Fotografia Irlandia Podróże Przygoda

Klify Moheru. Najpiękniejsze wspomnienie Irlandii

Wiele miesięcy temu, może jeszcze w zeszłym roku pojawiło się marzenie. Gdyby tak móc, choć na chwilę, uciec od wielkich, tętniących życiem miast. Uciec tam, gdzie jedynym odgłosem jest szum wiatru, szelest traw i krzyk mew. Wrócić na łono natury, z którą przez ostatnie trzy lata mieliśmy niewiele wspólnego. Poczuć wolność i przypomnieć sobie, jak wzruszająco piękny jest świat i jak piękne są chwile, w których tego świata można doświadczać. Gdyby ktoś obudził mnie w środku nocy i kazał wymienić trzy najpiękniejsze miejsca, które dotąd udało nam się zwiedzić, Klify Moheru w Irlandii wyrecytowałabym z pamięci.


Klify Moheru (Cliffs of Moher) to jedna z najlepszych rzeczy, która przydarzyła nam się w tym roku, a przecież jeszcze nie jesteśmy na półmetku. Wróciliśmy stamtąd raptem tydzień temu, a na samą myśl o tym miejscu serducho znowu wyrywa się w drogę. Klify były głównym celem naszego wyjazdu do Irlandii, a więc nie bez powodu dzień wcześniej znaleźliśmy się w Galway.

P1900383

Dojechać do centrum turystycznego (Cliffs of Moher Visitor Centre) można na kilka sposobów. My wybraliśmy trasę Galway – Cliffs of Moher, którą oferuje lokalny przewoźnik Bus Éireann. Autokary w kierunku klifów odjeżdżają z Galway dwa razy dziennie, rano i po południu. Całodniową wycieczkę na Klify Moheru oferuje też sporo biur podróży zlokalizowanych w Galway czy Dublinie, ale z wiadomych względów tej opcji w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Chcieliśmy spędzić w tym miejscu o wiele więcej czasu niż większość osób, która je odwiedza, dlatego kilka miesięcy wcześniej zarezerwowaliśmy sobie nocleg w uroczym żółtym domku z widokiem na Ocean Atlantycki, należącym do Pani Mary White.

Na naszą prośbę kierowca wysadził nas kilkaset metrów od miejsca docelowego. Doczłapaliśmy z plecakami do Mary, która akurat wychodziła do swojego zadbanego ogrodu. Chwilę po tym, gdy dla sportu próbowałam naśladować irlandzki akcent, usłyszałam od Mary, że bardzo dobrze mówię po angielsku. Taki komplement od pani mieszkającej na prowincji, w której nikt nie stara się mówić wyraźnie i „pod turystę”? Strasznie miło! Mary powiedziała, że Polacy (side note: których w Irlandii jest naprawdę wielu) generalnie bardzo dobrze mówią po angielsku i dla upewnienia się zapytała nas, czy aby sami nie mieszkamy na wyspach, a przed wyjściem na klify poczęstowała  herbatą i ciasteczkami. Nie zdawała sobie jednak sobie sprawy, że wrócimy grubo po ciszy nocnej, gdy wszyscy inni goście będą już chrapać pod pierzyną.

Wstęp na Klify jest płatny i darmowy zarazem. Płatny, bo w Visitor Centre trzeba uiścić opłatę wysokości 6€, a jeśli przyjeżdżamy lokalnym busem, jedynie 4€. A darmowy, bo… nikt tych wejściówek i tak sprawdzać nie będzie. Klify nie są w żaden sposób odgrodzone, więc równie dobrze na trasę można sobie wejść ot tak, jak gdyby nigdy nic. Oficjalnie za wstęp się płaci i dla czystości sumienia nie namawiam, aby opłaty unikać. Zwłaszcza, że pośrednio finansuje ona pracowników centrum i wspiera prace konserwacyjne.

Przed wyjazdem zlustrowałam co najmniej kilkanaście blogów, na których pojawiła się jakakolwiek wzmianka o Klifach. Większość osób nie miała szczęścia do pogody, była paskudna, a w najlepszym wypadku „taka se”. Za radą przyjaciółki, która Klify Moheru odwiedziła trzy tygodnie wcześniej, zakupiłam grube, wiatro- i wodoszczelne rękawiczki. Słyszeliśmy, że na klifach wieje i to ostro. Ubrałam się na cebulkę, wzięłam czapkę i rękawiczki, a na miejscu, podobnie jak w Galway, lampa. I to taka, że po całym dniu twarz miałam czerwoną jak rak. Było upalnie i bezwietrznie, warunki idealne na plażowanie, ale niekoniecznie na wielogodzinny spacer. Nie to, żebyśmy narzekali na pogodę, bo lepszej pogody na wyspach to już wymarzyć sobie nie można, ale ostre popołudniowe światło nie sprzyjało fotografii. Na szczęście czas nie gonił, właściwie to mieliśmy go mnóstwo i planowaliśmy obejść absolutnie wszystko, co tylko do obejścia na Klifach Moheru jest.

P1900511

P1900505

Klify Moheru to w zasadzie ośmiokilometrowy odcinek zachodniego wybrzeża Oceanu Atlantyckiego położony w zachodniej części Irlandii, w hrabstwie Clare. Skały, które do swojej obecnej postaci formowały się ponad 300 milionów lat (!), zbudowane z piaskowców i wapieni w najwyższym miejscu osiągają około 214 metrów wysokości. Z moherem, takim, z którego wyrabia się berety wielbione przez starsze panie, mają niewiele wspólnego. Nazwa klifów pochodzi od nazwy fortu Mothar, rozebranego podczas wojen napoleońskich na początku XIX wieku. Ów fort znajdował się na Hag’s Head, najbardziej wysuniętym na południe odcinku wybrzeża, a na jego miejscu postawiono wieżę sygnałową, której ruiny znajdują się tam po dziś dzień. Samo słowo mothar pochodzi z języka gaelickiego i oznacza po prostu ruiny fortu.

Popularną twarzą, choć powinnam napisać „dziobem”, Klifów Moheru jest bardzo ładny ptaszek, maskonur zwyczajny. Jego podobiznę znajdziecie na wielu pamiątkach w sklepiku w Visitor Centre, ale też na wielu zdjęciach promujących Klify. Kto nie chciałby zobaczyć maskonura na własne oczy? Każdy, ale na nasze nieszczęście, a ich szczęście, maskonury nie plączą się pod nogami na turystycznych ścieżkach. Ujrzeć je można jedynie w dolnej partii klifów i na wysepkach skalnych, do których dostęp możliwy jest z pokładu łodzi. Cała reszta może co najwyżej nacieszyć się mewami i kilkoma innymi gatunkami morskich ptaków, które na klifach zakładają gniazda.

Na początku wdrapaliśmy się po schodach i odbiliśmy w lewo, na główny taras widokowy z kamienną wieżą O’Brien’s Tower. Szybko zawędrowaliśmy na sam koniec szlaku turystycznego, za którym rozciąga się ścieżka niezabezpieczona ogrodzeniem. Opcji spaceru jest kilka, w zależności od dawki adrenaliny, którą chce się poczuć. Można spacerować po wydeptanej ścieżynce z dala od krawędzi, można też wędrować po takiej, która znajduje się bliżej urwiska. Po drodze spotkaliśmy grupkę młodych chłopaków z Azji, którzy bezpieczeństwo mieli ewidentnie w nosie, bo najbardziej liczyły się zajebiste zdjęcia na Instagram. Dobra, my też kilka razy balansowaliśmy na krawędzi, ale wciąż było nam bardzo daleko do tego, co reprezentowała sobą ta grupa. Smutna prawda jest taka, że z klifów spadło naprawdę wielu ludzi. Jednemu udało się przeżyć, ale jeśli komuś naprawdę brakuje w życiu wrażeń, polecam raczej rollercoaster, skok na bungee albo wstawanie o 6.00 do pracy.

P1900420

P1900809

DSC_0733

DSC_0740

DSC_0760

P1900492

P1900429

P1900437

P1900412

P1900461

P1900459

P1900446

P1900448

P1900472

P1900817

Gdy słońce bardzo ślamazarnie zaczęło obniżać się nad horyzontem, a większość turystycznych autokarów odjechała już z parkingu, odbiliśmy w przeciwną stronę od tarasu widokowego i wybraliśmy się na 1,5-godzinną wędrówkę w kierunku Hag’s Head. Właśnie tutaj rozpoczynała się najpiękniejsza część tej przygody. Zanim jednak rozpoczęła się na dobre, w międzyczasie pojawiło się kilka łez i sporo solidnych przekleństw wypowiadanych w głowie i pod nosem z powodu obcierających tenisówek i sztywnych, zmęczonych mięśni. Obcierały od trzech dni, ale to, co działo się na klifach, nazwałabym apogeum bólu. Dla porównania mogłabym napisać, że Piotrek całą trasę przebiegł sprintem, a ja przekulałam, wlokąc się całą drogę z tyłu. Zawsze sobie powtarzam, żeby nie brać na wyjazd nierozchodzonego obuwia. I potem znowu robię to samo, i znowu. Taka już jestem – w dżungli w japonkach, a po górach w vansach. Czy kiedykolwiek dorosnę do obuwia trekkingowego?

Pomijając niesprzyjające czynniki, ta część wędrówki była dość zabawna. Po lewej stronie wiła się wąska dróżka (tzw. szlak turystyczny) odgrodzona z jednej strony wysokimi płytami z kamienia, zza których nie było widać niczego, a tym bardziej klifów, a z drugiej – ogrodzeniem pod napięciem. Po prawej stronie ciągnęła się druga ścieżynka, niezabezpieczona, blisko krawędzi. Do wyboru mamy więc: zostać porażonym prądem albo spaść z klifu i roztrzaskać się o skały. Wybraliśmy krawędź, bo jeśli ginąć, to w pięknych okolicznościach. Życie jest nam jednak na tyle miłe, że utrzymywaliśmy w miarę bezpieczną odległość, którą każdy powinien (lub nie – ścieżka nr 1) wypracować sam.

P1900557

P1900530

P1900517

P1900654

Po mniej więcej półtorej godziny dotarliśmy do celu. Miejsca, w którym poza nami były może cztery osoby, które i tak dość szybko się ulotniły. Dotarliśmy do samej krawędzi Europy, za którą rozciąga się już tylko Ocean Atlantycki i Stany Zjednoczone. Nie wiem, jaka część odwiedzających w ogóle trafia do tego miejsca, ale śmiem podejrzewać, że bardzo mała.

P1900619

Gdy na wyświetlaczu smartfona pojawiła się godzina 20.00, od tego momentu całe, powtarzam: CAŁE, Klify Moheru mieliśmy wyłącznie dla siebie. Nie jestem w stanie opisać, jak przytłaczająca i cudowna zarazem była ta świadomość. Nie mogłam wymyślić nic sensownego, więc z wrażenia zjadłam całą, roztopioną w plecaku czekoladę Cadbury z oreo. Najlepszą w moim życiu.

DSC_0782

DSC_0828

DSC_0886

DSC_0810

Spacer powrotny był miażdżący, zrobił z naszymi mózgami to. Słońce zaszło, niebo przybrało kolor różu, fioletu i granatu. Doskonalę zdaję sobie sprawę, że ten post trąci już wystarczającą dawką egzaltacji, ale paleta barw, którą mieni się zmierzch, zawsze wydawała mi się niesamowicie malownicza. Wiatr przybrał na sile, a fale z coraz większą siłą uderzały o podstawę klifów. I na tym dużym, dzikim terenie była tylko nasza dwójka. Żadnej żywej duszy, oprócz morskich ptaków i kilku krów pasących się na polach.

P1900545

P1900575

P1900543

P1900703

P1900678-horz

DSC_0936

Nieskromnie przyznam, że jestem zakochana w zdjęciach z Klifów Moheru. Są magiczne i jedyne, jakie widziałam, pokazujące je w tak dużym spektrum. Teren parku opuściliśmy około 22.00. W drodze powrotnej było już tak ciemno, że bez latarek w telefonie pewnie nigdy nie trafilibyśmy do domu.

DSC_0940

DSC_0978

DSC_0956

DSC_0955

P1900633

P1900550

P1900715

DSC_0994

DSC_0995

P1900738

P1900770

DSC_1007

DSC_1023

DSC_1008

DSC_1046

DSC_1060

DSC_1039

DSC_1063

DSC_1098

Następnego dnia wróciliśmy na Klify Moheru na ostatnie dwie godziny, które pozostały nam do powrotu do Galway. Mieliśmy ogromnego farta do pogody, bo drugiego dnia było przenikliwie zimno i wiało jak diabli już od samego rana. Szybko obskoczyliśmy wystawę poświęconą historii Klifów w Visitor Centre, gdzie mieliśmy ogromny ubaw z interaktywnego ekranu, za pomocą którego można wykonać pocztówkę z klifów. Wygłupialiśmy się, mając z tyłu głowy myśl: WTF, przecież wystarczy wyjść z wystawy, przejść kilkanaście metrów i zrobić sobie zdjęcie przy prawdziwych klifachDlaczego ktokolwiek miałby to robić? A jak tylko skończyliśmy wygłupy, podbiegła do nas zaaferowana pani i bardzo poważnym tonem zapytała: – Where should I stand to take a postcard? 

Na Klifach Moheru zostawiłam kawałek swojego serca i mam nadzieję, że pewnego dnia będę mogła wrócić, aby go odnaleźć.

  • Rewelacyjne miejsce i świetne fotografie! Właśnie zachęciłaś mnie do poszukania tanich biletów do Irlandii :)

  • No co za cudo! A sposób, w jaki opisujesz to miejsce, swoje odczucia, barwy, każdy szczegół sprawia, że przechodzą mnie ciary. Chcę tam. Bardzo. I nawet pogoda wyspiarska mnie już nie odstrasza, bo po tej mojej wycieczce do Irlandii deszczyk, mgły i wiatr kojarzę z poczuciem wolności i zachwytu.
    Zdjęcia. Niesamowite. Uwielbiam.
    Czuję, że będę wracać do tego wpisu.

  • Mar Ta

    Możesz zdradzić namiary na żółty domek Pani Mary?

  • tym razem nic odkrywczego nie powiem – piękne te klify ♡
    ale widzę, że maskonur to taki uroczy zwierzak że nie tylko stał się symbolem Islandii a także tutaj klifów
    a tak swoją drogą to ja jednak wolę sobie wyobrażać że nazwa „Moherowe Klify” to jednak od beretu babci a nie portu czy jakiejś fortecy :-D
    a z takimi interaktywnymi atrakcjami jak zrobienie sobie pocztówki :-D – idealny timing miała ta pani ♡

  • Marlena Sętkowska

    11 lat temu pojechaliśmy z mężem do pracy w Irlandii . Mieszkaliśmy w miejscowości Lahinch ok .10 km do „Cliffs of Moher” . W każdej wolnej chwili jeździliśmy na klify i oboje zakochaliśmy się w nich. Naprawdę te Klify mają coś w sobie magicznego są po prosu niesamowite. Strasznie tęsknie za tym widokiem i w ogóle za klimatem Irlandii .

    • Marlena, dziękuję za komentarz! Wierzę, że w tych widokach można się zakochać, mam nadzieję że szybko wrócicie do „swoich” miejsc, bo takiej tęsknoty za długo dusić nie można :)

  • no dobra, a pozostałe dwa najpiękniejsze miejsca? :)

    w ogóle to naprawdę dobranie butpw trekkingowych i pojście w gory to nie jest nic trudnego, nie trzeba do tego dorastać. czy zachęcę Was, jak powiem, że taki wyjazd wymaga o wiele mniej przygotowan niz zwiedzanie jakiegokolwiek miasta? :)

    • Nas nie musisz, bo Piotrek jest zaopatrzony. Ze mnie tylko taka dupa wołowa, poza tym muszę teraz uważać na kolano przy wspinaniu, więc staram sobie dawkować, co w sumie nie wychodzi, ale też nie wychodzi mi na dobre ;)

      A pozostałe dwa? Hm, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam ;) W ciemno to pewnie Angkor o wschodzie i teraz Petra :)

  • Jak tam ładnie! I to zdjęcie z bydłem <3
    Irlandia nigdy nie była dla mnie pociągająca, ale teraz jeśli trafi się okazja, to rozważę ze względu na klify właśnie.

    • A wiesz, że dla mnie też? Do czasu aż w Google wypadło mi zdjęcie Klifów… I już się zakochałam w Irlandii, na pewno wrócimy :)