Dania Europa Fotografia Podróże

Hygge. Jak żyć w Kopenhadze?

Czy ktokolwiek pamięta modę na hygge? Jeszcze do niedawna książki z tym wiele mówiącym słowem w tytule podbijały polski rynek czytelnictwa, youtuberzy pouczali, jaki rodzaj świeczek kupić, aby wprowadzić do domu odpowiednio przytulną atmosferę, a IKEA przeżywała oblężenie, bo choć z Danią ma niewiele wspólnego, to jednak styl skandynawski wciąż się zgadza. W końcu mieliśmy okazję przekonać się, jak bardzo hyggeligt jest stolica najszczęśliwszego narodu świata.


Z corocznych badań przeprowadzanych przez nie wiadomo do końca kogo i na jakiej podstawie wynika, że Dania stale utrzymuje się na podium krajów, którego mieszkańcy są bardzo szczęśliwi, a przy tym mogą cieszyć się naprawdę niezłym poziomem życia. O ile z drugim mogłabym się zgodzić, o tyle pierwsza, obiegowa opinia podtrzymywana przez serię książek tłumaczących jak żyć, aby było hygge, daje ogromne pole do dyskusji.

Tym razem oprócz „standardowego” zwiedzania, jakie uprawiamy przy okazji wyjazdów, starałam się zwracać szczególną uwagę na ludzi – na to, jak się zachowują i jak odnoszą się do innych.

Drugiego i trzeciego dnia wrzuciliśmy sobie w plan większość bardziej charakterystycznych dla Kopenhagi punktów, a i tak ze względu na małą skalę miasta, mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu na te mniej oczywiste miejsca.

Nyhvan, czyli nowy port z bodaj najsłynniejszym widoczkiem, bez którego nie obędzie się żaden artykuł o Kopenhadze w National Geographic Traveler. Kolorowe domki są urocze, ale tak naprawdę ich urok zaczyna się i kończy wraz ze stosunkowo krótkim deptakiem, biegnącym po obydwu stronach kanału. Taki trochę mały Amsterdam, tylko z większą ilością saturacji na budynkach. Każda restauracja krzyczała ‚nie wchodź do mnie, jestem finansową pułapką’, dlatego też wystarczył nam jeden spacer i nie czuliśmy potrzeby, aby wracać po kolejne zdjęcia.

Współczynnik hygge: 6/10

DSC_4161

DSC_4163

DSC_4173

Podobnie ma się sprawa z posągiem Den Lille Havfrue, czyli Małej Syrenki. Posąg inspirowany baśnią H.A. Andersena ufundował syn założyciela browaru Carlsberg (to druga najciekawsza rzecz, której dowiedzieliśmy się w muzeum). Jeśli wierzyć Wikipedii, to „prestiżowy przewodnik podróżniczy UCityGuides umieścił Syrenkę na pierwszym miejscu najbardziej przecenianych atrakcji turystycznych na świecie”. Być może wielu osobom świat legł właśnie w gruzach, ale muszę zgodzić się z tą opinią, bez względu na to, czy jest prawdziwa, czy też nie. Przede wszystkim, Syrenka jest bardzo oddalona od portu, dlatego trzeba zaopatrzyć się w dużą dozę cierpliwości, aby do niej dotrzeć. Zwłaszcza jeśli wiatr od morza pomiata człowiekiem na prawo i lewo. Natomiast gdy już się do niej dotrze, można ją najzwyczajniej w świecie przeoczyć. Jest niewielka i najprawdopodobniej o każdej porze dnia przykryta ludzkim namiotem, złożonym się z turystów – w tym wielu z Indii i Japonii. Nie pytajcie, dlaczego akurat z tych krajów, bo nie wiem. Może dlatego, że Dania jest dla nich równie egzotyczna, co dla nas Hawaje? Oczywiście zobaczenie Syrenki to taki obiektywny must-see, ale nie sprawi, że nasze życie stanie się pełniejsze, a podróż bardziej zadowalająca.

Współczynnik hygge: 2/10

DSC_4182-horz

O wiele bardziej spodobała nam się Biblioteka Królewska, położona na terenie dawnego kanału portowego i ogrodów królewskich. Budynek biblioteki to architektoniczna perełka, która robi tym większe wrażenie, jeśli zdasz sobie sprawę, że jej nowy gmach otwarto prawie 20 lat temu, bo w 1999 roku. Dla porównania – w Polsce budynki o podobnym charakterze, w tym większość w postaci interaktywnych muzeów, powstały na przestrzeni kilku ostatnich lat i od razu obwołano je ikonami nowoczesnej architektury.

Czarny Diament, bo tak nazywa się ta część biblioteki, rozrasta się na 8 poziomów, z czego 5 należy do biblioteki. Wliczając w to salę koncertową, Narodowe Muzeum Fotograficzne, kawiarnię, sklep i galerię. W pewnym momencie, gdy już kierowaliśmy się do wyjścia, w holu biblioteki rozśpiewały się ptaki. Przez pierwszą minutę nie mieliśmy pojęcia, co się właściwie odjaniepawla. Podobnie jak reszta osób, w tym studentów, którzy opuścili czytelnię, aby wyjrzeć przez barierki. Po chwili ptasie trele uzupełniły odgłosy dżungli, więc naturalnie zorientowaliśmy się, że opcja z ptakiem, który przez przypadek wpadł do budynku, aby nadać audycję przez odbiornik podłączony do nagłośnienia, raczej nie wchodzi w grę. Do tej pory nie bardzo wiemy, czy był to jakiś standardowy zabieg, odgrywany na przykład o określonej porze dnia, czy po prostu zapowiedź jakiegoś koncertu czy aktualnej wystawy w galerii na parterze, ale akustyka Czarnego Diamentu dosłownie rzuciła nas na kolana. Stary gmach biblioteki jest zresztą nie gorszy, bo choć nie ma kawiarnii z widokiem na wodę, to można poczuć się w niej jak na planie Harry’ego Pottera.

Współczynnik hygge: 7/10

P1950609

P1950608-horz

P1950636-horz

P1950615

P1950632

DSC_4355-horz

P1950639-horz

Podobną opinię mogłabym mieć na temat kopenhaskiego ogrodu botanicznego. Mogłabym, ale nie mam, bo ogród objęto pracami konserwacyjnymi, przez co wejście było niemożliwe. Trochę szkoda, bo to jedno z niewielu miejsc, do którego można wejść za darmo, a przy okazji nacieszyć oczy dużą dawką zieleni. Co ciekawe, zamknięcie ogrodu przeszkadzało chyba tylko nam. Teren wokół szklarni był dosłownie obłożony ludźmi w każdym wieku, wygrzewającymi się w słońcu, czytającymi książki, czy plotkującymi z kubkiem kawy w dłoni. Trochę pozazdrościłam mieszkańcom umiejętności celebrowania chwili. Prawdę mówiąc, nie widziałam, aby ktokolwiek w Kopenhadze gdzieś się spieszył. Czy to w weekend, czy w dni robocze. I to jest właśnie fajne, ale ma swoje źródło zupełnie indziej, niż w ciepłych kocach i nastrojowych świeczkach.

Współczynnik hygge: 9/10

DSC_4335

Na pewno hygge żyje się studentom wynajmującym pokoje w Tietgenkollegiet. Nie jest to żadna atrakcja turystyczna, ale może się nią stać, jeśli od Kopenhagi wymaga się czegoś więcej, niż tylko ujrzenia Syrenki i kolorowych domków. Budynek zaprojektowany przez chińskiego architekta-wizjonera leży na tyłach jednego z czterech kampusów Uniwersytetu Kopenhaskiego. W niczym nie przypomina polskich akademików. Bliżej im do wypasionych apartamentów w centrum Warszawy, z własną siłownią, restauracją, kawiarniami i wypożyczalnią rowerów. Poszliśmy tam na zdjęcia, ale też trochę poudawać, że kiedyś tak właśnie będziemy mieszkać. Smutek, że to nigdy nie nastąpi, stłumiliśmy kanelsnegle – uber pyszną cynamonową bułeczką z piekarni, do której namiary już niedługo pojawią się  przewodniku.

Współczynnik hygge: 8/10

DSC_4369

DSC_4371

P1950648

P1950652-horz

Popołudnie przeznaczyliśmy na spacer po upstrzonej kanałami dzielnicy Christianshavn i leżącej niedaleko Christianii, hipisowsko-squatterskiej dzielnicy Kopenhagi, deklamującej niezależność (w tym podatkową) od całej reszty miasta. Obecnie na legalu można kupić tu sobie pamiątkę z postaci marihuany w każdej możliwej postaci oraz popodglądać ludzi, którzy nie muszą udawać hipsterów, bo zwyczajnie zupełnie nie dbają o to, co na sobie mają i jak w tym wyglądają. Zastanawiało mnie, jak żyje się i mieszka w Christianii. Czy ludzie cisną się w gęsto pokrytymi graffiti squatach, czy też mieszkają zupełnie normalnie? Okazało się, że większość fantazyjnych domków była opustoszała, a pozostała część w remoncie. Z racji, że Duńczykom obce są takie rzeczy jak firany i zasłony, miasto to okazało się być prawdziwym rajem dla tak doświadczonego okiennego stalkera jak ja. W jednym z domeczków, który na zewnątrz wydawał się być niepozorny, dojrzałam chłopaka relaksującego się na kanapie w otoczeniu super designerskich mebli i kominka. Ciekawy był to kontrast w porównaniu z obdartym panem pchającym rower, czy dzieciakami włóczącymi się w środku dnia w piżamach z umazanymi od brudu buziami.

Współczynnik hygge: 4/10

P1950535

P1950537

P1950529

P1950538

P1950542

P1950544

P1950541-horz

P1950548-horz

DSC_4208-horz

DSC_4204-horz

Na sam koniec zostawiliśmy sobie część zamkową, co do której nie żywimy największego sentymentu. Nie chodzi o to, że zamki są nudne. Po prostu po 4 latach regularnego podróżowania wszystkie zaczynają się zlewać w jedno i całkowicie wystarcza oglądanie ich z zewnątrz, o ile w środku nie kryje się jakaś niesamowicie widowiskowa atrakcja. Przespacerowaliśmy się wokół dawnej siedziby duńskich królów, zamku Christiansborg i Amalienborg, oficjalnej rezydencji duńskiej rodziny królewskiej. Przedeptaliśmy też na wszystkie możliwe strony plac ratuszowy z odbiegającym od niego deptakiem Strøget, przy którym mieści się większość restauracji, sklepów z pamiątkami i największy salon Lego, który – jak na Danię – okazał się być o wiele mniejszy, niż myślałam, że będzie. Właściwie to każda rzecz w Kopenhadze okazała się być o wiele mniejsza, niższa i węższa niż pokazują internety, więc trzeba wziąć na to poprawkę.

Współczynnik hygge: 3/10

P1950563

P1950558

P1950556

P1950484-horz

P1950487

Co z tym hygge, pani?

Making long story short, w Kopenhadze nie poczułam się bardziej hygge, niż w Warszawie, w której mieszkamy na co dzień. Na pewno fakt, że stolica Danii ma ponad 5-krotnie mniejszą powierzchnię niż stolica Polski, potęguje efekt swojskości. Podobnie jak mieszkańcy, którzy wszędzie śmigają na rowerach. Najbardziej przytulnie czuliśmy się w niektórych knajpkach, kawiarniach, zaułkach dzielnicy Nørrebro czy mieszkaniu, które wynajmowaliśmy przez Airbnb. Czy to jednak oznacza, że całe w życie w takiej powiedzmy Kopenhadze jest tak bardzo sympatyczne?

Nie mieszkałam, więc się nie wypowiem. Naczytałam się jednak kilku interesujących artykułów traktujących o tym, że Duńczycy wiele smutków zaleczają psychotropami, a świeczki palą, bo często całymi dniami jest po prostu ciemno i tylko one mogą stanowić namiastkę jako takiej przytulności. To, że ktoś jest dla Ciebie miły w kawiarni i podaje napój z uśmiechem, wcale nie oznacza, że żyje mu się lepiej czy lżej. Faktem niepodważalnym jest duńska polityka socjalna, która bardzo dba o obywateli i dopłaca im w każdy możliwy sposób. Dodatkowo obce jest tu pojęcie wyścigu szczurów, bo o ile u nas spędzanie dni i nocy w pracy może wiązać się z jakimś tam sukcesem i wejściem szczebel wyżej po drabince kariery, o tyle w Danii polityka podatkowa ustawia ludzi w jednym szeregu. Bez względu na to, czy jesteś menadżerem w większej firmie, dyrektorem banku, sprzątaczką czy bibliotekarką, pod koniec miesiąca każdemu w portfelu zostaje podobna liczba koron. To całkiem fair – im więcej zarabiasz, tym większe podatki płacisz.

Może dlatego więc nikt nie zdaje się tu spieszyć, a ludzie już przed 17.00 na luzie wracają sobie rowerkiem do domu, do rodziny i przyjaciół. I z tym, czy komuś żyje się dobrze, czy jest szczęśliwy, a nie tylko skrywa problemy pod uśmiechniętą maską, niewiele wspólnego mają kubeczki z parującym kakao, ciepłe skarpety i nastrojowe lampki z Tigera. Dopóki będziemy przekonani, że  Francuzki nie tyją, Koreanki mają najpiękniejsze cery, a Duńczycy są najszczęśliwsi, dopóty marketing propagujący rozmaite style bycia, życia i wyglądania będzie miał się dobrze. Wydaje mi się, że szczęście trzeba najpierw znaleźć w sobie, a cała reszta może być jedynie przyjemnym dodatkiem. I wcale nie musisz mieszkać w Danii i do pracy dojeżdżać jednośladem.

DSC_4147

DSC_4156

P1950606

P1950566-horz

P1950479-horz

DSC_4197-horz

Po prawej smaczek: wybierasz sobie kawę w Starbucksie za milion monet, a tymczasem pod twoimi nogami cała sekcja papieru toaletowego, na wypadek gdyby kawa okazała się niedobra, a mleko zbyt bogate w laktozę.

DSC_4158

*Zmyślony współczynnik hygge ma niewiele wspólnego z naszymi osobistymi opiniami na temat odwiedzonych miejsc. Kopenhaga jest urokliwa, przyjemna, poukładana i  poprawna, ale jeśli w podróży szukacie fajerwerk, to raczej zostawcie ją sobie na emeryturę.

PRAKTYCZNY PRZEWODNIK PO KOPENHADZE: wchodzę!