Podróże Polska Przygoda

Tatry zimą, miłość od pierwszego wejrzenia

Gdyby jeszcze rok temu ktoś powiedział mi, że zakocham się w górach zimą, kazałabym takiej osobie mocno puknąć się w czoło. Przecież ja nie znoszę zimy, a Tatry kojarzą mi się z sowicie podlanym łzami obozem, któremu bliżej było do obozu pracy, aniżeli wędrownego. Co poszło nie tak, że z Zakopanego wyjechaliśmy zakochani po uszy? Bynajmniej nie w sobie.


Tatry i Zakopane zimą krążyły po orbicie już od roku, ale największą przeciwnością, która pozwalała przesuwać termin wyjazdu na magiczne „kiedyś tam”, był brak odpowiedniego obuwia, odzieży i sprzętu. Dla przykładu, po raz kolejny objawił się mój geniusz w temacie doboru obuwia. Skoro brazylijską dżunglę przeszłam w japonkach, dlaczego nie miałabym przejść tatrzańskich szlaków w zimowych kapciach typu emu, na dodatek z cekinami. Wierzcie lub nie, ale byłam mocno zmotywowana, by w nich jechać, gdy tylko nadarzyła się taka okazja.

Pewnego październikowego dnia zadzwonił do mnie tata i powiedział, że w ramach benefitów ze swojego korpo, może zafundować mi jakiś mały wyjazd. I nagle uderzyło do głowy Zakopane zimą, bo rok wcześniej podsłuchałam kolegę z pracy, który mówił, że jeśli jechać w Tatry zimą, to tylko tydzień przed Świętami. Święte to były słowa, amigo! A że przyświeca mi zasada: albo grubo, albo wcale, od razu wynajęłam trzy noce w 4-gwiazdkowym hotelu ze śniadaniami, strefą relaksu i zabiegami SPA. Zawsze chciałam iść do SPA i zawsze było mi szkoda pieniędzy na takie luksusy (po co mi peeling ciała i kąpiel w mleku, skoro nauczyłam się spać na zasikanym materacu z karaluchami w razie potrzeby i braku innych możliwości?), a teraz nadarzyła się ku temu wspaniała okazja. I tak też, nagle brak obuwia i całego zaopatrzenia z kolekcji zima 2017, przestał być jakimkolwiek problemem. Buty górskie kupiliśmy na tydzień przed wyjazdem, podobnie z bielizną termiczną. Resztę pożyczyliśmy od przyjaciół i życie znowu było tańcem.

Pokój z widokiem na Giewont mógł zwiastować wyłącznie dobre rzeczy. Każdy dzień był przygodą na miarę wejścia na  Everest, zaczęliśmy w miejscu, w którym dzieci jeździły na sankach, a skończyliśmy w dość ekstremalnych warunkach, gdzie w myślach zdążyłam się już pożegnać z palcami prawej dłoni.

A było to tak.

 

Heroiczna walka o przetrwanie. Pierwsze zimowe wejście na szczyt

Rozpoczęliśmy skromnie, od Doliny Strążyskiej, do której wejście znajduje się najbliżej Zakopanego. Tak sobie pomyśleliśmy, że jeśli mamy zginąć w śniegu, to chociaż blisko miasta żeby zwiększyć szanse na przetrwanie. Wyprzedzające nas dwulatki, wiezione na sankach przez rodziców, dodawały otuchy, że wszystko dobrze się skończy.

P1940648-horz

P1940678-horz

Do doliny doszliśmy szybciej, niż myśleliśmy. Ładnie, tutaj jest drewniany domek, obok choinki, a tam są góry. Zaraz za domkiem drogowskaz – niedaleko wodospad Siklawica. Poszliśmy, a co mieliśmy nie iść. Siklawica, jak sama nazwa wskazuje, trochę sobie posikuje z góry. No fajnie, fajnie, ale dajcie już coś bardziej wymagającego. Nie po to wieźliśmy pożyczone kijki aż z Warszawy, żeby popatrzeć sobie na strużkę wody. Wyzwanie przyszło do nas samo, bo w drodze powrotnej szlak na prawo odbija na Sarnią Skałę (1 377 m. i 50 minut drogi).

P1940692

P1940701-horz

Nie mam pojęcia, czy jest to szlak prosty, czy już średniotrudny, ale chętnych, poza nami było niewielu. Całe trzy osoby i to jeszcze nie z Polski. W większości wchodziło się całkiem przyjemnie, momentami brakowało tchu i pary w nogach, ale ślisko to już było na całego. Gdyby nie kijki, obydwoje już wzajemnie rysowalibyśmy sobie siusiaki na zagipsowanych nogach. Śnieg był bardzo świeży i sięgał do łydek, pod nim skały pokryte lodem. Buty też zdały świetnie egzamin, ale mocno dał o sobie znać brak raków. Myślałam, że to taka forma zachcianki dla szpanu, ale teraz sama siebie za te myśli rugam. Osoby z rakami śmigały po lodzie jak strzały, my nieudolnie zapieraliśmy się kijkami, a i tak kilkukrotnie zdarzało nam się zjeżdżać metr w dół i zaczynać wspinaczkę od nowa. W drugą stronę natomiast, bez wstydu zjeżdżałam już na tyłku.

P1940749-horz

Tutaj, korzystając z okazji, że mamy początek roku, muszę wychwalić pod niebiosa regularne uczęszczanie na siłownię. Ja, starająca się chodzić 4-5 razy w tygodniu od 1,5 roku, dźwigająca sztangi i ciężary, versus Piotrek, którego ćwiczenia fizyczne sprowadzają się do klikania palcem w myszkę i sterowania padem do PlayStation. Jak myślicie, kto śmigał w górę jak kozica niemal wcale się przy tym nie męcząc, a kto co chwilę zarządzał przerwy, kwilił, że droga taka długa, tak bardzo pod górę i nogi bolą tak bardzo? Komentarz jest tu chyba zbędny, więc biegnijcie na siłownię, zamiast czekać do poniedziałku, początku miesiąca i stycznia 2019. Zwieńczenie bólu duszy pojawiło się tuż przed wejściem na sam szczyt Sarniej Skały, kiedy Piotrek myślał że to już, a to była tylko mała płaska przestrzeń z ławeczką. Nie chcę kopać leżącego, ale jak spojrzałam za siebie, zobaczyłam minę małego, smutnego pieska. I poszłam dalej, bo ja nie mam serca, za to lubię przygody.

Gdy wszyscy w jednym kawałku i z obydwojgiem kończyn dolnych i górnych wdrapali się na górę, Giewont schował się w śnieżnej mgle, podobnie jak panorama Zakopanego po drugiej stronie. Pogoda tego dnia nie była najwspanialsza, ale cóż robić, trzeba brać te cytryny i robić z nich lemoniadę. Koniec końców byliśmy zmęczeni i zadowoleni ze swojego pierwszego zimowego podejścia w życiu! A to było tylko preludium do jeszcze ładniejszych widoków w kolejnych dniach.

P1940744

P1940763-horz

 

Morskie Oko. Miejsce, w którym po zmroku robi się ciemno

Chwilę po naszym powrocie z Zakopanego, social media obiegła wieść o turystach, którzy wezwali TOPR w drodze powrotnej z Morskiego Oka, bo uznali, że bez zaprzęgów konnych na prostej, asfaltowej drodze już sobie nie poradzą. W końcu 8 kilometrów płaską drogą w dół to nie żarty. Nie mogę się zdecydować, czy bardziej jest to śmieszne, czy smutne, bo sami widzieliśmy ludzi z małymi dziećmi, którzy jeszcze po 16.00 rozpoczynali spacer do schroniska, podczas gdy 95% turystów o tej porze było już niemal przy wyjściu, ze względu na zapadający zmrok.

Trasa do Morskiego Oka (1 395 m.) jest bardzo przyjemna, dokładnie tak, jak zapamiętałam ją z obozu. W zasadzie była to jedyna przyjemna rzecz, którą z tej wycieczki pamiętam. Góry i choinki przykryte śniegiem nabierają większego uroku, gdy przez dwie godziny mija się je po drodze. Niebo zdążyło się wypogodzić i w końcu w górach towarzyszyło nam słońce. Oczywiście zniknęło, gdy dotarliśmy do celu, ale i tak było warto.

P1950014

DSC_1721-horz

P1940818-horz

DSC_1795

DSC_1793-horz

DSC_1730

P1950023

Największym zaskoczeniem było jednak dla nas samo Morskie Oko. A właściwie jego brak, bo żadne z nas nie doczytało, że o tej porze roku (i aż do kwietnia), jezioro zamarza na amen. A ja miałam już w głowie całą sesję nad wodą, a to sobie stanę na kamieniu, a na drugim może nawet usiądę lub też puszczę kaczkę. A figa. Można sobie przynajmniej na legalu po Morskim Oku pospacerować, wzdłuż i wszerz, jednak na samym środku jeziora jest uberzimno. Wystarczyło kilka kroków, aby diametralnie zmienić strefę klimatyczną. Ciekawe doświadczenie, góry wokół bardzo piękne, ale już po 30 minutach chciało mi się płakać z zimna. Na szczęście zawsze może być gorzej, bo następnego dnia pobiliśmy już pod kątem minusowej temperatury swoje subiektywne rekordy.

P1950091

P1950071

P1950070

P1950090

P1950089

P1950110

DSC_1756

DSC_1767

P1950131

DSC_1770

#takbyło

 

Wtrącę jeszcze słówko na temat słynnego, oldskulowego schroniska nad Morskim Okiem, gdzie udało nam się podejść na gorącą czekoladę i grzane piwo. Atmosfera miejsca do pozazdroszczenia, idealna, by zatrzymać się tam późnym latem, wstać o wschodzie słońca i sfotografować poranne światło prześlizgujące się po szczytach. Jeśli tylko będziemy pamiętać, aby zarezerwować nocleg z półrocznym obłożeniem, nie wykluczamy powtórki z rozrywki. Bardzo chciałabym obudzić się w takim miejscu, kiedy cały świat będzie jeszcze głęboko spał. A później zjeść jajecznicę, wypić kakao i wyruszyć na szlak.

 

Mindblown na Kasprowym

Nigdy nie byliśmy na Grenlandii, ani nawet na Antarktydzie, ale jeśli miałabym sobie wyobrażać warunki tam panujące, byłoby jak na Kasprowym Wierchu (1 987 m.) zimą (+ dodatkowe 10℃ na minusie). Nie wiem, czego właściwie spodziewałam się jadąc kolejką na górę. Zimna, zwalającej z nóg panoramy Tatr… śniegu?

P1950283-horz

P1950259

Pierwsze 10 minut na górze było nawet całkiem przyjemne. Byliśmy rozgrzani, zakutani w szale, grube rękawice i kaptury. Od razu pobiegliśmy za trasę narciarską, żeby zobaczyć jaki widok rozciąga się ze szczytu. Po drodze minęliśmy trzy potężne odśnieżarki, a chwilę poźniej znaleźliśmy się w miejscu, w którym trasa w każdym kierunku wyglądała tak samo. Wszędzie biało, śniegu po kolana, bez jakiegokolwiek śladu żywego człowieka. I wiatr, który w pięć sekund potrafił stworzyć śnieżycę i całkowicie zlikwidować widoczność na stoku, aby chwilę później wszystko wróciło do normy.

Po kilku minutach dreptania w kółko i zachwycania się widokiem sąsiadujących szczytów, które bardzo przypominały Alpy, zdecydowałam się zdjęć rękawiczki i zrobić jedno zdjęcie komórką. Zajęło mi to może 15 sekund, ale uczucie odmrożenia i braku możliwości poruszania palcami przechodziło przez kolejne 15 minut. Przez chwilę zaczęłam się nawet żegnać w głowie z utratą dłoni, ale zaraz przypomniałam sobie wszystkie przeczytane książki na temat wspinaczki na Mt. Everest i przestałam się nad sobą litować. Tym bardziej przestałam kwilić, gdy zobaczyłam dzieci śmigające na nartach po krawędziach tras, albo psy wesoło biegające za właścicielami zjeżdżającymi na snowboardzie. Nie wiem, jak ludzie to robią, bo na widok tras włączały mi się wszystkie apokaliptyczne scenariusze, choć uważam się za dość odważną i lubiącą ryzyko osobę.

P1950188

P1950210

P1950272

P1950215

P1950193-horz

P1950241-horz

P1950230

P1950245

Gdy już nie mogliśmy wytrzymać, w podskokach pobiegliśmy do restauracji na grzane wino, aby przywrócić do życia przemarznięte ciało. Nigdy w życiu i nigdzie nie było nam tak zimno, jak na Kasprowym, ale też nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych gór. Gdyby nie temperatura, mogłabym siedzieć na kamieniu przez kolejną godzinę i po prostu cieszyć się tym, gdzie jestem. Kasprowy Wierch absolutnie zawrócił mi w głowie, a zawsze myślałam, że związek ja + zima miałby na Facebooku status to skomplikowane.

P1950227

P1950262

P1950216

P1950217

Naprawdę. Na świecie nie ma nic piękniejszego, niż natura i każdy rok coraz bardziej upewnia mnie w tym przekonaniu. A zimową wyprawę w Tatry z wielkim zakochaniem zaliczam do kategorii ‚epic shit’, z której śmieje się Paulina Wierzgacz.

Film z Tatr też będzie, w przeciwieństwie do tego wpisu – bez żartów i z głębokim przesłaniem.

 


Przydatne informacje

  • Do Doliny Strążyskiej, Sarniej Skały i okolicznych dolin można dotrzeć bezpośrednio z Zakopanego.
  • Wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego każdorazowo kosztuje 5 zł za osobę.
  • Nad Morskie Oko można dotrzeć przy pomocy busa startującego z przystanku obok dworca kolejowego. Przejazd w jedną stronę w kierunku Polana Palenica to koszt 10 zł za osobę.
  • Na Kasprowy Wierch dojeżdża się z tego samego miejsca, busem w kierunku Kuźnic. Koszt przejazdu to 3 zł za osobę.
  • Sam wjazd na Kasprowy, nie licząc ski-passów, jest drogą imprezą. Tutaj znajduje się najbardziej aktualny cennik za wjazd kolejką. Oczywiście można wejść też samemu z Kuźnic 2-godzinnym szlakiem, ale zimą nie wchodzi to w grę.