Podróże Porady Portugalia

Algarve. Ucieczka w lato

Mówią nam, że trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie płotu i wszędzie dobrze tam, gdzie nas nie ma. To prawda. Są takie miejsca, nawet nie na świecie, a w Europie, gdzie trawa jest bardziej zielona i jest zdecydowanie lepiej niż w zalewanej deszczem październikowej Warszawie. Tam, gdzie nie trzeba nosić zimowej kurtki, za to lepiej zaopatrzyć się w letnie szorty i strój do kąpieli. Południowe wybrzeże Portugalii wybrało nas samo w momencie, gdy myśleliśmy, że w tym roku nie ruszymy się już nigdzie. Algarve forever in our hearts.


Pierwsze myśli o wyjeździe do Portugalii zakiełkowały mi w głowie już wiele lat temu. Pierwszy raz chyba wtedy, gdy zobaczyłam zdjęcia z wakacji mojej przyjaciółki. Plany odwiedzenia tego kraju pojawiły się natomiast dwa, może trzy, lata temu. Zawsze jednak coś nie pasowało. Zbyt wysoka cena biletów, zły termin, brak urlopu, zmiana planów. I gdy, po kolejnych zmianach prac, myśleliśmy, że w tym roku z wyjazdami musimy się pożegnać, całkiem przypadkowo znalazłam przyzwoity lot do Faro, na południe Portugalii. W Polsce lało, wiało i huczało, klamka więc zapadła – trzeba uciec w stronę słońca. Szczególnie, że w pierwszej połowie października Portugalię nawiedziła niespotykana fala upałów i 35 stopni w słońcu towarzyszyło nam każdego dnia.

Faro, nazywane bramą wjazdową do Algarve, to jedno z tych miast do których latają tanie linie lotnicze, ale większość osób pomija je bez mrugnięcia okiem. Faro, Bergamo, Kutaisi, co za różnica. A różnica jednak jest, nawet całkiem spora i warto czasem przyjrzeć się bliżej temu, co niedoceniane. Faro, stolica regionu Algarve, to miasteczko, które można przejść w 3 godziny, więc cena, w stosunku do przyjemnych wspomnień, jest niewygórowana.

DSC_0772

Sami przedeptaliśmy je dwa razy, mając na zwiedzanie parę godzin w drodze do i z Portugalii. Nie będę rozpisywać się na temat zabytków i brukowanych uliczek, bo miejscowość jest na tyle kompaktowa, że każdy chętny zwiedzi ją nawet bez uprzedniego przygotowania. Dodam tylko, że deptak w Faro i ceny dań w restauracjach są dość przesadzone, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić lokalne odkrycie, restaurację Chefe Branco, serwującą świeże ryby i owoce morza w niezłych, jak na Portugalię, cenach. Top tip: lokal odwiedzają głównie Portugalczycy, więc i menu dnia jest po portugalsku. Litr wina to koszt około 5 euro, a najpyszniejsze do obiadu/kolacji jest vino tinto i orzeźwiające vino verde. Przystawki wchodzą z automatu i jeśli nie chcemy za nie płacić, najlepiej od razu prosić kelnera o zabranie ich ze stołu.

Im bliżej daty wyjazdu, tym bardziej zmieniał się nam plan trasy. Zastanawialiśmy się grubo, czy pominąć południe i od razu przeskoczyć do Lizbony, a może jednak dłużej zostać w Algarve i objechać wszystkie najbardziej malownicze miejsca. Rzeczywistość na szczęście szybko sprowadziła nas na ziemię. Zwiedzanie wybrzeża Portugalii bez samochodu jest bardzo trudne, żeby nie napisać, praktycznie niemożliwe. A wypożyczanie samochodu na jeden dzień na prawko, którego (jeszcze) nie mamy, też nie wchodziło w grę. Ale żeby od razu pomijać to, co wyskakuje w Google grafika, gdy wpisze się „Algarve”? Nie ma takiej opcji. Nie po to bawimy się w kombinowane loty z pitstopami przez pół Europy, żeby odmówić sobie najlepszych widoków. I tak też znaleźliśmy się w Lagos. Kurorcie, o którym myśli na początku przerażały, a potem już tylko przywoływały sekretną plażę, wyborne fish&chips i najpiękniejszy zachód słońca tej jesieni.

P1940054

Gdy myślę sobie o Lagos, ale w zasadzie to i o całej Portugalii, do głowy przychodzi mi jedno słowo: eklektyzm. W Portugalii można znaleźć wszystko i tylko od nas zależy, czy będzie nam się kojarzyła z pielgrzymkami turystów z Chin, poduszkami w kształcie emotikonek i lodami świderkami, które można kupić w budce na promenadzie, czy też z mało uczęszczanymi uliczkami, starymi budynkami od których odpadają kolorowe azlujeos i bryzą znad Oceanu Atlantyckiego. Osobiście, a teraz i z doświadczenia, zdecydowanie polecam bramkę numer dwa. Prawda jest też taka, że miejscowości tego rodzaju byłyby o wiele piękniejsze, gdyby tylko można było z nich zdrapać wierzchnią warstwę tanich sklepów i restauracji.

P1930699

DSC_0853

P1930704

DSC_0840

P1930660

P1930658

Jak najlepiej rozpocząć dzień na południu Europy? Od amerykańskiego śniadania, przecież to takie oczywiste. Cafe Odeon, którego właścicielem jest (dam sobie za to rękę uciąć, zgaduję po akcencie i CNN w tv) Amerykanin, to maleńka knajpeczka położona w samym centrum miasta, tuż za Praça Do Infante. Kolejki z rana prawie jak do Manekina, ale swoje wystać warto, bo śniadania za 3-4 euro to w Portugalii ewenement. A taki jest właśnie pomysł na biznes. Pankejki, milkszejki, english breakfast, vegetarian breakfast i wszystko za kilka euro. Co więcej, wszystko pyszne, ale tak właśnie po amerykańsku pyszne. Wiecie, o co mi chodzi? Ja też nie, bo nigdy nie byłam w Ameryce.

Nie pamiętam też, czy wspominałam, ale ostatnio coraz częściej zdarza nam się wybierać cel podróży przede wszystkim pod kątem wizualnym. I jak już taki cel sobie obierzemy, to w zasadzie inna pora dnia niż wschód i zachód słońca kompletnie nas nie satysfakcjonuje. I tak też przez pół dnia nie bardzo wiemy, co ze sobą zrobić. Rozbijamy się więc po kątach, zaglądamy w najciaśniejsze uliczki i próbujemy mentalnie przyspieszyć czas. Po południu, na długo przed zachodem, ruszyliśmy w kierunku wybrzeża.

P1930695-horz

DSC_0807

P1930709-horz

DSC_0774

To zabawne, że Lagos wybraliśmy całkowicie na oślep, bo jako jedyna miejscowość ma dobre i szybkie połączenie kolejowe z Faro. Teraz, gdy przeglądam artykuły w sieci na jego temat, czytam o „najpiękniejszych plażach na świecie” i „zachwycającej linii brzegowej”, o której wcześniej mieliśmy dość blade pojęcie. W przypadki nie wierzę, więc wybór podyktowała nam chyba jednak intuicja. I tradycyjnie, zdjęcia na Instagramie.

P1930788

P1930764

P1930776-horz

P1930800-horz

P1930794-horz

Miejscem, do którego zmierzaliśmy, był cypel Ponta da Piedade. Obchodziliśmy go kilka razy z każdej możliwej strony, szukając najciekawszych punktów widokowych. Idąc wzdłuż klifów nawet nie wiedzieliśmy, że Ponta da Piedade to cypel. Po prostu szukaliśmy kadru ze zdjęcia znalezionego w czeluściach Instagramu i jedyną informacją, którą dysponowaliśmy, była jego nazwa. Droga wzdłuż klifów jest prosta. Najpierw wspinaliśmy się po skałach, ale tę samą trasę o wiele szybciej i sprawniej można pokonać idąc lub jadąc wzdłuż asfaltowej drogi. Wszystkie praie idealnie oznakowane, raj dla plażowiczów – nawet w październiku.

P1930784-horz

P1940008

Podśmiewam się może troszeczkę z artykułów opiewających plaże w Lagos, ale lini brzegowej naprawdę Portugalczykom można zazdrościć. Każdy fragment wybrzeża najlepiej eksplorować we własnym tempie i na swój sposób. Gdzie się da, warto schodzić po schodkach i odwiedzać groty, inne plaże świetnie wyglądają z góry lub z daleka. Tuż po Lizbonie i Cabo da Roca, czas spędzony w Lagos plasuje się bardzo wysoko na naszym skromnym, portugalskim TOP 3. Jeśli myślicie, że nie ma niczego lepszego od października spędzonego na południu Europy to… macie rację. Nie ma niczego lepszego i bardzo mi smutno, że już nas tam nie ma.

P1930811

P1930827

P1940007

P1940019

P1940038

DSC_0878

DSC_0911

DSC_0913

DSC_0917

DSC_0882

DSC_0925

DSC_0923

P1940044

P1940067

P1940052-horz

P1940070-horz

DSC_0944

DSC_0969

Na otarcie łez po pozostawionych za sobą klifach zabrałam Piotrka do miejsca, którego opis w moim planie podróży, zaczyna się od słów „taka hipsterska knajpa…”, czyli od słów, od których zaczynał się opis co drugiego wybranego przeze mnie miejsca z jedzeniem. Nic nie poradzę na to, że mieszkając w stolicy ciężko uciec od hipsterstwa. Najpierw się z tego śmiejesz, a później sam zaczynasz się dziwnie ubierać i wrzucać jarmuż do blendera. Owa knajpa nazywa się Ol’ Bastard’s i jest absolutnie najlepszym kulinarnym odkryciem w Lagos, a może i odkryciem roku 2017. Tradycyjnie zbyt mała, by pomieścić wszystkich chętnych i otwarta tylko przez 4 godziny w ciągu dnia, ale za to jaka! Najlepsze fish&chips, jakich dane nam było spróbować. Piotrek skorzystał z prawa zachowania milczenia, ale ja śmiem się pokusić o opinię, że przebija nawet fish&chips od lat serwowane w irlandzkim Galway. Tutaj znowu bawiłam się w detektywa i wysnułam tezę, jakoby właściciel pochodził z Australii, a postać hipstera marynarza widoczna w logotypie wzorowana jest właśnie na nim. Nie sposób go zresztą przeoczyć, bo to pewnie on będzie odprawiał ludzi na ulicy z kwitkiem tłumacząc, że nie ma wolnego miejsca, albo uśmiechał się łobuzerko, gdy będziesz pakować manatki do wyjścia. Czasem zastanawiam się, co sprawia, że taki człowiek z Australii postanawia przylecieć do Portugalii i otworzyć mały lokalik w samym sercu niczego, podczas gdy mnóstwo Europejczyków dałoby się pokroić, byleby tylko dostać wizę pracowniczą do Australii i osiąść tam na stałe. Świat i ludzie nie przestaną mnie zadziwiać.

Algarve, będziemy tęsknić. Za zachodem słońca, klifami i tą fenomenalną kuchnią.

Dopilnujcie, aby Lagos znalazło się na trasie Waszej podróży. Podziękować możecie później!

image3-horz

DSC_1025-horz


Przydatne informacje

  • Z lotniska Faro do centrum miasta można dojechać autobusem nr 16. Koszt biletu w jedną stronę – 2,20 euro.
  • Bilet z Faro do Lagos można kupić na stronie linii kolejowych Combois de Portugal. Koszt w jedną stronę za półtoragodzinną podróż wynosi 7,30 euro.
  • W Lagos zatrzymaliśmy się u Catii, BARDZO sympatycznej pani z Mołdawii, która traktowała nas jak własne dzieci. Obiecaliśmy jej, że za zupę, którą nam ugotowała i wino, którym częstowała, nocleg w jej mieszkaniu będziemy polecać na prawo i lewo. Tutaj zgarniecie też 100 zł na pierwszą podróż z Airbnb.

 

  • Ale piekne zdjecia! <3 No i Karolina masz powazna konkurentke w pozowaniu na plazy! ^^ #teamkarolina

  • Portugalia, moja miłość od pierwszego wejrzenia, a jeszcze nawet nie dotarłam na południe. Kiedy myślę o kraju, w którym chciałabym kiedyś zamieszkać, bez mrugnięciem oka wskazuję Portugalię ;) I gdy tak się zastanowię, nawet nie wiem dlaczego. To państwo ma TEN klimat.
    Tylko że… nie wiem, jakie macie odczucia, ale osobiście mnie Lizbona nie podeszła (tym bardziej się cieszę, że od razu nie skoczyliście na północ!). Wrzucam ją do worka kolejnej europejskiej stolicy. Do worka, do którego raz można zajrzeć, ale następnym razem zdecydowanie sięgniesz po inny.

    Zatęskniłam. Oglądam te zdjęcia i chcę z powrotem do mojej Portugalii. Do listopadowej, a wciąż gorącej Portugalii.

    • Magda, skoro nie dotarłaś na południe, to w którym dokładnie miejscu się zakochałaś? Porto?
      I zgodzę się z Tobą, jest KLIMAT. Mam nawet wrażenie, że mocniej go czuję niż w Hiszpanii. Chodzi o tę specyficzną śródziemnomorską atmosferę, którą ciężko opisać słowami, ale czuje się ją w każdej uliczce.
      A Lizbona nam się spodobała. Na tyle, że chcemy do niej wrócić i lepiej zwiedzić. Faktycznie takich mocno klimatycznych miejsc było mało, nie wiem czy jakiekolwiek poza Alfamą, ale miała w sobie to coś. Może nie na tyle, bym się w niej zakochała, ale na pewno chciałabym lepiej poznać. Nie mam jednak porównania z północą, więc ciężko dyskutować, które miejsce lepsze. Na pewno z południem i Cabo wiążę najbardziej sentymentalne wspomnienia, ale to zasługa bliskości natury :) <3

      • Dokładnie, kocham Hiszpanię, ale gdybym miała wybierać, to w Portugalii chciałabym zamieszkać. Zupełnie irracjonalny wybór dyktowany sercem :)

        Ano, Porto (Porto!), Nazare i odrobina Coimbry.