Podróże Porady Portugalia

Lizbona: 2xH. Tam gdzie historia spotyka hipsterstwo

Czy zdarza Wam się czasem wyobrażać sobie pewne miejsca, zanim jeszcze je odwiedzicie? Zazwyczaj taka zabawa kończy się w dwojaki sposób: albo wracamy zachwyceni, albo wręcz przeciwnie – mocno zawiedzeni. O Lizbonie słyszałam już od lat. W większości były to opinie skrajne, nie mające żadnych wspólnych punktów zaczepienia. Przez to właśnie miałam w głowie obraz miasta, zanim jeszcze się w nim znalazłam. Okazało się, że Lizbona jest dokładnie taka, jak myślałam. Taka sama, tylko, że lepsza.


Pierwsze wrażenia z Lizbony: jedziemy porannym pociągiem z Lagos przez Most 25 kwietnia. Promienie wschodzącego słońca prześlizgują się pomiędzy przęsłami mostu, a ja już czuję, że stolica Portugalii będzie strzałem w dziesiątkę. W końcu żadne inne miejsce w Europie nie ma swojego Golden Gate z San Francisco i Jezusa z Rio de Janeiro.

Pokój w mieszkaniu w dzielnicy Bairro Alto, zarezerwowany przez Airbnb, mieliśmy odebrać dopiero po południu. Na pytanie: „Co robić do tego czasu?”, odpowiadam jak zwykle, iść coś zjeść. Specjalnie czekaliśmy ze śniadaniem, żeby trafić do pierwszej klimatycznej piekarni O Pão Nosso, otwierającej nasz subiektywny hipsterski szlak gastroturystyczny. Nigdzie indziej na świecie nie widziałam tak smacznego pieczywa, czegoś pomiędzy bułką poznańską i marokańskim plackiem. Zanim jednak nabyliśmy na spółkę jedną taką kanapkę idealną, nacięliśmy się dość poważnie na inną pozycję z menu śniadaniowego. W końcu warto uczyć się na błędach, ale jeszcze lepiej na cudzych. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam ochota na zamówienie kanapki/tosta w rozmiarze large, pamiętajcie tylko, że jest on równy wielkości ołpenspejsu w mojej agencji. To nie danie dla 1 osoby, tylko dla 3. Zgadnijcie, kto z naszej dwójki wyszedł zwycięsko z batalii kanapki versus ludzie. Piotrek nie omieszkał się skwitować tego z właściwym dla siebie taktem i szarmancją: – Karolina, tobie się coś przełącza w mózgu na wyjazdach, że nawet jakbyś miała się zesrać, to i tak wpierdolisz wszystko. 

Wspomniana Bairro Alto to jedna z najbardziej imprezowych dzielnic Lizbony. A dowiedzieliśmy się o tym w środku nocy, kiedy śpiew kibiców, brzęk butelek i pijackie nawoływania dochodzące zza okna pozbawiły nas snu do samego rana. Na szczęście Bairro Alto to nie tylko imprezownia, a dzielnica, która sporo zyskuje przy bliższym poznaniu. Szczególnie o poranku, gdy miasto dopiero budzi się do życia.

P1940496-horz

P1940487

P1940473-horz

P1940489

Jaka sama nazwa wskazuje, aby dostać się do górnej dzielnicy, można podjechać jedną z elevadores, bez której żadne porządne zdjęcie z Lizbony nie ma prawa znaleźć się na stocku czy w NG Traveler. Jakoś tak nie mieliśmy cierpliwości czekać aż załaduje się do pełna, więc za każdym razem wdrapywaliśmy się po schodach o własnych siłach. Podobnie było zresztą z przejażdżką zabytkowym tramwajem nr 28, pełnym kieszonkowców i turystów z Chin. To poważne przeoczenie, ale obiecujemy wynagrodzić je sobie następnym razem.

P1940508-horz

P1940503-horz

Wszystkie blogowe przewodniki, które przetrawiłam przed wyjazdem, jak jeden mąż obwieszczały: nie próbuj zwiedzać miasta, po prostu zagub się w plątaninie ulic, a dojdziesz, gdzie powinieneś. Pomyślałam więc, po cóż się spinać? Stresu mam wystarczająco w pracy, więc cały plan na zwiedzanie stolicy podsumowałam w notatkach jednym zdaniem – całodzienny spacer po dwóch najstarszych dzielnicach Lizbony.

Baixa/Chiado to miks obdrapanego z wyglancowanym, kamienic nadgryzionych zębem czasu z ekskluzywnymi butikami leżącymi przy nie mającym końca brukowanym deptaku. Niezwykle trudno wskazać granicę, gdzie kończy się stare, a zaczyna nowe. Najpopularniejszą atrakcją w okolicy jest ukryty w bocznej uliczce Elevador de Santa Justa, neogotycka winda z początku XX wieku, zaprojektowana przez ucznia Gustawa Eiffla. Dość łatwo zauważyć tę artystyczną konotację, dość łatwo też zauważyć kolejkę, w której trzeba postać co najmniej 30 minut, aby udać się w (uwaga) 30-sekundową podróż windą do nieba. Gdybym nie miała biletu na zbiorkom i musiała zapłacić za tę przyjemność 5,15 euro, odpowiedziałabym, że szkoda zachodu. Zwłaszcza, że panorama miasta z punktu widokowego na szczycie 45-metrowej windy nie różni się od widoku z wielu darmowych miraudoros, rozsianych gęsto po Lizbonie. Żeby jednak nikt nie zarzucił nam ignorancji, na obronę windy dodam, że każdy jej detal wykonano z niesamowitą pieczołowitością, a drewniane wnętrze przypomina przedział w Orient Expressie. Ale wciąż, 5 euro za pół minuty frajdy? Heck no.

P1940523

Ukojenie i chwilę odpoczynku od wycieczek, które w połowie października tłumnie i dziarsko przemierzały Lizbonę, znaleźliśmy w Alfamie. To nie kolejna typowa atrakcja turystyczna, w której być się powinno. Alfama to dzielnica, której średniowieczna atmosfera jest unikalna na skalę Europy. Trudno opisać słowami, co sprawia, że gęstwina stromych uliczek z suszącym się praniem i małych placyków ze starszymi ludźmi w oknach ma klimat, którego na próżno szukać a jakimkolwiek innym śródziemnomorskim kraju. Nic dziwnego, że uważa się ją za ikonę portugalskiej stolicy.

P1940166

P1940142

P1940205-horz

DSC_1119

DSC_1037

P1940184

DSC_1097-horz

DSC_1049

DSC_1040-horz

DSC_1118

DSC_1114-horz

Wiecie, do tej pory nie byliśmy w San Francisco. Jak więc mamy żyć, jeśli być bardzo byśmy chcieli? Wystarczy przyjechać do Lizbony i przepłynąć promem na południowy brzeg rzeki Tag, a następnie wjechać na sam szczyt wzgórza, na którym stoi, sięgający łącznie niemal 110 metrów, pomnik Cristo Rei. Naturalnie, że w porównaniu z brazylijskim Chrystusem, ten w Almadzie wypada dość blado. Nie o porównania jednak tu chodzi, ale o prze/epicki widok na Most 25 kwietnia, którego nie sposób nie skojarzyć z amerykańskim Golden Gate.

DSC_1131

P1940233

Spróbujcie wyobrazić sobie ten moment. Zachód słońca, świst wiatru i grupa turystów, która z nielogicznego powodu ustawiła się po przeciwnej stronie miejsca, z którego rozciąga się najpiękniejszy widok na okolicę. Punkt widokowy, który dzielił z nami kamienny Jezus, należy do naszych najlepszych lizbońskich wspomnień. Straciliśmy rachubę czasu i nie zauważyliśmy, kiedy wszyscy opuścili teren, a my daliśmy się zamknąć na kłódkę. Taka już cena poświęcenia, zdjęcia same się nie zrobią. Czasem trzeba narazić tyłek na upadek, innym razem można dać się zamknąć.

DSC_1138

P1940244

P1940257

P1940262

P1940278

Po powrocie na właściwy brzeg Lizbony, udaliśmy się do Koszyków 2.0. Jeśli nie wiecie, czym jest warszawska Hala Koszyki, spieszę z odpowiedzią. Stara hala targowa zamieniona w postindustrialną mekkę hipsterstwa i bananowej młodzieży. Kolacja w towarzystwie torebki Louis Vuitton i majtek Calvina Kleina, to właśnie tutaj. Gdyby nie O Prego da Peixaria, pewnie nigdy nie odkrylibyśmy Time Out Market.

P1940289

To takie Koszyki, tylko jeszcze większe, bardziej cool i wszyscy mają w nosie to, jak wyglądają. W środku hali upchnięto sporo drewnianych stołów i krzeseł barowych, a wokół nich najmodniejsze bary i knajpki serwujące potrawy certyfikowane przez krytyków kulinarnych portalu Time Out. Po burgery (burger z łososia i kalmarów w czarnej bułce prego #foodporn) z frytkami i lampką wina/butelką piwa wracaliśmy tutaj dwa razy, po pad thai w Asian Lab też warto wpaść. Time Out Market to esencja nowoczesnego oblicza Lizbony, która na długo zapada w pamięć. Warto było odmawiać sobie obiadu na mieście w Warszawie, żeby zjeść obiad na mieście w Lizbonie. Naprawdę, warto było.

Następnego dnia ruszyliśmy na podbój Belém. Zanim jednak na dobre zanurzyliśmy się w dzielnicy tysiąca muzeów, upamiętniającej erę portugalskich odkryć geograficznych, first things first. Wszyscy mówią i piszą, że wizyta w Belém nie liczy się bez śniadania w Pastéis de Belém, piekarni i cukierni serwującej od 1837 roku najsłynniejszy portugalski deser. Pasteis de nata, czyli zapieczone z wierzchu ciasteczka z masą budyniową, posypane cynamonem i cukrem pudrem. Kiedyś jadłam jedno w Madrycie, więc nie bardzo mam co porównywać, ale dałabym się pokroić za ponowną wizytę w tym miejscu. Najlepiej od razu atakować stoliki, bo kolejka do zakupów na wynos nigdy się nie kończy, a miejsc w cukierni jest, wbrew pozorom, całe mnóstwo.

P1940530

Do najważniejszych atrakcji w okolicy należy Klasztor Hieronimitów zlokalizowany tuż przy Patéis de Belém, Pomnik Odkrywców i Torre de Belém. Być może wyjdziemy na lamusów, ale pieniądze w Portugalii uciekały nam z portfela błyskawicznie, więc wszystkie wspomniane miejsca oglądaliśmy tylko z zewnątrz. Klasztorów w życiu widzieliśmy już kilka, a widok z wieży z pewnością nie jest wart swojej ceny. Owszem, można też przebiec sprintem wszystkie wspomniane miejsca i odhaczyć, tylko… po co? Jedyne, czego naprawdę żałujemy, to faktu, że wszystkie wycieczki zatrzymywały się dokładnie na środku mozaiki z pięknie zaprojektowaną mapą świata, prezentującą odkrycia portugalskich podróżników, takich jak Henryk Żeglarz, Ferdynand Magellan czy Vasco da Gama. Jestem pewna, że gdybyśmy przyszli tam o 5 rano, a później jako pierwsi zapłacili za wejście na taras widokowy Pomnika Odkrywców, mielibyśmy najładniejsze zdjęcia mapy z lotu ptaka na świecie. A tak, nie mamy niczego poza skrawkami materiału filmowego, bo turyści z lubością zadeptywali najważniejsze punkty na mapie. Następnym razem bardzo chętnie odwiedzimy też Muzeum Morskie, na które zdecydowanie zabrakło czasu.

DSC_1485-horz

P1940551

P1940560

DSC_1489-horz

DSC_1545

DSC_1551

DSC_1585

DSC_1596

To zdjęcie nie jest sponsorowane przez producenta okularów przeciwsłonecznych. A mogłoby być.

Najlepszym lekarstwem na zorganizowane wycieczki jest miejsce, do którego (póki co, oby nie zapeszyć) zorganizowane wycieczki nie docierają, Lx Factory. I tutaj ponownie posłużę się analogią, bo Lx Factory bardzo przypomina mi warszawskie Soho Factory. I tak, jest zdecydowanie ciekawsze niż polski odpowiednik. W skrócie, to przestrzeń, w której doskonale odnajdą się zwolennicy alternatywnych rozwiązań i poszukiwacze oryginalnych pamiątek. Albo hipsterzy i hippisi. Kompleks nieczynnych przędzalń i fabryk tekstyliów przekształcono w najbardziej tredny miejsce w Lizbonie, po brzegi wypełnione kawiarniami, restauracjami, sklepami z pamiątkami i meblami, galeriami sztuki czy studiami tatuażu.

DSC_1660

DSC_1675

DSC_1652

Za największą perełkę Lx Factory uważa się jednak księgarnię Ler Devagar (Czytaj powoli), założoną w miejscu nieczynnej drukarni. Książki zajmują cały parter i piętro, ciągną się aż do sufitu. A z sufitu zwisa rower, bo dlaczego nie? Magiczne miejsce, w którym bardzo łatwo zapomnieć o bożym świecie.

DSC_1641

DSC_1642

 

Drugą perełką jest malutka cukiernia Landeau Chocolate, której specjalnością jest – uwaga – najlepsze ciasto czekoladowe na świecie. Jestem bardzo ciekawa, czy macie tak jak ja. Gdy słyszycie, że coś uchodzi za najlepsze na świecie, to musicie tego spróbować i przekonać się samemu, bo inaczej zabije Was ciekawość. Ciasto jest faktycznie przepyszne i gdybym miała wystarczające doświadczenie w dziedzinie ciast czekoladowych, mogłabym potwierdzić prawdziwość claimu marki. Jeśli hasło reklamowe nie przemawia, niech przemówią trzy warstwy czekolady: miękki czekoladowy spód, w środku czekoladowy mus rozpływający się na języku, a na tym wszystkim gruba warstwa lekkiego jak chmurka kakao. Wnętrze cukierni jest równie wspaniałe, co ciasto z czekolady. Odnalazłam w nim walizkę swoich marzeń! Szkoda tylko, że nie noszę walizek.

DSC_1605-horz

Po powrocie z fabryki czasu wystarczyło nam już tylko na krótki spacer po Alfamie i odebranie bagaży z przechowalni na dworcu Rossio, z którego ruszyliśmy w drogę powrotną do Faro.

Czy Lizbona nam się podobała? Bardzo. Czy chcielibyśmy jeszcze do niej wrócić? Zdecydowanie.

Dwa dni to tyle, co kot napłakał. Miasto można co jedynie liznąć, ale na pewno nie skonsumować. Następna podróż do Portugalii z pewnością obejmie też Porto, dopiero wtedy będę czuła się na siłach, by spróbować porównać obydwa miejsca i samej zadecydować, które z nich jest tą ubogą krewną.

 


Przydatne informacje

  • Cena pociągu z Lagos to Lizbony to koszt ok. 22 euro.
  • Koszt zakupionego z wyprzedzeniem przejazdu pociągiem z Lizbony do Faro – ok. 13,50 euro. Standardowa cena wynosi ponad 20 euro.
  • Przebywając w mieście co najmniej dobę, warto zaopatrzyć się w kartę Viva Viagem, którą można otrzymać z większości maszyn biletowych. Koszt samej karty działającej na zasadzie pre-paid to 0,50 euro. Obecna cena za 24h przejazd tramwajami, autobusami, metrem i funicularami wynosi 6.15 euro. Jak na Portugalię – prawie jak za darmo, doładowanie zwraca się już przy drugim przejeździe.
  • Wędrując po Lizbonie warto wypatrywać znaków ze słowem miradouro i symbolem lornetki, sygnalizujących najbliższe punkty widokowe.
  • Do Belém najlepiej dostać się pociągiem CP (opcja krótsza), lub tramwajem nr 15 z Praça da Figueira (opcja dłuższa), metro niestety nie dosięga.
  • Aby dostać się do Cristo Rei, najpierw należy udać się do przystani Cais do Sodré i przeprawić promem w kierunku Cacilhas. Bilet w jedną stronę to koszt rzędu 1,50 euro. Na dworcu autobusowym Cacilhas wybieramy autobus nr 101, kursujący bezpośrednio do Jezuska. Przejażdżka autobusem w jedną stronę kosztuje natomiast 1,45 euro. Odpowiedzcie sobie sami na pytanie, czy skandalicznie fenomenalny widok na Most 25 kwietnia jest wart wydania tych 5 euro?

 

  • Bartłomiej

    Zgrabny wpis. Jestem prawie pewny, że do Pao Nosso trafiliście od niesmigielskiej. Szkoda, że nie wpadliście do muzeum, które jest po drugiej stronie ulicy – jedno z najlepszych w jakich byłem w moim skromnym życiu. Jeśli chodzi o dojazd do Belem to najlepszą opcją jest pociąg, który jedzie 7 minut, a nie 40 jak tramwaj. Czekam na więcej. Dobra robota ❤️

  • Dokładnie (co do dnia) 3 lata temu zrobiłam sobie pamiętne zdjęcie przy moście 25 kwietnia. Tym milej czytało mi się Wasz post, chociaż sama po Lizbonie szwędałam się bez większego celu, omijając przy tym sporo dobrych rzeczy.

    Obczajcie jeszcze drugi most z SF, Oakland bay bridge – ten to dopiero wygląda identycznie jak ten lizboński (tylko kolor inny).

    ale dziwię się strasznie, że ominęliście Porto! Pakować bagaże i wracać z powrotem! ;)

    • Myślę, że my też omijaliśmy więcej, niż zwiedzaliśmy ;) ale przywoływanie takich wspomnień zawsze jest ubermiłe.
      Piękniasty ten drugi most w SF. Ech, czuję, że w przyszłym roku będę mieć wizę do USA :)
      A Porto nie ominęliśmy, po prostu było najdalej i dojazd najmniej opłacalny biorąc pod uwagę ograniczony czas. Spokojnie, siostro – nadrobimy! :D

  • Ler Devagar – wow, wow, nie wyjdę stamtąd.
    U mnie na wyjazdach z jedzeniem jest tak samo :D
    Muszę tam pojechać!

    • Haha, w końcu „nie ma większej miłości niż miłość do jedzenia” :)))
      Ja też nie mogłam wyjść z Ler, tylko prawie wszystko było po portugalsku, więc w końcu wyszłam ;)
      Polecamy bardzo!

  • Mam trochę wrażenie, że nie do końca jesteście zachwyceni Lizboną. Znając delikatnie Wasze gusta na podstawie tego, co piszecie, myślę, że bardziej będzie Wam się podobać w Porto :) Chociaż ja jestem sercem za Lizboną (ach te spolaryzowane poglądy, które miasto lepsze).

    • Monika, wiesz co? To chyba kwestia interpretacji tekstu / stylu, w którym napisałam ten wpis. Lizbona podobała nam się na tyle, że chcemy do niej wrócić, ale jest szansa, że Porto faktycznie będzie tym jedynym. Czas pokaże. Jedyne, co nam się nie podobało, to milion męczących wycieczek powodujących, że wszędzie było głośno i tłoczno. To naprawdę potrafi zepsuć atmosferę każdego miejsca. A przypomnę, że byliśmy w połowie października, nie w lipcu ;) Poza tym, moim zdaniem bardzo fajne miasto – dużo się dzieje, z jednej strony nowoczesna, z drugiej dużo tradycji i średniowiecznej atmosfery. Jeśli jednak miałabym drążyć głębiej, to chyba tak naturalnie po 3 latach jeżdżenia głównie po miastach, najbardziej tęsknimy do natury i tym sposobem najmilsze wspomnienia wiążemy z wybrzeżem w Algarve i Cabo da Roca :)

      • Mam tak samo, zaczęło mnie ciągnąć do natury ostatnio i już miasta tak bardzo nie jarają. Ja byłam w Lizbonie w grudniu i pod względem liczby turystów było bardzo ok i pogoda też super. Z kolei w Porto, które odwiedziliśmy po Lizbonie, było bardzo czuć, że jest po sezonie, jak dla mnie aż za bardzo, chociaż też nie lubię tłumów.

        PS. podziwiam, że tak szybko piszecie posty. Ja w Portugalii byłam w zeszłym roku w grudniu, a dopiero niedawno wjechał post o Lizbonie, a o Porto właśnie się pisze. Wstyd mi!

        • Ooo! To dzisiaj poczytam na gorąco, jak to wyglądało u Ciebie :)
          Z tym szybkim pisaniem to jest tak, że odkąd obydwoje zmieniliśmy pracę i narzuciliśmy sobie na głowę więcej zajęć „po godzinach”, mamy tylko dwa wyjścia: albo spiąć zadek, pisać/obrabiać od razu i wrzucać, albo odkładać na bliżej nieokreślone „kiedyś tam”. W tym drugim przypadku trzeba byłoby zamknąć bloga ;)

  • Ja to bym chciała zamieszkać w Lizbonie… Chociaż jak widzę mass tourism = people polution, to zastanawiam się, czy jeszcze mi wolno czy już z późno…

    • Bartłomiej

      Co z tą Twoją książką?

    • Jedna jaskółka wiosny nie czyni, jedna osoba ludzkiego zanieczyszczenia chyba też nie. Wiola, Tobie wszystko wolno – przynależysz do Brazylii i Portugalii jak nikt inny.