Azja Jordania Podróże Porady Przygoda

Jordania. Początek przygody

Jordania. Nawet nie wiem, od ilu lat marzyłam, aby dostać się do tego kraju i na własne oczy zobaczyć to, co dotychczas oglądałam jedynie w książkach, albumach i atlasach. To jedno z miejsc, które zapada w pamięci na wiele lat. Czy jeśli uporczywie czekasz na coś trzy czwarte swojego życia, cokolwiek może cię rozczarować? Nie w tym wypadku. Ten wpis będzie pełen achów i ochów, na które Jordania w pełni zasługuje. Gotowi? Czas na przygodę!


Na początek jednak garść informacji praktycznych.

Przed wyjazdem naczytałam się sporo o trudach przekraczania granicy lądowej, więc mentalnie przygotowana byłam na wszystko, łącznie z apokalipsą i spędzeniem tygodnia w Izraelu, bez planu i miejsca do spania.

 

Jordania. Jak dotrzeć i pokonać lądowe przejście graniczne?

Dotrzeć do Jordanii można na kilka sposobów, my wybraliśmy najprostszy i relatywnie najtańszy. Lot z Warszawy do Tel-Awiwu, pociąg z lotniska Ben Gurion na stację kolejową HaHagana (koszt biletu 13,5 szekli/os. za 12 minutową podróż), a następnego dnia z samego rana zabraliśmy się autobusem lini Egged na 5-godzinną przejażdżkę do Eljatu w cenie 70 szekli/os. Ciekawe jest to, że WizzAir oferuje bezpośrednie połączenie z Polski do Eljatu, ale tylko w okresie zimowym, do końca marca.

Tuż przed finalnym przystankiem na stacji autobusowej w Eljacie trzeba poprosić kierowcę o wysadzenie na przystanku przy przejściu granicznym Wadi Araba, czyli Izrael – Jordania. Gorąc bucha w twarz, a tu jeszcze trzeba przedreptać kilometr do izraelskiego przejścia granicznego. I w tym momencie zrozumiałam, że moje wyimaginowane scenariusze mogę sobie wsadzić, bo prościej przez granicę przejść już chyba nie można.

P1910356

Po stronie izraelskiej w oznaczonym okienku należy uiścić podatek wyjazdowy w wysokości 100 szekli + 5 szekli opłaty administracyjnej za osobę, a w następnym odebrać wizę wyjazdową. W Izraelu od dłuższego czasu nie wbija się pieczątek do paszportu, więc zarówno na lotnisku, jak i na tym konkretnym przejściu granicznym otrzymuje się druczek z kodem kreskowym i skanem zdjęcia z paszportu. Jedyna rzecz, na którą warto się przygotować, to grad pytań ze strony izraelskich strażników.

Pierwsze pytania pojawiły się już na lotnisku Ben Gurion w Tel Awiwie (Jak masz na imię? Czy to twój pierwszy raz w Izraelu? Po co przyjechałeś? Gdzie będziesz spał? Czy podróżujesz sam/a?), kolejne na przejściu granicznym, ale wspomniany grad pytań spadł na nas po powrocie z Jordanii. Przesłuchanie na granicy Wadi Araba i na lotnisku trwało 10-15 minut, podczas którego pytano nas o rodziców, miejsce zamieszkania, zawód, o to, czy wywozimy z Jordanii niebezpieczne przedmioty, o bagaż, o znajomych, o odwiedzone miejsca. Na lotnisku dodatkowo zabrano nam paszporty na 10 minut, podczas których strażnik chodził sobie dookoła i badał nasze reakcje, a następnie zadawał pytania sprawdzając czy odpowiadamy na nie tak samo w tym samym czasie. Łącznie byliśmy przepytywani chyba z 10 razy i przyznam, że czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam. W pewnym momencie sytuacja zaczęła mnie bawić, ale udało mi się zdusić śmiech w zarodku i w konsekwencji wyszczerzyłam się tylko do strażnika, który śmiertelnie poważnie kazał patrzeć sobie w oczy. Nie drgnęła mu nawet powieka, a szkoda, bo mogło być odrobinę sympatyczniej. Nie umniejszam jednak wagi sytuacji, więc na lotnisku, zwłaszcza w drodze powrotnej, warto być 3 godziny przed odlotem. Sam proces przechodzenia przez wszystkie bramki, odpowiadania na pytania i przejazdy z jednego terminalu do drugiego zajmuje lekko 1,5 godziny.

Druga rzecz, do której można się przygotować i którą warto przyjąć zupełnie normalnie, to widok ludzi z karabinami. W Izraelu są dosłownie wszędzie, część na granicy i lotnisku, a większość stanowią uczestnicy Batalionów Młodzieżowych Gadna, obowiązkowego programu szkoleń wojskowych, których trudno nie zauważyć, kiedy wyróżniają się zielonym mundurem, ogromnym plecakiem (prawdopodobnie wracają z obozów szkoleniowych) i bronią, która w przypadku niektórych drobnych dziewczyn, dosłownie zamiata podłogę. W drodze powrotnej na trasie Eljat – Tel Awiw jeden z chłopaków uzbrojonych w karabin siedział obok nas w autobusie przez 5 godzin, a ja nie mogłam się powstrzymać od ukradkowych spojrzeń.

P1910387

Po opłaceniu podatku wyjazdowego opuszamy granicę izraelską i kierujemy się do bramy z podnoszącym na duchu napisem „Welcome to Jordan”. I tu zaczyna się zabawa, rodem z pamiętnej sceny z Asterixa i Obelixa, jednak wszystko odbywa się w miłej, żeby nie napisać – doborowej, atmosferze. W jednym okienku dla „osób podróżujących indywidualnie” należy wypełnić druk z informacją o paszporcie i deklarowanej liczbie dni spędzonych w Jordanii. Druk stemplowany jest podobnie jak paszport, ale na prośbę wizę ze stemplem można uzyskać na osobnym druczku, o co poprosiliśmy, aby w przyszłości nie mieć problemów z przekraczaniem granic krajów Bliskiego Wschodu. Druczek ze stemplami należy okazać w kasie Visitor Center w Petrze, a w drodze powrotnej zwrócić go w tym samym okienku. W tym momencie sprawdza się, ile dokładnie dni spędziliśmy w Jordanii i biorąc pod uwagę horrendalnie wysokie opłaty, zdecydowanie odradzam jednodniowe wycieczki do Jordanii z Egiptu czy Izraela. Po załatwieniu wszelkich formalności, słyszymy już tylko sympatyczne: – Welcome to Jordan, enjoy!

Dla porównania, wstęp do Petry na jeden dzień to koszt 50 JOD/os., na 2 dni – 55 JOD, pod warunkiem jednak, że na miejscu mamy zarezerwowany nocleg. Jeśli nie zamierzamy zostawać w Jordanii dłużej niż dwie noce, płacimy 90 JOD (!) / os. za jeden dzień zwiedzania. Powtarzam, 475 zł za sam wstęp do Petry. A dodatkowo, jeśli w Jordanii spędziło się mniej niż 2 lub 3 noce, na granicy w drodze powrotnej trzeba uiścić opłatę wizową, której wielkość zależy od liczby spędzonych nocy. Jeśli jednak w Jordanii spędza się 3 noce i więcej, jesteśmy zwolnieni z jakichkolwiek opłat wizowych i podatkowych. W przypadku tygodniowego wyjazdu takiego jak nasz, tego typu opcja jest najbardziej opłacalna. Jeśli w kraju zostaje się na dłużej, warto zainwestować w Jordan Pass. W naszym przypadku inwestycja nie była opłacalna, ale już planując 2- czy 3-tygodniową podróż, jak najbardziej warto.

Kolejny etap podróży, rozpoczynający się po przekroczeniu jordańskiej granicy, to negocjacje z taksówkarzem, które trwały nie więcej niż minutę. Znaliśmy ceny i wiedzieliśmy, że za dwugodzinny przejazd do miejscowości Wadi Musa, z której wyrusza się do Petry, zapłacimy 55 JOD. Tablica z cennikiem dla turystów głosi, że za podobną trasę powinniśmy zapłacić 49 JOD, ale z relacji na forach wiem, że stawka tzw. mafii taksówkowej jest raczej nienegocjowalna i o ile nie trafi się okazja, aby zabrać się w taksówkę z kimś jeszcze i podzielić koszty, trzeba brać co jest. Druga opcja przejazdu do Wadi Musy to przejazd do Aqaby i drugi przejazd autobusem (opcja tańsza, ale autobus odjeżdża tylko o określonej godzinie i często jest już pełen) lub przejazd taksówką z Aqaby do Wadi Musa, przy czym różnice w stawkach taksówkarzy są minimalne i raczej nie warte zachodu. Jeszcze w Polsce na wyjazd wybraliśmy dolary i część potrzebną do opłacenia przejazdu wymieniliśmy w kantorze na granicy, bo innej opcji w okolicy brak.

Nie będę owijać w bawełnę, Jordania jest bardzo droga, nie wspominając o Izraelu, gdzie za obiad trzeba zapłacić 50-80 zł, za wodę do picia 8 zł, a za pastę do zębów 25 zł. Tydzień w Jordanii, w zależności od planowanej liczby atrakcji, to koszt około 2-3 tysięcy złotych na osobę, nie licząc ceny biletu lotniczego. Na szczęście Jordania ma to do siebie, że im dłużej się po niej podróżuje, tym summa summarum za cały wyjazd płaci się mniej, cudów jednak nie ma i jeśli macie w planach ten piękny kraj, lepiej zacznijcie oszczędzać już dziś.

Bezpieczeństwo. W krótkich, żołnierskich słowach. Jordania była i jest krajem bezpiecznym. Mimo tego, od kilku ostatnich lat obserwuje się znaczny odpływ turystów ze względu na sytuację polityczną krajów ościennych, w szczególności Syrii. Rozmawialiśmy z kilkoma właścicielami małych, lokalnych biznesów, i każdy prosił, aby przekazać znajomym, że Jordania pozostaje neutralna, jest więc bezpieczna i każdy gość zostanie tu serdecznie przywitany. To i ja potwierdzam – jest bezpiecznie, można jechać!

 

Petra po raz pierwszy

W Wadi Musa zatrzymaliśmy się w Sunset Hotel, skromnym, acz schludnym miejscu, położonym dosłownie rzut beretem od wejścia do Visitor Center. Napędzani adrenaliną, szybko przepakowaliśmy plecaki i jak na skrzydłach pognaliśmy w kierunku Petry.

W okienku grzecznie uiściliśmy opłatę, porwaliśmy mapę i ruszyliśmy przed siebie.

Ponad dwutysiącletnia Petra to w zasadzie cały kompleks ruin miasta i stolicy ówczesnego królestwa Nabatejczyków położony w skalnej dolinie. Już w I wieku przed narodzinami Chrystusa (hint: czyli bardzo dawno temu) była częścią głównego szlaku handlowego łączącego starożytną Mezopotamię z Egiptem. Nikt nie wie, kiedy dokładnie Petrę zbudowano, każdy wie jednak, że od 2007 roku widnieje na liście siedmiu Nowych Cudów Świata. Z biegiem lat i historii miasto przyłączono do Cesarstwa Rzymskiego do czasu potężnego trzęsienia ziemi w 363 roku. Zniszczona Petra opustoszała i na kilkaset lat świat o niej zapomniał. Skalne miasto odkryto ponownie w 1812 roku, kiedy szwajcarski odkrywca Johannes Burckhardt namówił swojego beduińskiego przewodnika, aby pokazał mu miejsce, o którym wśród ludzi gór legendy krążyły od wielu lat. Wkrótce Petra zyskała sławę na Zachodzie i stała się nową mekką podróżników z całego świata, którą pozostaje po dziś dzień. Z jednej strony fantastycznie, z drugiej trochę smutno. Ciekawa jestem, czy na świecie istnieją jeszcze jakieś nieodkryte cywilizacje?

W czasie rozkwitu oprócz zachowanych do dzisiaj skalnych budynków, w mieście funkcjonowały trzy rynki, sklepy i teatr antyczny, jedyny taki na świecie, wykuty w skale. Architekturę Nabatejczyków cechował miks kilku ówczesnych stylów architektonicznych – egipskich, syryjskich, greckich i rzymskich. To dlatego teatr tak bardzo przypomina teatr grecki, a kolumny podtrzymujące portyk najbardziej znanej i najczęściej fotografowanej budowli w Petrze łudząco przypominają styl koryncki, jeden z trzech, które każdy z nas musiał sobie wbijać do głowy na lekcjach historii.

Do Skarbca (The Treasury, arab. Al Khazna) wiedzie długa szutrowa ścieżka, która w okolicy wejścia do doliny przechodzi w 1,2-kilometrowy Siq, wąski kanion powstały wskutek rozłamu wielkiej góry. Kamienisty fragment drogi wijącej się przez Siq to pozostałość po głównej ulicy Petry, na ścianach można zauważyć ledwo widoczne płaskorzeźby przedstawiające karawanę wielbłądów i fragmenty obiektów sakralnych.

Wiecie jednak, co w tym Siqu jest najwspanialsze? Ano fakt, że jak tak sobie idziesz umęczony, spocony i po raz trzeci wydmuchujesz pył z nosa, nagle, kiedy nawet nie zdążysz się zorientować, widzisz przed sobą to.

DSC_1820

DSC_1906-horz

I zapiera Ci dech. A przynajmniej jeśli marzyłeś o tym widoku tak długo jak my, czyli lekko licząc co najmniej pół życia. To miejsce hipnotyzuje. Ile razy wpatrywałam się w Skarbiec, tyle razy nie mogłam uwierzyć, że widzę na własne ślepia to, co widzę.  I do tej pory czuję, jak gdyby to wszystko tylko mi się przyśniło. Pamiętam też, że pierwszego dnia czułam lekki zawód. Nie to, żeby rozczarowało mnie miejsce czy architektura, ale po prostu czułam, że dotarcie do Petry przyszło nam zbyt łatwo. Wiecie, jeśli na coś czekaliśmy tyle lat, wydawało mi się, że, aby zdobyć to miejsce, musimy wpierw pokonać jakąś straszliwą przepaść, narazić życie (hm, właściwie brzmi to dość znajomo, ale więcej o tym w kolejnym wpisie), tydzień przedzierać się przez pustynię, przejść trzy próby jak Indiana Jones w Ostatniej Krucjacie i dopiero wtedy będziemy godni oglądania tego cudu świata. Uczucie zelżało następnego dnia, gdy wstaliśmy o piątej rano, tylko po to, aby dotrzeć do Petry jako pierwsi. To w zasadzie jedyny wysiłek, którego mogliśmy się podjąć. Do tej pory mam jednak wrażenie, że wstęp do Petry powinien być w jakiejś formie limitowany i niedostępny dla wszystkich. Tylko dlatego, że to miejsce jest po prostu tak piękne, że najchętniej zachowałabym je tylko dla siebie i kilku najbliższych osób.

Do Zaginionego Miasta (jak to ładnie o nim mówią, Lost City of Petra) dotarliśmy grubo po południu, więc na ten dzień pozostawiliśmy sobie już tylko wędrówkę do Klasztoru (The Monastery, arab. Ad Deir). Zabawne jest to, że gdy po 17.00 byliśmy mniej więcej na początku drogi, jeden ze schodzących turystów zasugerował, abyśmy dali sobie spokój, bo i tak nie zdążmy przed zamknięciem, czyli do 18.00.

Ten się jednak śmieje, kto się śmieje ostatni, bo to nie on, a my, dotarliśmy do Klasztoru na malowniczy zachód słońca w górach i całą okolicę mieliśmy wyłącznie dla siebie.

P1910613

DSC_1679

DSC_1695

DSC_1639

DSC_1635

Moja osobista rada dla potomnych brzmi więc następująco: rób to samo, co inni turyści, tylko kompletnie na odwrót. Wyjdziesz na tym znakomicie.

 

Mapka dostępna w Visitor Center klasyfikuje 2,5-kilometrowy szlak do Klasztoru jako level hard, na którego pokonanie potrzeba 2,5 – 3 godzin. Faktycznie łatwo nie jest, bo całą drogę trzeba piąć się pod górę i okazyjnie wspinać po skałach, ale z tym czasem i poziomem trudności to bym nie przesadzała. Każdy prawilny taternik z pewnością sobie poradzi. Nie można się poddawać, jeśli na górze czekają tabliczki z napisem „Best view in Jordan” i „Top of the world”. Wygląda na to, że lokalesi nie uznają Everestu, więc kto nie chciałby się wspiąć na szczyt świata? Zwłaszcza, jeśli po horyzont ciągną się pomarańczowe, piaskowe góry, po zobaczeniu których nawet widok wypłaty na koncie pod koniec miesiąca przestanie ekscytować jak kiedyś. Może za mało w życiu widziałam, ale znowu, jestem zachwycona tym, jak bardzo jest tam ładnie.

DSC_1538

DSC_1754

DSC_1692

DSC_1696

DSC_1703

DSC_1742

P1910583

P1910582

DSC_1746

P1910565

P1910575

P1910568

Sam Klasztor jest jednym z największych obiektów w Petrze i mierzy ponad 48 metrów wysokości. Wykorzystywano go w głównej mierze jako miejsce spotkań duchownych, w późniejszym czasie pełnił rolę chrześcijańskiej kaplicy. Na szlaku co najmniej dziesięć razy będą Was pytać, czy aby na pewno nie chcecie wjechać na górę na ośle, ale jeśli macie w sercu choć odrobinę współczucia, będzie to ostatnia rzecz, na którą będziecie mieć ochotę. Zwierzęta w Petrze traktowane są źle, a chude osiołki ostatkiem sił wożą stukilowe turystki z Zachodu po stromych zboczach gór. Nie, nie, i jeszcze raz nie.

P1910588

P1910656

DSC_1759-horz

P1910659-horz

P1910595

Rozstać z górami było nam się przeraźliwie ciężko, więc ze szlaku zeszliśmy dopiero gdy dalsza droga była możliwa już tylko przy pomocy latarki. Jak możecie się domyślać, z Petry też wyszliśmy ostatni. Co z tego, że zamykają o 18.00, skoro my wychodziliśmy z niej o 22.00? Tacy z nas buntownicy!

DSC_1775

Nocna koza pozująca „na zdobywcę”.

A wiecie, co robiłam ostatnie pół godziny? Świeciłam latarką w Skarbiec, bo taki miałam kaprys. A tak na poważnie, testowaliśmy nocne ujęcia. Efekt mógłby być lepszy, ale nikt mnie nie uprzedził, że powinnam wziąć ze sobą latarnię morską, a nie LED-owe chucherko. Strażnicy zabunkrowani w jeepie cierpliwie czekali aż skończymy sesję i dopiero potem uprzejmie nas poinformowali, że skoro ciemno jak oko wykol, to znaczy że moglibyśmy już sobie wrócić do hotelu.

DSC_1793_02

Wróciliśmy, knując w głowach szatański plan na kolejny dzień w Petrze.

DSC_2364

  • !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    ten wpis chyba najmilej mi się czytało od początku istnienia Waszego bloga. DZIĘKI za protipy, na pewno się przydadzą!

    ja mam bardzo podobne podejście do takich wyczekanych miejsc, że najchętniej to schowałabym je tylko dla siebie.widzieliście te światełka, co układają wzdłuż kanionu? kiedy następny wpis? piękna ta Petra! <3

    • CIEKAWE CZEMU :D

      • następny wpis w przyszłym tygodniu, będzie więcej Petry, bo w sumie byliśmy tam 3 razy ;) i światełka też będą!

  • no to chyba zaczynam oszczędzać! :D z ciekawości zaraz obadam inne drogi dostania się do Jordanii i sprawdzę, kiedy temp są tam najbardziej do życia :) piękna ta Petra!

  • Jesuu, jak cudownie! Przez was, a może dzięki wam do bucket list dopisuję kolejną pozycję. Zdjęcia jak zawsze zapierają dech w piersiach.

  • Całkiem mnie zaskoczyliście z tą Jordanią, bo gdzieś z facebooka pamiętam chyba plany na wyjazd do LA, a tu zdziwko! Ale zajebiste zdziwko, bo bardzo lubię czytać/oglądać (foty!!!) relacje z rzadko uczęszczanych miejsc. Czekam na więcej!

  • Oglądam i mam wrażenie, że te kadry wyjęte żywcem z zupełnie innego świata :O
    Okropnie dobry wpis (wstyd się przyznać, ale mam zerowe pojęcie o Jordanii, więc każde taki historyczne „ciekawostki” połykam hurtem) – zdjęciowo, praktycznie-historycznie i… to naprawdę niesamowite obserwować, jak ktoś spełnia swoje najskrytsze marzenia!

    Muszę Cię podpytać, bo tak mi się nasunęło pytanie – fotografujecie z jakimś filtrem?

    • To jest zupełnie inny świat <3 bardzo dziękuję za Twój komentarz, cieszę się, że przynajmniej jedna osoba zainteresuje się częścią historyczną – bo mam z tym problem, z jednej strony głupio pomijać, a z drugiej nie jestem i nie chcę być Wikipedią (jak żyć?) ;) Ściskam mocno!

      PS. Tak, fotografujemy z filtrami HOYA.

  • ja powiem tylko tak – już jak tylko napisaliście, że będziecie TAM, to myślę sobie, że przywiozę pewnie bardzo podobne foty do tych Waszych, więc sory sorrewicz z góry, nie gniewajcie się :-D
    ja dodam tylko – że poproszę prywatną audiencję odnośnie Jordanii i Izraela (bo tam też coś skubneliście z widoków?) – i ile łącznie byliście w poszczególnych miejscach, ja naprawdę chce wiedzieć wszystko <3
    już się nie mogę doczekać achów i ochów <3
    i kolejnych części <3
    jezu ile miłości w tym komentarzuuuu…
    sory, ale nie mogę się skupić ze względu na Wasz dobór tematu

    • Paula, co do zdjęć – to będzie zaszczyt jeśli wyjdą Ci podobne do naszych :p
      prywatna audiencja będzie, ale smutna prawda jest taka, że Izraela skubnęliśmy co kot napłakał, jechaliśmy tylko do JOD, więc Izrael zostawiliśmy sobie całkowicie na następny raz i skupiliśmy się tylko na Petrze i Wadi Rum – po parę dni w każdym miejscu, żeby się nachapać na zaś ;) i tak już nie mogę się doczekać aż tam wrócimy, bo jeszcze dużo zostało do odkrycia – część pewnie zeksplorujecie :)

  • uwielbiam czytać, jak sie czymś jaracie. karolino, opisujesz to bardzo sprawnie i wzruszająco, choć bez patosu. no i jaki indiana jones z Ciebie!

    • Elżbieto, brzmisz jak nauczycielka j. polskiego sprawdzająca wypracowanie :D anyways, dzięki wielkie! a stylizację miałam już w szafie na rok przed kupnem biletów :p