Kambodża Świat na talerzu Tajlandia

Świat na talerzu – Tajlandia i ułamek Kambodży

Jestem kobietą i nic, co kobiece, nie jest mi obce. Przynajmniej raz w życiu myślałam o tym, że byłoby ono znacznie lepsze, gdybym mogła jeść i chudnąć z tą zależnością, że im więcej zjem, tym bardziej schudnę. Możecie sobie tylko wyobrazić jak ogromne było moje zdziwienie, gdy po powrocie z Azji Południowo-Wschodniej w przyciasne dżinsy wbiłam się bez oporu (żeby nie napisać – z poślizgiem). W Tajlandii doświadczyłam, co naprawdę znaczy powiedzenie I love food more than I love people.


Świat na talerzu, czyli wyjazdu kulinarne kulisy. Ostatni wpis z tej kategorii pochodzi z września 2015 roku. Czy to znaczy, że przez ostatnie 1,5 roku niczego w podróży nie jedliśmy? Pamięć, nie na najlepsza, ale zawsze pamięć, podpowiada mi, że coś tam jednak po drodze na talerz wpadło. W połowie przypadków były to po prostu nieśmiertelne kanapki z serem i kabanosy wywiezione z Polski, ale o tym cisza. Zwłaszcza jeśli na miejscu w cenie kabanosów możesz kupić całe danie z napojem i deserem. Gwoli jasności, aby przekierować podśmiechujki na właściwe tory, z naszej dwójki kabanosów nie jem ja.

Do rzeczy więc, tajska kuchnia to najlepsze co nas w życiu spotkało odkąd skończyło się dzieciństwo.

Specjalistów od razu uprzedzam, że niektóre podpisy dań mogą być częściowo nietrafione. Gdy wylatywaliśmy, nazwy wszystkich zup i makaronów różniących się od siebie tylko jednym składnikiem znałam na pamięć. Po trzech miesiącach od powrotu wszystkie wydają się być takie same, pls send help.

Identyczne oczywiście nie są, ale mają wiele punktów wspólnych. W szczególności bazę: mleko kokosowe, sos sojowy i sos rybny; ziele i przyprawy:  trawę cytrynową, tajską bazylię, liście limonki keffir, galangal i czas przygotowania: 5-7 minut.

Curry

P1760457

Może być red curry, może być green i yellow. Może być też chicken, fish, z warzywami i krewetką. Jedno z najpopularniejszych tajskich dań serwowanych w przydrożnych garkuchniach. W każdym znajdziemy dużo zieleniny (tajską bazylią i trawą cytrynową kuchnia tajska stoi), świeżą pastę curry i mleko kokosowe. Pierwsze, co przychodzi mi na myśl to porównanie z indyjskim curry, ale trudno szukać tu punktów wspólnych poza curry w nazwie, bo tajska odmiana jest o wiele rzadsza – przypomina zupę, aniżeli gęsty posiłek. Jest jednak równie pyszne, rozgrzewa i dodaje energii. W zestawie z ryżem.

Cena: 80 BHT

Tom Yam Kung

P1760458

Podobnie jak w przypadku curry, a właściwie niemal wszystkich tajskich potraw: do wyboru do koloru. Od kurczaka, po krewetki, mięsiwo i warzywa. Cena każdego dania rośnie proporcjonalnie do zawartości białka, jednak wciąż nie przebija ceny polskiego kabanosa. Rzadka zupa o ostro-kwaśnym smaku. Im bardziej gorąca, tym ostrzejsza. Później jest już głównie kwaśna. Dla niektórych całkiem okej (ja), dla innych „fu, jaka kwaśna, nie bierz tego więcej!” (Piotrek). Osobiście nazwałabym ją zupą-niespodzianką. Co wyłowiłam, to zaskoczenie. A to liście limonki kaffir, które nieudolnie próbowałam pogryźć, choć w konsystencji przypominały liście laurowe. A to galangal, kłącze z rodziny imbirowatych, które ochrzciliśmy „tym żółtym, co pływa w środku”. A przy tym, przy jedzeniu tom yam spociłam się niemiłosiernie. Dajcie mi znać, które danie dało Wam tyle frajdy, co mi zjedzenie zupy. Jeśli jednak kwaśnych smaków nie lubicie, to danie może zrazić. Ale też jest ryż w prezencie!

Cena: 80 BHT

Tom Kha Gai

P1790123

Idealna zupa kokosowa charakteryzuje się tym, że proporcje mleka kokosowego do reszty składników zupy wynoszą odpowiednio 5:1. W najpopularniejszej wersji serwowana z kurczakiem. Baza zupy jest niemal identyczna jak w przypadku pozostałych, składniki różnią się głównie proporcjami. Tom Kha Gai jest jednocześnie ostra, kwaśna i słodka. Idealnie wyważona i sycąca.

Cena: 80 BHT

Pad thai

P1770127

Mistrz fotografii poleca: danie, którego nie widać. A jednak tam jest, musicie uwierzyć na słowo. Pad thai było pierwszym daniem, którego spróbowaliśmy po wydostaniu się z lotniska w Bangkoku. Zjedzony w pierwszej lepszej knajpce nieopodal guesthouse’a i Khao San Road. Najlepszy i jedyny, który skradł nasze serca i już na zawsze w nich pozostanie. Danie ze zdjęcia pochodzi akurat z Thip Samai, które polecano nam jako najlepszą knajpę serwującą pad thai w Bangkoku. Czy najlepsze to nie wiem, ale bardzo dobre, z jajkiem na górze. Baza, jak w większości ekspresowych tajskich dań, jest dość prosta. Makaron ryżowy smażony z tofu, krewetkami lub wybranym mięsem, doprawiony sosem rybnym i sojowym, skropiony limonką, posypany szczypiorkiem, kiełkami fasoli mung i orzeszkami ziemnymi.  Puenta tego opisu nie zmiecie nikogo z nóg, bo pad thai to zdecydowanie jedno z najlepszych dań na świecie.

Cena: 50 BHT (za opcję z jajkiem lub kurczakiem)

Kurczak słodko-kwaśny

P1790122

Klasyka gatunku, co tu dużo pisać. Można zamówić u każdego polskiego chińczyka za symboliczne 10 zł, ale po co, skoro z góry jesteśmy skazani na ananasa z puszki i mięso niewiadomego pochodzenia. Nie żebym była pewna, skąd pochodzi mięso w Bangkoku, ale eksplozja smaków, warstw i aromatów jest nieporównywalnie większa. Nie spotkałam się też z połączeniem ananas-zielony ogórek, a słodkość pierwszego doskonale komponuje się ze świeżością drugiego. Niby zwyczajne, a tak dobre.

Cena: 80 – 90 BHT

P1840586

Ryż z ryżem. I z warzywami. Simple as that.

All noodle everything

P1820160

Kto ze Śląska i poniemiecką gwarę zna ten wie, co to nudle. A kto nie wie, może się domyślić, że to dokładnie to samo, co angielskie noodle. Wariacji na temat makaronu w Tajlandii i Kambodży bardzo wiele. Makaron w zupie, makaron bez zupy. Makaron z kurczakiem, wołowiną, krewetkami i warzywami. Makaron z makaronem, gruby, cienki, ryżowy i pszenny. Niemal w każdej wersji dobry, z certyfikatem jakości smaku. Piszę niemal, bo zdarzały się lepsze i gorsze. Umówmy się jednak, że smażonego makaronu nie da się zepsuć. Będzie pan zadowolony.

Cena: 50 – 90 BHT

P1840587

Nigdy nie sądziłam, że makaron z zupki chińskiej z jajkiem sadzonym może być tak dobry. Kambodża wie, co robi. W Angkorze człowiek zje cokolwiek, byle tylko zjeść i nie paść ze zmęczenia.

P1810610

Azjatycka wersja tagiatelle.

P1800233

Makaron w zupie lub zupa w makaronie. Simple as that, part II.

P1820093

Czy to robaki? Nie, to najpyszniejszy makaron z nocnego bazaru w Chiang Mai.

P1820091

Lody kokosowe

P1760220

Kremowe lody kokosowe serwowane na każdej turystycznej ulicy. Trzy gałki w wydrążonym kokosie, czekoladowa polewa i orzeszki ziemne. Kokos to moja miłość, codziennie rano przed myciem zębów nucę The Coconut Song, pod prysznicem mam żel o zapachu kokosa, a do smażenia używam nie żadnej tam oliwy, a oleju kokosowego. Wszystko, co kokosowe, zjem z zamkniętymi oczyma. Trudno pozostać obiektywną, ale muszę przyznać, że w skrytości ducha liczyłam na większy szał, gacie przez głowę i nieustającą euforię. Lody kokosowe były OK, ale nie zakwalifikowały się na kokosowe podium.

Cena: 50 BHT

Desery lodowe

P1770832

P1810611

Oprócz standardowych lodów z dodatkiem orzeszków i owoców, w niektórych miejscach w Tajlandii można trafić na odmianę nice cream. Najbardziej fascynujący jest proces ich powstawania: na oszronioną metalową płytę kładzie się wybrany dodatek smakowy (np. owoce, ale równie dobrze mogą być to ciastka Oreo) i zalewa się go mlekiem kokosowym. Potem ręcznie, za pomocą szpatułek, dodatki są siekane, miażdżone i mieszane z mlekiem. Gdy całość przypomina już kolorową papkę, cienką warstwę rozsmarowuje się na płycie i zeskrobuje w postaci małych ruloników. Na końcu przyozdabia się wszystkim, co słodkie i pod ręką – voila.

Cena: 70 BHT

Banana pancake

P1770693

Kolejny klasyk ulicy – naleśnik z bananem z ciasta o mocno jajecznym akcencie. Zazwyczaj w trzech opcjach do wyboru: z samym bananem, z bananem i jajkiem oraz z samym jajkiem. Zanim się skrzywicie dodam, że smakuje lepiej niż brzmi. Jajko wchodzi z bananem doskonale, zwłaszcza jeśli polejemy je jeszcze miodem albo posmarujemy nutellą lub masłem orzechowym.

Cena: 50 BHT

Pandan pancake

P1770818

Nie daleko pada naleśnik od naleśnika, nawet jeśli ten drugi zupełnie jak naleśnik nie wygląda. Placki z pandanu to jedno z największych kulinarnych zaskoczeń. Przy okazji relacji z tajskiej szkoły gotowania wspominałam, że pasta z liści pandanowca ugotowana w mleku kokosowym przeistacza się w kulinarne cudo o słodkim aromacie wanilii. Gdybym miała do czegokolwiek porównać, fakturą przypominałby puszystego, jabłkowego racuszka, a smakiem ciepły deser śmietankowo-waniliowy.

Cena: 20 BHT za 3 sztuki

Babeczka z mąki kukurydzianej

P1770821

Żeby było jeszcze bardziej egzotycznie: zawinięta w liść bananowca. Przywodzi na myśl ugotowaną kaszkę kukurydzianą z odrobiną wiórków kokosowych lub swojską mamałygę. Ewentualnie papier. Kupiona bardziej dla frajdy, niż smaku, bo na liście bananowca w Auchan nigdy mnie nie stać, a i nie wiem, co później mogłabym w nie zawijać. Co najwyżej… banana, ha ha, ale jestem zabawna.

Cena: 10 BHT

Mango sticky rice

P1760227

Nie myślcie sobie, że zapomniałam! Nie mogłabym zapomnieć o czymś, co nosem wciągałam niemal każdego dnia. Jeśli pad thai jest najlepszym daniem, to mango sticky otrzymuje tytuł najlepszego deseru. Sam ryż, miękki i klejący, przyprawia o zawrót głowy. A jeśli przykryjemy go kawałkiem soczystego mango i polejemy słodkim jak ulepek mlekiem kondensowanym, dozwolone jest mdlenie z kulinarnej rozkoszy.

Cena: 50 BHT

Piwo

P1810609

O tajskim i kambodżańskim piwie mogłabym napisać krótki poemat. Ja tak naprawdę piwa nie lubię i jedyne, które akceptuję bo nie smakuje jak piwo, to Corona. Azjatyckie piwa też wcale nie smakują jak piwo, raczej jak lekki i orzeźwiający napój z bąbelkami. W Tajlandii do wyboru m.in. Tiger, LEO, Chang i Singha, w Kambodży – do najpopularniejszych należą CAMBODIA i Angkor (a to zaskoczenie z tymi nazwami!). Jeśli osoba nie znosząca piwa poleca piwo w Azji Południowo-Wschodniej znaczy to tyle, że coś może być na rzeczy.

Cena: strzelam na oko, bo nie pamiętam – 60 – 80 BHT

Owoce

P1800797

Każdy zasługuje na osobny wątek, ale nie mamy tylu zdjęć, ani życia, więc pójdę na łatwiznę. Dojrzałe owoce to w Tajlandii prawdziwe błogosławieństwo. Nie dość, że soczyste, to jeszcze tanie jak barszcz. Można kupić na patyku, można w plastikowej torebce, można też wybrać się na bazar i hulać ile dusza zapragnie. Duża siatka egzotycznych owoców kosztowała nas 50 BHT, więc o czym my tu w ogóle rozmawiamy? Duriana niestety nie spróbowaliśmy, bo widząc go na każdym rogu ulicy stwierdziłam, że najlepsze zostawimy na koniec. A jak już ten koniec nadszedł, nikt durianów nie sprzedawał. Przykro mi, że nie mogę sprawdzić czy miks smażonej cebuli, orzechowej śmietanki i truskawek rzeczywiście smakuje tak dobrze jak brzmi. Kto miał okazję spróbować, niech da koniecznie znać w komentarzu. Tak więc skoro duriana nie było, nasze serca podbił jackfruit. Małe, elastyczne nasiona pozbawione pestki, pochodzące z gigantycznego, kolczastego balona smakują jak guma balonowa lub lody o smaku smerfowym. Czyli takim, którego nikt nie potrafi opisać, a prawie wszyscy lubią.

Spróbowaliśmy też:

  • rose apple, różanych jabłek z wyglądu przypominających paprykę, z zapachu gruszkę, a w smaku – ogórka. Na polskich bazarach występuje pod nazwą czapetka samarangijska (hi hi hi, ha ha ha)
  • liczi i włochatego kuzyna, rambutana – małe, delikatnie słodkie przezroczyste kulki z dużą pestką w środku
  • mangostanu właściwego (żółciec, smaczelina – niech ktoś zatrzyma tę karuzelę śmiechu!) – owoc przypominający pomidor w grubej łupinie o słodko-kwaśnym miąższu
  • jabłka budyniowego – z wyglądu dość kosmiczne, o delikatnie słodkim smaku i konsystencji zwartego budyniu; najlepiej wchodzi wybierany łyżką, jeden z moich faworytów, choć dość osobliwy
  • salaku/a?, wężowego owocu – przypomina skrzyżowanie ryby najeżki z orzechem brazylijskim, kłuje gdy próbujesz otworzyć łupinę, w środku mocno kwaskowaty z nutką dekadencji fermentu
  • wszelkich dobrodziejstw na patyku – ananasów, mango, arbuza i pitaji, czyli smoczego owocu
P1770480

Wspomniane dobrodziejstwa na patyku.

P1760555

P1840778

Jedyny, najlepszy – jackfruit.

P1800810

Jabłka budyniowe, na dole widać też jabłka różane!

P1800808

Dragonfruit – smoczy owoc.

Smutno mi też na myśl, że to tylko wierzchołek owocowej góry lodowej. Moglibyśmy spędzić w Tajlandii miesiąc, żywić się samymi owocami i z pewnością nie spróbowalibyśmy wszystkich. Wystarczająco dobry powód, aby do Azji Południowo-Wschodniej wrócić i nadrobić stratę.

Przescrollowałam sobie właśnie to, co już napisałam. Jest tego sporo, a w wyniku skomplikowanych obliczeń wyszło mi, że opisałam tylko to, co uchowało się na zdjęciach w myśl zasady picture or didn’t happen.

W przeglądzie zabrakło wszelkich smażonych dobrodziejstw z China Town w Bangkoku – kruchych pierożków i sajgonek, Khanom Buang, czyli słodkiej wariacji na temat tacos z kokosem i masą z żółtka o konsystencji bezy na podpłomyku, rice coconut pancakes przypominających placuszki z pandanu z kukurydzą i szczypiorkiem w środku, wszelkich szejków i świeżo wyciskanych soków owocowych, napoju bogów – świeżej wody kokosowej, tajskiej kawy i herbaty zaprawianej dużą dawką skondensowanego mleka i kostek lodu, kokosowych puddingów i dziwnych przekąsek ze sklepów sieci 7 Eleven.

P1760557

P1770129

P1820154

Zdaję sobie sprawę, że niektórzy z Was nie mają tyle czasu na czytanie postów, więc postanowiłam zrobić skróconą wersję wpisu. Wnioski pozostawiam do osobistego namysłu.

Czy tajska kuchnia jest smaczna? TAK.

Czy warto zjeść? TAK.

A co warto zjeść? WSZYSTKO.

  • Kulinarny raj! Tom yum i pad thai to moje comfort foods, na które chodzę w ramach chandry, a tam bym mogła mieć to codziennie! Mniam.
    Jackfruit widziałam też w Brazylii, małpki go chętnie wcinały. Zaintrygowało mnie jabłko budyniowe, brzmi ciekawie!

    • W Brazylii? Kurczę, a ja w ogóle go sobie nie przypominam. A szkoda! Jabłko budyniowe jest super, choć słyszałam że ma równie wielu fanów, co antyfanów. Ale z naszym jabłkiem nie ma niczego wspólnego, więc już z tego względu zasługuje na uwagę. Jaki kraj, takie jabłka :-)

      • W drodze kolejką na Jezusa siedzące na drzewach małpki pożerały ten owoc. :) Myślałam, że to durian, ale potem ktoś powiedział, że jackfruit.

  • O kurcze, jak nigdy nie ciągnęło mnie do Azji, to teraz chcę jechać. Już, natychmiast i wciągnąć te wszystkie pyszności!
    Hm, i ze spuszczoną głową przyznam, że ja ani lodów o smaku gumy balonowej ani smerfowych nie lubię ;O

    • A wiesz co, ja chyba też za nimi nie przepadałam ;-) Tj. może za pierwszym razem, a potem już zaczynało być dziwne. Ale! Jestem pewna, że owocki by Ci posmakowały – może to tylko mój nieudolny sposób opisywania rzeczy :-D