Europa Irlandia Podróże Przemyślenia

Galway Girl

Ten moment, w którym po kilkumiesięcznej przerwie od podróży stawiasz stopy na nieznanej sobie wyspie. Radość jest tak wielka, że trudno znaleźć jej ujście. Na skórze czujesz delikatną bryzę znad oceanu, w głowie tętni skoczna muzyka, a krwiobieg szykuje się na przyjęcie solidnej dawki irlandzkiego alkoholu. Ten moment nazywa się Galway.


Zdarza się, że biję się z myślami i zastanawiam, czy na blogu powinnam ograniczyć się wyłącznie do podróżniczych, i najlepiej jak najbardziej praktycznych, wpisów, czy też pozwolić sobie na to, aby teksty miały bardziej osobisty wymiar. Z jednej strony, wybierając pierwsze rozwiązanie możemy stracić na autentyczności, wybierając drugie – istnieje prawdopodobieństwo zanudzenia czytelnika szukającego wyłącznie suchych faktów. Zatem wszystkich zainteresowanych mięsem, czyli relacją z Irlandii, zapraszam do przeskoczenia osobistych smętów, a pozostałych namawiam do zaparzenia herbaty, zawinięcia się koc i wysłuchania historii o tym, gdzie byliśmy, gdy nas nie było.

 

Nowego trudne początki

DSC_0288

Nocleg w komfortowym łożu na lotnisku w Dublinie? Tak, poproszę.

Jakoś tak co roku obiecuję sobie, że następny będzie lepszy od poprzedniego. I o ile roku poprzedniego z wielu względów nie mogłabym zaliczyć do udanych, o tyle w 2017 pokładałam (pokładam dalej?) wielkie nadzieje. Sama nie wiem, dlaczego. Bo tak, bo w końcu coś mogłoby się zmienić na lepsze, mimo że nigdy nie wierzyłam w cudotwórcze działania mitycznego nowego roku. W styczniu wyruszyliśmy w pechową podróż do Maroka, podczas której wskutek czarnej serii niefortunnych zdarzeń straciliśmy dużo czasu i pieniędzy. Dobra wiadomość jest jednak taka, że udało nam się odzyskać część funduszy skasowanych przez bankomat na lotnisku.

W lutym nabawiłam się kontuzji kolan, związanej najprawdopodobniej z wieloletnimi intensywnymi ćwiczeniami na siłowni. Od marca kilka razy w tygodniu chodzę na rehabilitację, codziennie rozciągam i roluję mięśnie z nadzieją na poprawę. Nie mogę biegać, chodzić po schodach też nie powinnam, nie mogę robić żadnych ćwiczeń na nogi, poza tymi zalecanymi przez fizjoterapeutkę. I tak od ponad miesiąca spędzam wolny czas po pracy. Żmudne ćwiczenia, które bóg wie, czy cokolwiek dadzą.

W marcu Piotrek znalazł nową pracę, po kilku latach prowadzenia własnej firmy. Takie decyzje, mimo że czasem konieczne, też nie należą do najprostszych. Kilka tygodni poźniej i ja dowiedziałam się, że będę zmuszona poszukać sobie nowego miejsca. Nie jestem pewna, czy się tego spodziewałam. Wydaje mi się, że 1/10 mnie mogła podejrzewać, że coś się kroi, ale jeszcze długo przed samą sobą nie przyznałabym, że najwyższy czas wyjść poza strefę komfortu. Na swoje nieszczęście szybko przywiązuję się do miejsc i ludzi. Zwłaszcza jeśli z fajnymi ludźmi pracuję. Pracę znalazłam, zaczynam pod koniec maja. Łatwo nie będzie, bo znów rzucam się na głęboką wodę. Idę do miejsca, do którego obiecywałam sobie, że nie pójdę nigdy. Ze strachu przed tym, co mnie czeka. Z drugiej strony o wiele gorszym rozwiązaniem byłoby do końca życia zastanawiać się, co by było gdyby. Raz się żyje. Zwłaszcza, że moje plany zawodowe i tak mają dokładnie sprecyzowany czas trwania, po którego zakończeniu życie stanie na głowie. To jednak jeszcze nie najlepszy moment, aby o tym opowiadać.

Teraz czas zmierzyć się ze swoim strachem. I od nowa zbierać dni urlopowe, bo z naszych aktualnych planów na drugą połowę roku większość trzeba będzie odłożyć na półkę. Cytując Cezarego Pazurę: jedziemy! W imię ojca i syna, wojna się zaczyna.

Cztery miesiące bez podróżowania i miesiąc przymusowej przerwy od blogosfery też zrobiły swoje. Za dużo zmian w życiu prywatnym, aby energii wystarczyło jeszcze na pisanie postów. Zresztą zawsze woleliśmy przekładać jakość ponad ilość, więc tym bardziej nie chciałam tworzyć zapchajdziur, tylko dlatego, że nie mam o czym pisać. Woleliśmy się z tego wycofać. Zrobić krok do tyłu, aby potem wykonać dwa do przodu. Poza tym, w międzyczasie zdążyłam załapać małego hejta na wszystko to, co dzieje się w internetach. Wolałam spotykać się z ludźmi, rozmawiać przez telefon, odwiedzać. W tym samym momencie, kiedy  uczestniczyłam w prawdziwym życiu, większość wpisów na blogach wydała mi się taka… miałka, płytka. Każdy z nas próbuje zwrócić na siebie uwagę, pisze o tym, co „ja” robiłem, co „ja” widziałem, co „mnie” się podobało, co „ja” polecam. Każdy bloger to taki mały egocentryk, czy tego chce, czy nie. A przecież nikt nie lata w kosmos i nie robi niczego wybitnie nadzwyczajnego. Mimo wszystko, wciąż istnieją osoby, które oczywistościom potrafią nadać nieproporcjonalnie wysoką wagę, jak gdyby w dzisiejszych czasach umiejętność pokonania trasy samolotem z punktu A do punktu B była czymś godnym pochwały, poklasku i zasługiwała na produkcje obfitujące w motywujące hasła a la „Jesteś zwycięzcą”. Moje myśli płyną sobie teraz bardzo krętym strumieniem świadomości, ale mam nadzieję, że z tej nieposkładanej kupki zdań uda Wam się wyciągnąć prawdziwy sens wypowiedzi. Ja po prostu zachłysnęłam się życiem po drugiej stronie ekranu swojego MacBooka.

Pod koniec zeszłego roku podjęliśmy też małą, acz znaczącą decyzję. Przez ostatnie trzy lata podróżowaliśmy do miejsc, w których było tanio, albo do których pojawiały się bardzo korzystne promocje lotnicze. W tym roku zapragnęliśmy podróżować tam, gdzie po prostu chcemy być. Wszystkie inne city-breaki czy co roku odkładane Bałkany będą sobie musiały jeszcze na nas poczekać. Biorąc pod uwagę obecną sytuację nie-posiadania dni urlopowych, być może z zeszłorocznych planów wyjdzie jedna wielka kupa. Czas pokaże, ale jeszcze zanim sytuacja zawodowa postanowiła dać pstryczka w nos, udało nam się zaplanować dwa wyjazdy na maj. Myśl o obydwu miejscach, zarówno tym, z którego dopiero wróciliśmy, jak i o tym, które czeka nas w połowie miesiąca, przyprawia o dreszcze. W końcu uciekamy z dużych miast, aby stawić czoło naturze.

My pretty, little Galway girl

DSC_0455

Na studiach, a może chwilę przed nimi, zdarzyło mi się obejrzeć film P.S. I Love You z Hilary Swank i Gerardem Butlerem w rolach głównych. Wiecie, tragiczna historia romantycznej miłości ze słodko-gorzkim happy-endem. Wylałam na tym filmie sporo łez, bo bardzo łatwo się wzruszam, mimo, że nie daję tego po sobie poznać. No i mam słabość do chłopców z gitarą. Zakochałam się w Gerardzie Butlerze (na krótko) i w jednej z piosenek, którą śpiewał podczas mojej ulubionej sceny w filmie (na długo). Piosenką tą, co sami zresztą możecie zobaczyć, była Galway Girl autorstwa Steve’a Earle’a. Bodaj najsłynniejsza i najbardziej irlandzka z irlandzkich piosenek, prawdziwy hymn ku miłości do zielonej wyspy. Nie miałam wtedy pojęcia, czy Galway to nazwa miasta czy pubu, ale utkwiła mi ona w pamięci na tyle mocno, że jak już sprawdziłam w Wikipedii (‚miasto w zachodniej Irlandii, stolica hrabstwa Galway‚), obiecałam sobie, że pewnego pięknego dnia do Galway pojadę i sama, choć na jeden dzień, zostanę tytułową Galway Girl.

Wpis o Galway nie byłby jednak kompletny bez odpowiedniego soundtracku. Zanim wrócicie do lektury, posłuchajcie oryginalnej Galway Girl w wykonaniu Steve’a.

A zaraz potem piosenki o tym samym tytule, lecz autorstwa mojego ulubieńca (attention: fangirling zone ahead) – rudzielca, który ponad rok temu mocno zamieszał mi w głowie. I wcale nie chodzi o smętne ballady miłosne przy których nastolatki sikają w majtki, ale o całokształt. Ten człowiek to talent w czystej postaci, one man show, one man wszystko. Utwór z najnowszego albumu Eda Sheerana zainspirowany i stworzony we współpracy z irlandzkim zespołem Beoga, kolejny singiel z płyty, do którego teledysk kręcono w Galway raptem kilka tygodni temu, a który wyszedł w dniu, w którym wracaliśmy z Irlandii. I prawdę pisząc, jaram się jak pochodnia, bo po obejrzeniu klipu okazuje się, że byłam w wielu miejscach, w których kręcono teledysk. Poza tym, Galway Girl zawsze poprawia mi humor, sprawia, że mam ochotę rzucić wszystko i tańczyć, tańczyć, tańczyć. Najlepiej na stole w irlandzkim pubie!

 

Gaillimh. Irlandzka perełka

DSC_0372

Galway to średniej wielkości miasto o portowych korzeniach, położone nad Oceanem Atlantyckim w uroczym zakątku zachodniej Irlandii. Przed wyjazdem wiedziałam o nim jedyne tyle, że jest to naprawdopodobniej najbardziej irlandzkie ze wszystkich miasteczek, prawdziwa esencja wyspy. Opis nie mógłby być bardziej trafny, bo celtyckiego ducha czuć w Galway dosłownie na każdym kroku – w kamieniach średniowiecznego muru, zielonych alejkach nad rzeką Corrib, w ulicznym grajku (ang. busker) zbierającym na piwo na Quay Street, a już zdecydowanie w każdym pubie wieczorową porą, kiedy wszyscy zbierają się ze szklaneczką whiskey lub Guinnessa, aby pośpiewać z zespołem grającym muzykę na żywo. Ciekawym i, moim zdaniem, dość ekscytującym szczegółem jest też fakt opisywania nazw budynków, ulic czy znaków drogowych w dwóch językach – angielskim i irlandzkim (irish gaelic), którego tradycja sięga ponad dwóch tysięcy lat. Dla przykładu: Irlandia to Éirinn, a Galway to Gaillimh. Zdanie „Galway to miasto w Irlandii” będzie brzmiało mniej więcej Is cathair in Éirinn í Gaillimh, czy to nie jest fantastyczne? Gdy jeszcze przed wyjazdem dostałam maila – zwrotkę z firmy obsługującej sieć autokarową w Irlandii, byłam pewna, że scenarzyści Władcy Pierścieni napisali do mnie dla żartu w języku elfów.

DSC_0552

DSC_0377

Ciężko skupić się na listowaniu najważniejszych atrakcji w Galway, bo przemawiają przeze mnie głównie emocje spowodowane radością wyjazdu po tak długiej przerwie. A i samych atrakcji jest na tyle mało, że każdy bez problemu znajdzie je sam. Na przykład Kolegiata Św. Mikołaja, w której modlił się podobno sam Krzysztof Kolumb w 1477 roku, spadek po średniowiecznej uliczce Kirwan’s Lane, katedra z pięknymi rozetami położona po drugiej stronie rzeki Corrib czy hiszpański łuk, element średniowiecznej zabudowy miasta.

Z czym nam kojarzy się Galway? Przede wszystkim z kolorami, gdyż dzielnica łacińska dosłownie w nich tonie. Z muzyką, świeżym powietrzem znad oceanu, dużą dawką słońca od którego spaliłam sobie twarz, obłędnymi fish & chips i pierwszym w życiu Guinnessem wypitym w pubie, w którym Ed Sheeran kręcił najważniejsze sceny swojego klipu. Zakochałam się w tym całym Galway i ogromnie się cieszę, że w 2020 roku miasto zostanie Europejską Stolicą Kultury. Jeśli mogłabym je sobie wymarzyć, wyglądałoby dokładnie tak, jak wygląda obecnie.

DSC_0477

Quay Street

DSC_0478

Do Galway dojechaliśmy pociągiem Irish Rail ze stacji Heuston w Dublinie, a więc prościej już się chyba nie da. Zwłaszcza, jeśli nad siedzeniem w pociągu widzisz swoje nazwisko! Galway jest dość kompaktowe, więc w ciągu dnia wielokrotnie spacerowaliśmy tymi samymi ulicami. Największe wyzwanie stanowił spacer promenadą w okolicę Salthill, na sam kraniec miasta, za którym rozciąga się już tylko ocean.

DSC_0367

DSC_0376

P1900314

P1900329

P1900330

P1900326

DSC_0612

P1900352

To właśnie tutaj najmilej wspominamy O’Connors Famous Pub, bodaj najpiękniejszy pub jaki kiedykolwiek widzieliśmy i jeszcze zobaczymy w życiu. Warto tu przyjść nie dla Eda Sheerana (hehe), ale dla samego wystroju i klimatu. I zdecydowanie dla pysznych craft beers, z moją ulubioną Galway Hooker na czele! I tutaj gwoli wyjaśnienia czym jest hooker, pewnie większość myśli, że wie, a tu figa. Wcale nie chodzi o panienkę lekkich obyczajów, gdyż ‚Galway hooker’ to nazwa tradycyjnej łodzi rybackiej z charakterystycznym czerwonym żaglem, których w Galway używano lata temu, jeszcze za portowych czasów. Podobiznę takiej łodzi, acz nadgryzioną rdzą i zębem czasu, można spotkać w centralnej części placu Eyre.

DSC_0566

DSC_0567

DSC_0575

DSC_0591

DSC_0579

Kolejną gastroturystyczną perełką, której nie można ominąć, jest McDonaghs, restauracja serwująca owoce morza i bar specjalizujący się w najlepszych fish&chips w Irlandii. Sami tylko pomyślcie, dorsz smażony na masełku w grubej panierce, a do tego najpyszniejsze i najbardziej chrupiące frytki, jakie tylko możecie sobie wyobrazić. McDonald’s się chowa, a dieta w podróży nie obowiązuje.

DSC_0394

Naszym przypadkowym odkryciem, ale za to takim, że palce lizać i piekła nie ma, jest też meksykańskie Boojum. Jeśli mogłabym wyjść za mąż za jedzenie, poślubiłabym tamtejsze burrito. Chyba nigdy nie nastękałam się z rozkoszy nad jedzeniem tak bardzo, jak tam. W Cupán Tae podają najsmaczniejsze blendy herbat w najsłodszej zastawie, np. z whiskey i karmelem.

DSC_0541

Niedaleko herbaciarni znajduje się wejście do darmowego Galway City Museum. Nie byliśmy, bo w poniedziałki zamknięte, ale dokształcanie się w podróży zawsze polecać będę! Wieczorem sączyliśmy z kolei irlandzkie whiskey w pubie The Quays, a jeśli ktoś będzie miał wystarczająco dużo szczęścia lub mocne łokcie, może próbować wepchnąć się też do Tig Cóilí, prawdopodobnie najpopularniejszego pubu w okolicy, który miałam na liście, ale gdy o 20.00 godzinie ludzie zaczęli się już wysypywać na zewnątrz, wiedzieliśmy, że nie wciśnie się tam nawet igła, a co dopiero my.

DSC_0700

To, co najlepsze w The Quays.

DSC_0702

DSC_0698

W tym miejscu obowiązkowo muszę pochwalić zarówno Galway, jak i Dublin, za kulturę picia. Może niewiele widzieliśmy, ale powłóczyliśmy się po kilku pubach w obydwu miastach, zapytałam też o zdanie przyjaciółkę, która w Dublinie spędziła więcej czasu i obydwie doszłyśmy do tego samego wniosku – picie alkoholu w Irlandii to czysta przyjemność. Naprawdę nie chodzi o to, aby zalać się w trupa i następnego dnia nie pamiętać, dlaczego do domu wróciłeś w samych majtkach, ale właśnie o to, aby spędzić miło czas z ludźmi, których lubisz w miejscu i okolicznościach, w których czujesz się dobrze. Gości odwiedzających puby w samym Galway mogłabym liczyć w setkach, a nie widziałam ani jednej pijanej osoby. Da się?

DSC_0291

DSC_0420

DSC_0433

DSC_0338-horz

P1900263

P1900257

DSC_0545

Biorąc pod uwagę, że Galway jest miastem transferowym między punktem A i punktem B, gorąco polecam Galway City Hostel zlokalizowany w samym centrum miasta, tuż przy skwerze Eyre. Bardzo schludne miejsce w rozsądnej cenie ze śniadaniem przy wspólnym stole, kilka metrów od stacji kolejowej. Ach, i pamiętajcie o przejściówce! My nie pamiętaliśmy, ale można je też kupić w sklepie za rogiem po zawrotnej cenie 1,50 euro. GCH ma europejskie gniazdka, ale im głębiej w Irlandię, tym mniejsze prawdopodobieństwo ich spotkania.

P1910189

P1910184

P1910191

Zdjęcia z Galway są dość, hm, innowacyjne jak na naszego bloga. Otóż długo zapowiadaliśmy, że idzie nowe. I przyszło! A właściwie przyszedł – nowy pełnoklatkowiec, Nikon d610 z wymarzonym obiektywem 24 mm. Nie mogliśmy się powstrzymać od testowania sprzętu, czego skutkiem są portretowo-lajfstajlowe sesje w zupełnie nowym dla nas stylu. Może i nie są to zdjęcia pubów i kościołów, ale chcemy próbować różnych rzeczy i wyłamać się ze schematu typowego bloga podróżniczego. Od dawna powtarzamy, że strona wizualna bloga ma dla nas ogromne znaczenie. Cała reszta jest jedynie dodatkiem. A poza tym, kto powiedział, jak musi wyglądać blog podróżniczy? Ogranicza nas tylko wyobraźnia i to w tej całej nowej przygodzie jest chyba najpiękniejsze.

DSC_0456

DSC_0457

DSC_0451

DSC_0515

P1900363

Widok znad rzeki Corrib na Katedrę Wniebowzięcia NMP i św. Mikołaja.

DSC_0683

DSC_0708

Najpiękniejsze jest też jedno miejsce w Irlandii, do którego serca wyrywały nam się już od wielu miesięcy. Pojawi się w następnym wpisie, jest więc na co czekać, bo to sztos nad sztosy. Ech, jak dobrze jest być znowu w drodze!