Azja Jordania Podróże Przygoda

Wadi Rum, lot na czerwoną planetę

Spędzimy noc na pustyni! Ta myśl nie dawała nam spokoju od kilku dobrych miesięcy. Niezmierzone, piaszczyste tereny rozciągające się po horyzont stanowiły słodką obietnicę długo wyczekiwanej przygody. Na co komu wysyłanie sond kosmicznych na Marsa, skoro czerwona planeta tak naprawdę znajduje się na Ziemi. I jest zatrważająco piękna, to jedno mogę Wam obiecać.


Wadi Rum (arab. Dolina Rzymian) to pustynna dolina leżąca na południu Jordanii, największa wadi (arab. dolina) w kraju. Teren zajmuje 720 km2, jest wpisany na listę UNESCO, a jej obszar – ściśle chroniony, Co ciekawe i warte pochwały, na Wadi Rum mogą mieszkać i pracować tylko i wyłącznie Beduini, czyli lud zamieszkujący pustynię z dziada pradziada.

Kwota jednorazowego wstępu na pustynię uiszczana przy wjeździe to jedyne 5 JOD, bez względu na liczbę dni, które zamierzamy spędzić w okolicy. Jako że czasu mieliśmy stosunkowo niewiele, wiedzieliśmy dokładnie jak chcemy go spędzić. Z odpowiednim wyprzedzeniem zarezerwowałam indywidualny program zwiedzania w jednym z biur mieszczących się na terenie wioski Rum Village, z której to wyruszają wszystkie wycieczki. Program każdej z nich jest niemal identyczny, podobnie z ceną. Na Wadi Rum dokładnie oszacowano liczbę punktów wartych uwagi przyjezdnych, dlatego krzyżowanie się wycieczek z kilku różnych biur jest raczej nieuniknione, lecz niekoniecznie niekomfortowe. Trafiliśmy na wyjątkowo dobry moment kiedy w Jordanii turystów było jak na lekarstwo, więc podróżowanie przez pustynię było ogromną przyjemnością, bez względu na to czy po drodze spotykaliśmy kogokolwiek, czy też w danym miejscu byliśmy zupełnie sami.

Pierwszego dnia, z samego rana prosto z Rum Village z piskiem opon ruszyliśmy do campu zlokalizowanego na środeczku pustyni, otoczonego skalnymi formacjami oddzielającymi obóz od reszty świata. Po szybkim wypakowaniu tobołów to my, z kolei, zapakowaliśmy się w oldskulową Toyotę z XX wieku i ruszyliśmy w drogę. Samochód jak marzenie, nie zamieniłabym go na żaden inny, pomimo faktu, że co chwila blokowały mu się drzwi, a i sam pojazd przy każdym, nawet niewielkim, wzniesieniu hałasował jakby miał wydać z siebie ostatnie tchnienie. Swoją drogą szansa na to, że na Wadi Rum traficie na Toyotę jest o wiele większa niż wygrana w lotka. Mam wrażenie, że firma od lat utrzymuje tu swój monopol, co nie zmienia faktu, że my trafiliśmy na klasyka z charakterem.

P1920153

P1920151

Pierwszy przystanek stanowił Lawrence Spring (arab. Ain Abu Aineh), okoliczne źródełko zlokalizowane trzy kilometry od wioski, nazwane na cześć brytyjskiego archeologa Thomasa Edwarda Lawrence’a, zwanego Lawrencem z Arabii. Brytyjski agent wywiadu uczestniczący w antytureckim powstaniu arabskim z 1916 roku przeszedł do historii m.in. dzięki swoim, wydanym w formie książki, wspomnieniom wojennym Siedem filarów mądrości. We wspomnieniach opisuje miejsce które teraz zwiedzają współcześni poszukiwacze przygód. Zastanawiacie się, skąd woda pośród wysuszonych na wiór skał? Ja się zastanawiałam, a odpowiedź jest jak zwykle prosta – natura zaskakuje. Okoliczne skały składają się z wapienia w górnej części i z granitu u podstawy. Wapień doskonale absorbuje deszczówkę, czego nie można powiedzieć o granice. Krople wody natrafiając na grunt nie do przebicia, wyciekają po zewnętrznej części skały tworząc drobne strużki, a gdy strużek jest wystarczająco wiele, powstaje źródełko, et voilà!

Powspinaliśmy się po skałach, zaciągnęliśmy wyrastającą z pośród kamulców dziką miętą, którą początkowo wzięłam za zioło (przepraszam, za dużo czasu spędzam nad Wisłą) i ruszyliśmy w kierunku bardziej ekscytującego punktu programu, wznoszącego się na ponad 1 600 metrów n.p.m. Kanionu Khazali. Niegdyś ulubione miejsce Beduinów poszukujących cienia, chwili wytchnienia i relaksu, dzisiaj wyjątkowo fotogeniczna formacja skalna. Trasa możliwa do przejścia nie jest długa, ale panujący w środku przyjemny chłodek sprawił, że w środku spędziliśmy z 40 minut przyglądając się liczącym, bagatela, jedyne kilka tysięcy lat, petroglifom (rysunkom wyrytym w skale, przedstawiającym postaci, wielbłądy, inskrypcje i ślady ludzkich stóp) pozostawionym przez Arabów i Nabatejczyków.

DSC_2374

Gdy słońce sięgnęło zenitu, dotarliśmy do dużej pomarańczowej wydmy, ewidentnie największej atrakcji w okolicy. Jeszcze nim znaleźliśmy się u celu, w głowie bardzo wyraźnie widziałam samą siebie śmigającą na desce do sandboardingu, którą wieźliśmy w samochodzie. Wiatr rozwiewa włos, a ja sunę w dół… Gdy zobaczyliśmy jednak, jak wysoka jest owa wydma, bliżej było mi do wymiotów, niż do ekscytacji. Expectations vs reality.

P1920212

P1920213

Bardzo chcę spróbować jazdy na desce po piasku, ale może gdzieś w Ameryce Południowej, na takiej małej wydemce na dobry początek.  Gdy dowiedziałam się, że jazda po piasku nie jest straszna, bo deska sunie wolno i co chwila się zatrzymuje, było już za późno na zmianę zdania. Biednemu zawsze piach w oczy. Nie sądziłam jednak, że wspinanie się po piaskowej górce jest równie ciężkie, a może i cięższe, niż wspinaczka w górach. Stopy ślizgają się na wszystkie strony, a buty zapadają się w piasku, który grzeje niemiłosiernie. Nie ma letko na tej pustyni!

P1920221-horz

P1920143

Po wspinaczce cała ekipa w składzie nasza trójka i dwójka turystów z Chin z innej Toyoty udała się na obiad i zasłużony odpoczynek w cieniu jednej z większych formacji skalnych. Czterdzieści stopni Celsjusza, lekki wiatr i pełen żołądek to przepis na drzemkę idealną. Trzy godziny minęły jak z bicza strzelił i znowu trzeba było zbierać zadki sowicie poobijane jazdą po wybojach. A jeśli kogoś interesuje, co jada się na pustyni podczas podobnych tripów, spieszę z odpowiedzią. Do menu wjechał nieśmiertelny hummus, baba ghanoush, tuńczyk w puszce, wegetariańska maqluba, pszenne placki i ciasto drożdżowe. Jestem pod wrażeniem tego, co chłopaki zgotowali w swojej małej prowizorycznej kuchni. Mając w zanadrzu epickie pustynne widoki, gwarantuję, że wszystko smakuje wyśmienicie. Wciągnęłabym tam nawet wątróbkę i nie zauważyła, że nie smakowało.

P1920306-horz

P1920286-horz

P1920202

P1920226

P1920225-horz

P1920223

Petroglify pełniące drogę starożytnych drogowskazów. Podróżujący mogli zorientować się, w którą stronę podążać z karawaną.

P1920292

DSC_2394

DSC_2401

DSC_2415

DSC_2418

DSC_2425

DSC_2549

P1920384-horz

Po lewej drugi, większy kanion. Z tej perspektywy zdjęcie wygląda jak okładka oldskulowego komiksu o Dzikim Zachodzie. Strasznie fajny kadr!

P1920411

Jednym z miejsc, które najbardziej przypadło mi do gustu, był kamienny łuk Um Frouth Arch. Nie mogliśmy się zdecydować, kto powinien wejść, a kto robić zdjęcie, więc wspięliśmy się obydwoje. Później nalegałam żeby zostać sama, a że zejście było dosyć podchwytliwe i trzeba było stawiać stopy pod dziwnym kątem, a następnie ślizgać się po skale na tyłku, nim dotarłam na ziemię wokół zgromadziła się publika złożona z kilku emerytów. Jeden z nich zagaił: – Wow, you must be very brave. Odpowiedziałam w najbardziej błyskotliwy sposób, który przyszedł mi do głowy: – … or stupid. I tak rozpoczęliśmy miłą pogawędkę z małżeństwem irańsko-amerykańskim, które przyjechało odwiedzić rodzinę w Jordanii i Wielkiej Brytanii.

P1920421

P1920427

Gwoździem programu była jednakże czerwona pustynia, idealny spot na łapanie zachodu słońca. Jeszcze zanim przyjechaliśmy, mieliśmy w głowach konkretne wyobrażenia kadrów. Niektóre z nich wymagały współpracy z naszym samochodem, którego prowadził Ahmed. Ahmed był bardzo spoko, ale chyba nie spodziewał się, że będziemy tak wymagającą klientelą. Nie tylko porwaliśmy Toyotę na sesję, ale i Piotrek co chwila prosił Ahmeda aby przeparkował samochód, bo źle leży w kadrze, bo stoi w cieniu, bo w słońcu. Ahmed wywracał oczami i maksymalnie się ociągał, ale nie docenił przeciwnika i w końcu dał za wygraną.

P1920477

P1920479

P1920484

P1920500

P1920515

P1920509

P1920560

P1920545

P1920483

P1920531

P1920531-Pano

DSC_2567

DSC_2587

DSC_2580

DSC_2611

DSC_2608

Wieczorem wróciliśmy do campu. Obiad smakował nieziemsko, czaj z cukrem jeszcze lepiej. Pogawędziliśmy sobie z nowymi znajomymi z pustyni na wszystkie możliwe tematy, łącznie z religią i polityką. Najbardziej zaskakujący był jednak fakt, że chłopaki nie potrafili wyobrazić sobie życia w mieście. Na pytanie czy woleliby przeprowadzić się teraz do stolicy, zgodnie odpowiadali, że lepiej byłoby umrzeć. Nie korzystają za Facebooka, telefon służy im wyłącznie do komunikowania się z resztą rodziny w wiosce, a życie na pustyni najlepszą możliwą opcją. Dlaczego tak bardzo mnie to zdziwiło? Ano, chłopaki w naszym wieku lub trochę starsi, teoretycznie w każdej chwili mogliby ruszyć do miasta i znaleźć sobie inną pracę, a jednak są na tyle mocno związani z miejscem urodzenia, kulturą i rodziną, że prowadzenie życia według innego schematu wydaje im się abstrakcyjne i nie do przyjęcia. Niemal każdu Beduin wie, że na Wadi Rum kręcono „Marsjanina” z Mattem Damonem w roli głównej, większość orientuje się dokładnie w którym miejscu na pustyni, a jednak tylko garstka wybrańców w ogóle widziała film. Mainstream i kultura popularna do Wadi Rum jeszcze nie dotarły i, całkiem szczerze, liczę na to, że nigdy się to nie stanie.

Jest dobrze tak, jak jest.

DSC_2663

P1920564

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz

ZapiszZapisz