Azja Fotografia Kambodża Podróże Tajlandia

Historie niedopowiedziane. Tajlandia i Kambodża

Zawsze ten sam dylemat. Wrzucać czy nie wrzucać? Zdjęcia do wpisów zawsze przechodzą staranną selekcję i większość z nich zwykle ląduje w koszu. Co jednak w przypadku takich, które tematycznie nie wpasowały się w żaden z opublikowanych postów, a są na tyle fajne,  że szkoda byłoby ich nie pokazać? Udawać, że gdzieś się nie było?


Tak byłoby najwygodniej, bo o niektórych sprawach aż wstyd opowiadać. Teraz tak sobie myślę… mogliśmy udawać, że na Phuket też nas nie było. No ale teraz to już „pisz pan, przepadło”. Będzie to więc najprawdopodobniej najbardziej nieuporządkowany wpis w historii bloga. Zbiór trzech krótkich historii, od sasa do lasa.

O tym, jak pocałowaliśmy klamkę

Bywają takie rzadkie momenty, kiedy to w podróży wszystko idzie nie tak. Myślałam, że z moim planem zwiedzania będziemy uzbrojeni po zęby i nie zaskoczy nas absolutnie nic. Szkoda tylko, że nie wzięłam pod uwagę czynnika ludzkiego. I czynnika jak-idzie-za-dobrze-to-na-pewno-coś-pierdyknie. Żeby nie napisać bardziej dosadnie, ale obiecałam Marii G., że na blogu przeklinać nie będę.

Dawno temu, jeszcze w poprzednim życiu A.D. 2015, uparłam się, że będąc w Tajlandii chcę zobaczyć białą świątynię w Chiang Rai. Myślałam, że to taki piękny unikat. Takie piękne niewiadomo-co, stworzone niewiadomo-po-co. I gdy już przydarzyła się ku temu okazja, zabukowaliśmy bilety lotnicze na trasie Chiang Rai-Bangkok. Pozostało kupno biletu na autobus relacji Chiang Mai-Chiang Rai, i tu zaczęły się schody.

Na pierwszy autobus nie zdążyliśmy, bo wszystkie miejsca były zajęte. Następny odjeżdżał za 5 godzin, a my Chiang Rai mieliśmy spędzić tylko jeden dzień. – OK, będziemy po południu, ale to jeszcze nie tragedia – pomyślałam. Gdy już doturlaliśmy się do celu, dzida w stronę zdezelowanego miejskiego busika przejeżdżającego w okolicy świątyni. – OK, mamy jeszcze 3 godziny do zamknięcia. Zdążymy – w dalszym ciągu myślałam optymistycznie. Gdy po godzinie kierowca nie chciał ruszyć, bo busik mu się jeszcze nie zapełnił, turyści z Włoch zrobili płomienną awanturę. Kierowca bardzo niechętnie usadowił się na obdrapanym skórzanym fotelu i dał znak do odjazdu. Zajechaliśmy może kilka metrów i miasto stanęło w ogromnym korku. Turyści z Włoch, korzystając z okazji że w autobusie nie było drzwi, wściekli wyskoczyli na ulicę. Okej, zdążymy na ostatnie 30 minut przed zamknięciem – pocieszałam sobie, a jeszcze bardziej Piotrka. Gdy po dłuższej trasie wysiedliśmy na przystanku mieszczącym się mniej więcej na końcu świata, świątynia zapadła się pod ziemię. Dla uspokojenia dodam, że wciąż tam jest, ale znajduje się na największym wygwizdowie i otacza ją ogromne nic.

P1820120

P1820128

Mnich też człowiek, gifów w messengerze używa.

P1820136

Finał historii był taki, że świątynię zamknięto 30 minut przed oficjalną godziną zamknięcia, więc jedyne co mogliśmy zrobić to popatrzeć sobie przez płotek, zjeść późny obiad i wrócić. W drodze powrotnej spotkaliśmy grupkę podróżujących Polaków, którzy samochodem podwieźli nas niemal pod sam hotel. A już myślałam, że nigdy nie wrócimy do domu.

P1820145

Żałuję tego Chiang Rai niemal tak, jak żałujemy Phuket. Obiecałam sobie jednak, że w tamten rejon ruszać się już nie zamierzam. Zobaczone = odhaczone. A wnętrze to ja sobie w internetach pozwiedzałam!

O tym, jak kupiłam grzebień

Posty z Chiang Mai były dwa, ale w żadnym nie wspomniałam, że po kursie gotowania wybraliśmy się na największy i najbardziej czaderski nocny bazar. W sumie spędziliśmy tam z kilka godzin. Najpierw tylko patrząc, potem tylko jedząc. A potem przydarzyły się nawet zakupy. Kupiłam prezenty dla znajomych, drewniany grzebień z niezniszczalnego drzewa; pierwszy któremu moje włosy nie wyłamują zębów, Piotrek – prezenty dla rodziny. Podsumowując, był to naprawdę udany shopping. Na bazarze wystawiał się też pewien wyjątkowy artysta. Słowo daję, nie mogliśmy przestać gapić się na jego obrazy. Były piękne i jedyne w swoim rodzaju. Mocno nasycone kolorami, z odważną kreską i wyjątkowym wyczuciem. Do tego wszystkiego przygrywała muzyka i tańczyły ładne dziewczęta. Tańczyła też mała dziewczynka, która starszym koleżankom skradła całe show. Jak na shopping, to tylko tutaj. Naprawdę. Ceny niższe niż w Bangkoku, a wybór stukrotnie większy. Jeśli nie wiesz, czego szukasz, na nocnym bazarze w Chiang Mai znajdziesz to na pewno.

P1810657

P1810660

P1810189

P1810278

P1810276

Rekord w kulki sam się nie zrobi.

P1810262

W Tajlandii nie ma niań. Gdy rodzice pracują na bazarze, dzieciaki zasuwają w piżamach albo grają w gry pod stołem.

P1810270

P1810705

Najbardziej odlotowe skarpety na świecie.

P1810698

P1810688

Ho ho ho, Merry Christmas.

P1810723

P1810724

P1810745

P1810726

P1810859

P1810753

P1810763

P1810794

P1810255

O kambodżańskiej Nicki Minaj

Po którymś dniu zwiedzania Angkoru – nie wiem kiedy, nie wiem jak – znaleźliśmy się na nocnym bazarze w Siem Reap. Towar ten sam, co w Tajlandii, tylko 2x droższy. I płatność w dolarach amerykańskich. Kupiłam felerne spodnie o wyglądzie spadochronu, o które potykałam się przez cały następny dzień w Angkorze. Dobra wiadomość jest taka, że kupiłam też bardzo ładny T-shirt z wizerunkiem Angkor Wat. Vintage, hipster approved. W Warszawie nikt nie wytyka palcami – znaczy, że dobrze. Największą atrakcją bazaru nie był jednak sam bazar, a występ lokalnych ladyboys od których nie mogłam oderwać wzroku. Głównie dlatego, że byli przekomiczni w swoich próbach tańców i wyśpiewywania z playbacku największych popowych hitów.

P1820775

P1820765

P1820896

P1820818

P1840602

P1840595

P1840614

Michael, ty tutaj? Ale dlaczego Kambodża?!

P1840576

Trudno mi w to uwierzyć, ale azjatyckie podróże wreszcie dobiegły końca. Mam w głowie pomysł na wpis o jedzeniu, może jakiś zbiorczy mini-poradnik, podsumowanie całej trasy wyjazdu… Ale co dalej? Dalej mamy jeszcze film, który produkuje się od dłuższego czasu. Jeśli los będzie łaskawy, w kwietniu będziemy mogli pochwalić się efektem.

Będzie zupełnie inny, niż wszystkie dotychczasowe. To możemy obiecać.