Azja Jordania Podróże Przygoda

Pustynia z odmiennej perspektywy

Zupełnie nie wiem, gdzie i kiedy ubzdurałam sobie, że na wielbłądzie jeździ się równie wygodnie, co na koniu. Albo jeszcze lepiej, sunie się niczym na ciągniętych przez rodzica sankach. None of the above is true. Jazda na tych przeuroczych stworzeniach, które nie do końca wiadomo jak obsługiwać żeby nie napluły ci w twarz, jest równie ekscytująca co jazda na rollercoasterze. Pod górkę. I bez pasów bezpieczeństwa.


Jedzenie śniadania przeciągałam do ostatniej minuty. A to jeszcze odrobina hummusu, a jeszcze dolewkę herbaty poproszę. Nie, nie byliśmy szalenie głodni, ja po prostu wiedziałam, że one już tam są i czekają. Na nas czekają. Zawsze chciałam spróbować jazdy na wielbłądzie (czyt. odkąd pierwsi sąsiedzi pojechali na wakacje do Egiptu), tym bardziej po obejrzeniu filmu Tracks z Mią Wasikowską, ale nie mogłam powstrzymać guli, która podeszła mi do gardła w momencie, w którym zobaczyłam czworokopytnych kolegów.

P1920611

P1920617

Najtrudniejszy jest początek. Potem to już jakoś leci z górki, z garba właściwie leci. Trzeba tylko pamiętać o dwóch istotnych kwestiach: gdy wielbłąd wstaje, należy trzymać się mocno jak ostatniej deski ratunku, inaczej salto przez wielbłądzi łeb gwarantowane; gdy idzie, trzeba poruszać się rytmicznie w przód i tył, inaczej skończycie jak ja, z kręgosłupem obitym o drewniane bolce.

P1920698

P1920581-horz

Prędkość poruszania się wielbłąda nie jest zawrotna, dlatego widok rodzica z bobasem na grzbiecie czterokopytnego nie robi już na nikim większego wrażenia. Początkowa ekscytacja z biegiem czasu ustępowała znużeniu i wkradającej się tęsknocie za czymś szybszym, z napędem na cztery koła. Cały czas, gwoli przypomnienia, powtarzaliśmy sobie jednak: jesteśmy tu po to żeby odpocząć od świata, nie rwać się do wyścigu.

P1920599

Będąc już w temacie, mała ciekawostka. Nasze wielbłądy brały swego czasu udział w wyścigach wielbłądów, jeszcze za czasów dziadka Mohammeda, z którym mieliśmy przyjemność wędrować. Jeden z nich do tej pory ma ślady szycia po złamaniu nogi. Zachowywał się szczególnie wrażliwie, gdy tylko któreś z nas zbliżało do niej rękę.

Po kilkugodzinnej przejażdżce w pełnym słońcu z nieukrywaną ulgą rozbiliśmy obóz w cieniu jednej ze skał, przywiązaliśmy wielbłądy i runęliśmy na kamienie jak pozbawione życia placki. Po obiedzie i godzinnej drzemce ruszyliśmy w drogę powrotną, drepcząc po wcześniej wydeptanych śladach.

P1920634

Na tej płaskiej skale rozbiliśmy sobie swój hand-made & do-it-yourself obóz.

P1920643

P1920691

P1920666

P1920715

P1920658

P1920750

P1920741

Po dotarciu do obozu i rozlokowaniu tobołów nie mogliśmy uwierzyć, że oto kończy się nasz ostatni dzień na Wadi Rum. W przeciwieństwie do dnia poprzedniego okazało się też, że tym razem na pustyni nie będziemy spać sami. Oprócz nas, w cieniu zalegała trójka zmęczonych kilkunastokilometrowym trekkingiem podróżników – 76-letni, absolutnie wspaniały, gentleman z Australii, koleżanka z Holandii i kolega z Turcji. Z tym ostatnim prowadziliśmy głębokie dysputy o życiu do późnych godzin nocnych (czyt. do czasu aż wyłączyli generator, choć i tak nie stanowiło to większego problemu, bo wtedy świeciliśmy sobie po twarzy latarkami), jednak naszym faworytem zdecydowanie pozostaje dziadzio z Tasmanii. Nawet nie wiem, od czego zacząć. Czy od tego, że pomimo swojego wieku energią fizyczną i duchową pokonał nas wszystkich razem wziętych, czy od tony dobrych żartów, którymi sypał jak z rękawa, czy też od tego, że Jordania była jego 160. zwiedzonym krajem (!!!). Na dobre zaczął podróżować dopiero na emeryturze, więc z tego miejsca odrzucam wszelkie wymówki pt. jestem już za stary/a na podróże oraz w życiu już nic dobrego mnie nie czeka.

Przed kolacją postanowiliśmy jeszcze wycisnąć ostatnie jordańskie chwile jak cytrynę i nie minęła chwila, a już pędziliśmy obładowani sprzętem w kierunku czerwonej pustyni, położnej kilometr za naszym campem.

P1920784

P1920781

P1920785

P1920793

P1920798

DSC_2701

DSC_2748

DSC_2758

Ostatni zachód słońca, ostatnie chwile w Jordanii i ostatnie dobre myśli, wypuszczone w kierunku ciemniejącego nieba.

DSC_2705

DSC_2714

DSC_2851

DSC_2811

DSC_2902< DSC_2860

DSC_2768

P1920819

P1920564

Rano wyruszyliśmy w kierunku granicy z Izraelem, kończąc tym samym krótki, acz jakże owocny romans z Jordanią.

P1930069

P1930081

P1930146

P1930188

Czuję jednak w kościach, że to jeszcze nie koniec. Jordanio, to dopiero początek.

  • ej, jazda na wielbłądzie spoko bardzo przecież :D buja fajniej niż na koniu!
    no i wielbłąd nie płoszy się tak często jak koń, aczkolwiek utrzymać się na wielbłądzie w galopie
    no to kiedy wracacie do Jordanii?? :-))