jeśli tylko przebolejemy ten fakt, możemy zacząć cieszyć się wszystkimi atrakcjami, które ma ona do zaoferowania.

Niestety po raz kolejny zapomnieliśmy zapomniałam, że marzec to niekoniecznie najlepszy miesiąc na podróże po Europie północnej. Ostatnim razem w pierwszym kalendarzowym dniu wiosny w Wilnie złapała nas śnieżyca. W Kopenhadze było nieco lepiej, ale do wiosny wciąż daleko. Trzeba było jednak wziąć te cytryny i zrobić z nich lemoniadę.

Jedno spojrzenie za okno i w aplikację pogodową na smartfonie: – 30ºC, wiatr porywisty, słońca brak. Wszystkie atrakcje pod dachem zaplanowane na ostatni dzień uratowały nam na szczęście kuperki.

Przez kilka dni pomieszkiwaliśmy w północnej części Kopenhagi, w dzielnicy Nørrebro. Kiedyś nieszczególnie ciesząca się zainteresowaniem, dziś jedno z najbardziej cool miejsc na mapie miasta. Atmosfera panująca w okolicy jest mocno międzynarodowa ze względu na duży napływ imigrantów, ale dzięki temu – wyjątkowa i niepowtarzalna. Esencją multikulturowego klimatu jest park Superkilen, który codziennie mijaliśmy na swojej drodze. Każdy element parku został zaprojektowany przez artystę z innego kraju, znajdziemy więc tu wpływy azjatyckie, marokańskie, rosyjskie, bliskowschodnie, afrykańskie, brazylijskie oraz… polskie.

P1950500-horz

P1950511

P1950518-horz

P1950345-horz

Po śniadaniu w Grød, najsłynniejszej i zarazem najbardziej przytulnej owsiankowni w mieście, ruszyliśmy do oceanarium Den blå planet, największego takiego przybytku w północnej części Europy.

DSC_3939

Samo oceanarium jest niesamowicie zaprojektowane. Bryła budynku przypominająca rozgwiazdę to perełka sztuki architektonicznej. Baseny mieszczące w sobie około 7 milionów litrów wody podzielono na 53 ekspozycje, z których  największa w postaci gigantycznego akwarium o wielkości ekranu kinowego wręcz hipnotyzuje. W Niebieskiej Planecie została uwzględniona też malutka sekcja, w której można… dotknąć i pomiziać wodne stworzonka, takie jak skorupiaki czy rozgwiazdy. Ja pomacałam sobie tę ostatnią i z wrażenia nie mogłam skupić się do końca wycieczki. Otóż mizianie rozgwiazdy przypomina głaskanie galaretki pokrytej meszkiem! Skreślam ten punkt z bucket list i nie wiem, czy coś jeszcze w życiu zaskoczy mnie równie mocno. Namawiałam Piotra by też pomiział, ale nie chciał :(

Widzieliśmy też osławioną rybkę Nemo (gat. błazenek plamisty) i moją ukochaną Dory (gat. pokolec królewski). Co te bajki robią z ludźmi. Nie ma jednak takiego człowieka na świecie, którego nie wzruszyłby ten klip z filmu, prawda?

DSC_3961

DSC_3972

DSC_4010

DSC_4006

DSC_4032

DSC_4053_02

P1950393-horz

P1950403-horz

P1950410-horz

P1950420-horz

P1950425

P1950438-horz

Nie miał natomiast nic przeciwko, by wybrać się do Visit Carlsberg – muzeum i browaru Carlsberga w jednym. Nigdy nie rozważaliśmy piwnego muzeum jako atrakcji, którą warto wziąć pod uwagę. Dużo pozytywnych opinii w sieci i przyjazna cena biletu wstępu (ważna informacja – w cenie piwo i przypinka!) przekonała nas, by zaszaleć. Największą niespodzianką muzeum był dla nas chyba fakt, że piwo Carlsberg ma duńskie korzenie. Oczywiście równie dobrze można dowiedzieć się tego z Google’a i nie trzeba płacić, ale nasze życia i tak nigdy nie będą już takie same. Dobra, ale do rzeczy, panienko. Czy warto? Myślę, że tak. Przypominam, że w cenie jest darmowe piwo, a – jak się okazuje – Carlsberg ma naprawdę sporo smaków do zaoferowania. I piszę to ja, osoba, która rozkochała się w piwach, po tym, jak przestała je nienawidzić.

DSC_4130

DSC_4133

DSC_4134

Wieczorem, smagani wiatrem i bezlitosnym mrozem, zakręciliśmy się jeszcze w okolicy doków. Przez przypadek znalazłam na Instagramie zdjęcie przedstawiające tymczasową instalację określaną mianem The Wave (ang. fala). Cóż to było za pyszne doświadczenie! The Wave to szereg wysokich trójkątów ciągnących się przez 80 metrów, na których zamontowano 80 czujników reagujących światłem oraz dźwiękiem na ruch przechodniów. Instalacja dostępna była w Kopenhadze tylko przez kilka tygodni aż do 5 marca, w tym czasie efekty dźwiękowe i wizualne zmieniały się dwa razy, w zależności od artysty, który „opiekował się” falą. Gdybym miała przybliżyć, jak to jest znaleźć się w tunelu kosmicznych trójkątów wydających dźwięki nie z tej planety, pomyślałabym sobie, że tak właśnie musi czuć się człowiek na grubej fazie po uprzednim zastosowaniu magicznych grzybków. Odlot.

DSC_4273< DSC_4290

DSC_4225

Sztuka nowoczesna połączona z doskonałym designem atakowała nas zresztą w Kopenhadze na każdym kroku i jest to jedna z rzeczy, które będziemy wspominać najmilej. No dobrze, i jeszcze cynamonowe bułeczki, ale o nich, oraz o wszystkich wspomnianych obiektach, więcej napiszę w przewodniku. Obiecuję tylko i wyłącznie konkret, bez lania wody, za to z cenami, dojazdami i smakowitymi adresami, bo tych z Kopenhadze nie brakuje.

Trzymajcie się krzeseł, bo to nie koniec wycieczki. Jednym z moich postanowień noworocznych jest pisać na blogu więcej, ale krócej. Więcej Kopenhagi zatem już niebawem.

PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO KOPENHADZE: [link wkrótce!]