Azja Jordania Podróże Przygoda

Szlakiem Indiany Jonesa, czyli Petra po raz drugi

W samym zeszłym roku Petrę odwiedziło ponad 460 tysięcy ludzi. Czy w obliczu tak dużej popularności, da się jakkolwiek pokonać system i mieć to wyjątkowe miejsce wyłącznie dla siebie? Wychodzę z założenia, że w życiu da się niemal wszystko, tylko nie zawsze każdemu się chce. Nam chciało się bardzo, więc wydarzyły się rzeczy, dzięki którym Petrę będziemy wspominać najmilej na świecie.


Drugiego dnia wstaliśmy o 5.00, a w Petrze zameldowaliśmy się przed siódmą. Wczesny poranek to najlepszy czas na spacer wąwozem  uwieńczony tête-à-tête z jedynym w swoim rodzaju, najbardziej lubianym i najczęściej fotografowanym Skarbcem. Wspominałam już w poprzednim wpisie, jak bardzo nie mogłam uwierzyć, że naprawdę widzę to, co widzę na własne oczy. Rano spędziłam bitą godzinę gapiąc się przed siebie i powtarzając w myślach: „To zbyt piękne, żeby było prawdziwe. To zbyt piękne…”. A jednak bardziej prawdziwie być już nie mogło, bo przypomina mi o tym przywieziony kamyczek, który wygrzebałam z piachu tuż przy wejściu do budowli.

DSC_1906

DSC_1820-horz

DSC_1839

DSC_1857-horz

DSC_1882

Oprócz nas na miejscu było może z pięć osób, więc wykorzystaliśmy ten czas na bliższe zapoznanie się ze Skarbcem. Testowaliśmy fotografowanie budynku z rozmaitych spotów, pod różnymi kątami i z odmiennych perspektyw. To był nas czas. Magiczna chwila, która prysła niczym bańka mydlana w momencie, gdy z wąwozu wyłoniła się pierwsza wycieczka azjatyckich turystów.

DSC_2220

DSC_2180-horz

DSC_2169-horz

Jak często robicie w życiu szalone rzeczy? Szalonymi rzeczami nazwę na potrzeby tego wpisu sytuację, w której nie do końca panujesz nad tym, co może się wydarzyć, bo nie wszystko zależy od ciebie. Robisz coś bezmyślnie, nie będąc świadomym niebezpieczeństwa lub wręcz odwrotnie, jesteś świadomy aż za bardzo, ale adrenalina szumiąca w uszach i chęć wzniesienia samego siebie na wyższy poziom odczuwania zagłusza resztki zdrowego rozsądku.

Osobiście zdarza mi się regularnie. Od dziecka lubię pchać się tam, gdzie teoretycznie sporo rzeczy może pójść nie tak, ale ja czuję, że mogę to zrobić. Dla własnej satysfakcji i ugaszenia tego ognia, co to mnie tak pali w trzewiach. Na rok przed wylotem (a więc wtedy, kiedy Jordania była tylko odległym planem), znaleźliśmy zdjęcie. Owo zdjęcie pomieszało nam w głowach i zaprowadziło na bodaj najniebezpieczniejszy szlak w moim dotychczasowym życiu. Przepraszam, to nawet nie był szlak. Ale po kolei.

DSC_1941-horz

P1910542-horz

Wiedzieliśmy, że obchodząc Królewskie Grobowce (ang. The Royal Tombs) możemy dojść do punktu widokowego na Skarbiec. Trasa wiedzie okrężną drogą, aczkolwiek jest do pokonania i co bardziej zmotywowana osoba trafi tam bez problemu. Nam to jednak nie wystarczyło. Chcieliśmy dotrzeć TAM, gdzie dociera niewielu. Popytaliśmy kilku młodszych Beduinów w którym kierunku iść. Na początku było prosto. Doszliśmy do szlaku prowadzącego po kamiennych schodach, odrzucając płatną pomoc samozwańczego przewodnika, który podążał za nami na ośle i co chwila wypominał, że sami nigdy nie znajdziemy drogi do celu.

Gdy pokonaliśmy pierwsze wzniesienie, ścieżka skończyła swój bieg. Poszliśmy w kierunku w którym podpowiadała nam intuicja, na szczęście po drodze spotkaliśmy kolejnego chłopca na ośle, który zawrócił nas na właściwy szlak, wspominając przy tym, jak gdyby od niechcenia, że tam na kolejnym wzniesieniu jego kuzyn ma sklep. Szybko doszliśmy do wspomnianego sklepu, bo właściwie nie było innej opcji. Napiliśmy się herbaty idąc dalej w zaparte, że nie potrzebna nam żadna pomoc. Wypytaliśmy w którym kierunku podążać i w zamian otrzymaliśmy kilka sprzecznych wskazówek – że niby żeby wejść na górę, trzeba najpierw zejść z góry, a potem skręcić po kamieniach i znowu wejść na górę. Po raz kolejny spróbowaliśmy swoich sił i kilkadziesiąt metrów dalej, po mało komfortowej wspinaczce, minęliśmy grupę trekkingową, której przewodnik słysząc jaką trasę obraliśmy, kazał nam wybić ją sobie z głowy albo znaleźć przewodnika, w przeciwnym wypadku prędzej stracimy życie, niż sami dotrzemy na miejsce. Ostrzeżenia przestały nas bawić, więc karnie zawróciliśmy do sklepu i zapłaciliśmy chłopakowi, który pół godziny wcześniej rozlewał nam herbatę, żeby w końcu, do licha, doprowadził nas do celu.

P1910762-horz

P1910787

P1910791

P1910782

Nawet gdybym chciała, nie jestem w stanie przywołać biegu tej trasy z pamięci. Wiem tylko, że od czasu do czasu wędrują nią lokalni chłopcy, ale mało który turysta wie o istnieniu tego miejsca lub ma jaja żeby spróbować się do niego dostać. Trasa łącznie pochłonęła kilka godzin, obfitowała w solidną wspinaczkę, przeskakiwanie nad stumetrową przepaścią i przyklejanie się do skalnych półek, byleby tylko nie stoczyć się w dół. Na jednej z takich półek zdarłam sobie plecak, ale z dwojga złego wolałam wrócić do domu w jednym kawałku. Gdy w końcu dotarliśmy na samą górę, adrenalina buzowała we krwi jak nigdy dotąd. Ostrożnie umościłam się na skalnej półce, a Piotrek poszedł o krok dalej i wspiął się jeszcze wyżej, wdrapując się z całym sprzętem po pionowej ścianie. Zadrapania i strupy na rękach ma do dziś, jak gdyby ktoś pytał o cenę wstępu. I cytując samego zainteresowanego: – Nigdy w życiu nie bałem się tak bardzo, jak tam. Na potrzeby realistycznej dokumentacji przywołam też wiadomość na messengerze, którą parę godzin później napisałam do przyjaciółki: „(…) a trasa przeje*ana, ziomek musiał mnie za rękę trzymać, bo bym się spie*oliła 100 metrów w dół! Wybacz przekleństwa, ale to emocje…”. Także tego, hej przygodo.

DSC_1980

DSC_1973

Rachunek zysków i strat jasno wskazuje, że narażanie życia dla jednego zdjęcia to głupota. Ale my głupi jesteśmy, czasami. Nawet jeśli nas czytacie, a może i lubicie, nie róbcie tego w domu. Nie jest to historia, którą chwaliłabym się przy rodzinnym stole podczas obiadu. Przyznaję jednak, że satysfakcję mamy.

Gdy tą samą trasą wróciliśmy na dół, przypiekało już niemiłosiernie. Zrobiliśmy sobie przerwę na obiad i wróciliśmy do Wadi Musy na kilkugodzinny odpoczynek. Do Petry wróciliśmy przed 16.00. Kolejny idealny moment, w którym większość wycieczek powoli kończy bieg, a słońce po raz drugi w ciągu dnia delikatnie barwi kamienne ściany na różowo i czerwono.

P1910828-horz

DSC_2145

DSC_1811-horz

P1910732

P1910449-horz

DSC_2143DSC_2128-horz

DSC_2062

DSC_2023-horz

DSC_2017

P1910831-horz

P1910741-horz

P1910476

Po południu zrobiliśmy mały detour w kierunku pozostałości bizantyjskiego kościoła (The Church) zbudowanego pod koniec V wieku. Większość budowli spłonęła w pożarze, a to co po niej pozostało, zniszczyło się podczas trzęsienia ziemi. Do kościoła warto się przejść ze względu na pozostałości kolorowej mozaiki na posadzce, przedstawiającej postaci zwierząt i twarze ludzi w charakterystycznym stylu bizancjum.

P1910811-horz

P1910482

Great Temple, jedna z największych świątyń na terenie Petry, rozciągająca się na obszarze 7 tysięcy m. kw.

P1910472

The Street of Facades, rząd wydrążonych w skale nabatejskich grobowców.

P1920013

Na zachód słońca zostawiliśmy kompleks czterech królewskich grobowców (The Royal Tombs), skąd rozciąga się dobry widok na całą dolinę i trasę w kierunku Klasztoru. W zasadzie spędziliśmy tam strasznie dużo czasu, czekając na odpowiednie światło. Głód dawał się we znaki, nogi odmawiały posłuszeństwa, a przed nami została ostatnia misja do wypełnienia w Petrze. Nie spieszyliśmy się więc, penetrując każde wejście i każdą dziurę w grobowcach.

P1920090-horz

P1920023-horz

P1920052

P1920099

 

P1920094

DSC_2240

Jeszcze pierwszego dnia kupiliśmy bilety na nocny spektakl Petra by night (17 JOD). Na pewno wielu z Was widziało zdjęcia Skarbca oświetlonego dziesiątkami małych laterenek. Nas zainspirował jeden z ulubionych fotografów na Instagramie i obraliśmy sobie za cel bardzo prostą zasadę: przywieźć z nocnej Petry podobne, a może nawet lepsze zdjęcia. Pan przy kasie kazał stawić nam się w Visitor Center o 20.30, ale jako że błąkaliśmy się po Petrze cały boży dzień, ani nam się śniło wychodzić i przegapić cały making of. Poza tym, zasady są po to, żeby je łamać.

DSC_2249-horz

P1920111

Gdy nad skalnym miastem zapadł zmierzch, a ostatni zagubieni turyści zostali odeskortowani do wyjścia, rozsiedliśmy się wygodnie na ławce i przygotowaliśmy sprzęt. Chwilę później pod Skarbiec podjechał jeep załadowany świeczkami w papierowych torebkach i halogenem, którego obecności nie mogę zrozumieć do dziś. Gdy już miałam zamiar zgłosić się na ochotnika w rozstawianiu świeczek, uprzedził mnie strażnik i zanim zdążył nas wygonić, powiedziałam: – We have the tickets, deal with it. No dobra, to po przecinku sobie dopisałam teraz żeby brzmiało bardziej cool. Ale jako że mieliśmy bilety, pan nic nie mógł zrobić, sczytał tylko kody kreskowe i odszedł podłączyć halogen do generatora.

Samo show trwało pół godziny i gdy już myślałam, że w końcu zacznie dziać się coś emocjonującego, bo wywnioskowałam to po tonie głosu przewodnika, on beztrosko powiedział nam wszystkim goodnight. Najpierw jednak jeden pan przygrywał zgromadzonym na instrumencie, później drugi odśpiewał sztandarowy utwór ku chwale ojczyzny, a na końcu, gdy przewodnik kazał zamknąć wszystkim oczy i skupić się na magii chwili, włączono ten obrzydliwy halogen, który podświetlił Skarbiec na zielono czy tam fioletowo. Oczywiście nie liczyliśmy na żadne fajerwerki, bo najbardziej zależało nam na zrobieniu zdjęć zanim na miejsce dotrze setka turystów. Misja zakończyła się stuprocentowym sukcesem i Petra rozświetlona światłem setek świec pozostanie jednym z naszych ulubionych wspomnień z Jordanii.

DSC_2317-horz

 

DSC_2300-horz

DSC_2327

DSC_2362

DSC_2343