Azja Fotografia Podróże Przemyślenia Przygoda Tajlandia

Elephant Jungle Sanctuary. Przygoda życia

Kto z nas, jako dzieciak, nie marzył o przejażdżce na słoniu? Może nie wszyscy, ale na pewno znalazłoby się co najmniej kilka osób, które – podobnie jak ja kiedyś – myślały, że musi być to niesamowite doświadczenie, godne największych podróżników i poszukiwaczy przygód. W przeciągu ostatniego roku czy dwóch, temat eksploatowania zwierząt w Tajlandii nagłośniono, ale znając realia turystyczne nie sądzę, aby od tego czasu popularność podobnego typu rozrywek drastycznie spadła. Chciałabym zaproponować Wam alternatywę, która wywarła na mnie ogromne wrażenie i stanowi jedno z najpiękniejszych wspomnień z Tajlandii. Wpadajcie do Elephant Jungle Sanctuary i dołóżcie cegiełkę do budowy podwalin świadomej turystyki.


Na wizytę w Sanktuarium Słoni czekałam z wielką niecierpliwością. Planując wyjazd przypadkowo trafiłam na zdjęcie na Instagramie przedstawiające dziewczynę przytulającą słonia, pomyślałam: O jezu, też chcę! Szybko zorientowałam się skąd pochodzi i tak po nitce dotarłam do kłębka – strony, przez którą zapisałam nas na wizytę w schronisku.

Z sanktuarium wyjeżdżałam ze łzami w oczach i na współ zasmarkana, więc od razu napiszę to, do czego szybko powinniście dojść sami – było warto.

Słoń indyjski w Tajlandii

Słonie indyjskie służą człowiekowi od ponad 5 000 lat. Szczególnie popularne w Azji Południowo-Wschodniej czy Indiach, są częścią jednego z najmocniejszych fundamentów kultury, mitologii i religii Wschodu. Niestety to, co dobrze wygląda na tysiącletnich murach świątyń, niekoniecznie ma odzwierciedlenie w rzeczywistości. Niesłabnące na popularności kłusownictwo (kilogram kości słoniowej na czarnym rynku w Chinach to koszt ok. 3 000 $), wylesianie terenów pod zabudowę oraz masowa turystyka na przestrzeni dziesiątek lat doprowadziły do tego, że słoń indyjski jest obecnie gatunkiem zagrożonym. Z szacowanych 100 000 słoni w samej Tajlandii, obecnie żyje tu od 3 000 do 4 000 osobników, z czego 70-80% znajduje się w niewoli.

P1810309

Słonie to bardzo inteligentne istoty. Szybko adaptują się do nowych środowisk i uczą się nowych umiejętności, pozostając silnymi i wytrzymałymi. Brzmi jak idealny partner do współpracy opartej na wyzysku, nie sądzicie? W starożytności słonie służyły jako element transportu czy wyposażenia floty wojennej, w późniejszych latach największy pożytek ze słoni obserwowano szczególnie podczas wycinki drzew. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo ekspertem nie jestem, ale po wpisaniu haseł elephants i logging w Google grafika, sprawa wydaje się być jasna. Pomijając aspekt etyczny związany ze skuwaniem słoni w łańcuchy i zmuszanie ich do podnoszenia ciężkich pni, słonie w pełni nieświadomie przysłużyły się do destrukcji środowiska w którym żyją na co dzień. Głodne i pozbawione własnego miejsca migrują na tereny gospodarstw rolnych. Nie mogą liczyć na jedzenie i opiekę, za to gwarantowane mają spotkanie z nożami i włóczniami. W obozach wykorzystujących słonie przy wylesianiu traktuje się je amfetaminą, by pracowały jeszcze dłużej i jeszcze ciężej.

Słoń w turystyce. Czy jazda na słoniu jest OK?

Znaczna część słoni indyjskich obecnie pracuje w segmencie turystycznym i rozrywkowym. Małe słoniątka celowo odbiera się matkom, a następnie sprzedaje cyrkom, parkom rozrywki i hotelom. W wielu przypadkach matki lub słonice opiekujące się małymi są zabijane, aby usprawnić proces przerzutu małych.

Sporo słoni wykorzystywanych jest też w transporcie. Nie trzeba szukać daleko – wystarczy zajrzeć w plan wycieczki pierwszego lepszego biura podróży lub firm organizujących trekkingi w okolicach Chiang Mai. W większości jazda na słoniu to obowiązkowa atrakcja do której zachęca się turystów, a zakupione na stocku zdjęcia wesołych backpackerów o śnieżnobiałych uśmiechach ujeżdżających słonia zdobią niejedną ulotkę i katalog wycieczek ‚Lato 2017’.

Plecy słoni nie zostały zaprojektowane przez naturę aby wspierać dźwiganie ciężarów. W przeciwieństwie do szkieletów koni czy osłów, kręgosłupy słoni zakończone są ostrymi wypukłościami, nieodpornymi na nacisk z góry. W przypadku trwających kilka godzin trekkingów czy zwiedzania okolicy na słoniu, zwierzęta nie mają możliwości odpoczynku i pożywienia się. Wycieńczony słoń, który nie nadąża za grupą i zostaje w tyle nierzadko traktowany jest batem lub łańcuchem z ostro zakończonym hakiem.

P1810397

Aby utrzymać równowagę, sznury i łańcuchy mocujące siedziska dla ludzi często złączone są ze sznurami obwiązanymi wokół szyi słonia. Jeśli osoba siedząca na jego grzbiecie osuwa się w prawo lub lewo, pętla na szyi zaciska się coraz mocniej.

Jak zmusić słonie do współpracy? Właśnie temu służy rytuał phajaan, praktykowany od setek lat przed mieszkańców okolicznych wiosek. W wolnym tłumaczeniu chodzi o „łamanie ducha” zwierzęcia, polegające na odseparowaniu go od matki, związaniu wszystkich kończyn i zapędzeniu do klatki, pozbawieniu jedzenia, wody oraz snu. Zmęczone zwierzę przez kolejne 7 do 14 dni jest bite i katowane do czasu, aż nie pozostanie mu nic innego jak tylko poddać się człowiekowi. Nie jestem fanką straszenia ludzi brutalnymi nagraniami z sieci i daleko mi do honorowych obrońców zwierząt, ale jeśli obraz może przemówić bardziej niż słowo, załączam link do krótkiego materiału na YouTube. Dla przeciętnego Taja słoń wart jest około 1 mln BHT (ponad 28 700 $), po wytrenowaniu wartość zwierzęcia wzrasta do 6-7 mln BHT.

Problem jest też bardzo dobrze znany rządowi Tajlandii, ale dopóki wysoko postawione jednostki będą czerpać zyski z cyrków i hoteli wykorzystujących słonie, dopóty politycy będą przymykać oko na ich wykorzystywanie.

Elephant Jungle Sanctuary. Lekcja pokory

Obiecuję, że dalej będzie już tylko lepiej. Teraz najprzyjemniejsza część wpisu. W końcu mogę podzielić się wrażeniami, które towarzyszyły nam podczas wizyty w Elephant Jungle Sanctuary. Sanktuarium słoni to jedno z co najmniej kilku miejsc w Tajlandii, które powstało po to aby wyzwalać zwierzęta z niewoli, zapewnić im spokojne życie, pożywienie i dużo miłości. W Elephant Jungle Sanctuary można spotkać słonie w każdym wieku o różnych życiorysach, ale istnieją też schroniska poświęcone opiece nad samymi słoniątkami lub starszymi, schorowanymi słoniami.

Od razu zaznaczę też, że jesteśmy absolutnie świadomi, że odwiedzanie podobnych schronisk w Tajlandii jest oczywiście pewnego rodzaju atrakcją turystyczną. Uciec od tego nie można, ale gwarantuję że przynajmniej w części placówek (wolę pozostać sceptyczna) pieniądze przekazywane przez turystów służą zapewnieniu słoniom należnego im komfortu życia. Warto mieć też na uwadze prosty fakt, że słoń który – przykładowo – wychował się w cyrku, nigdy nie wróci do życia w dziczy, bo nikt nie dał mu szansy, aby na takie życie się przygotować. Jedynym ratunkiem są więc placówki, które wydzierżawiają słonie od cyrków lub agencji turystycznych w zamian za opiekę i schronienie. Koszt wyzwolenia jednego słonia to kwota rzędu 60 000 $ (ponad 243 000 zł), astronomicznie wysoka, dlatego w wielu przypadkach schroniska płacą co miesiąc haracz, aby wspomniany cyrk nigdy nie zgłosił się już po słonia. W idealnym życiu wykupienie wszystkich słoni załatwiłoby sprawę, ale skąd wziąć pieniądze jeśli trzeba jeszcze opłacić budowę nowych obozów, osoby zatrudnione w placówkach i zakup ton pożywienia. Dorosły słoń potrzebuje pomiędzy 150 a 300 kg jedzenia dziennie, więc sprawa wcale nie jest prosta.

Nasza przygoda rozpoczęła się diablo wcześnie, bo o 6.00 byliśmy już w drodze do sanktuarium. Oprócz nas na pace ciężarówki jechało kilku gości z Nowej Zelandii i chłopak z Holandii. Rozmowa raczej się nie kleiła, wszyscy myśleliśmy o kawie, ja w międzyczasie przysypiałam i próbowałam zasłonić się chustą, bo tajskie poranki, nawet w sezonie, do najgorętszych nie należą. Pizgało jak cholera. Po 1,5h drogi dotarliśmy do celu, nowo wybudowanego obozu nr 7 w wiosce Karen, w którym mieszkało 5 słoni – od kilkulatków po kilkunastoletnią słonicę.

P1810418

Zanim mogliśmy poznać słonie, każdy musiał zarzucić na siebie używany lniany T-shirt, który pomagał słoniom zapoznać się z nowym człowiekiem pachnącym na „stary”, znany sposób. Słonie poznają świat za pomocą trąb, więc wydaje się to dość praktyczne, a z pewnością pomocne.

Pierwsze pół godziny spędziliśmy na rozmowach z pracownikami obozu, poznaliśmy krótką biografię każdego z 5 słoni. Najstarszym ze zwierząt jest ponad 20-letnia słonica zwana Big Mamą, która ma za sobą kilkanaście lat pracy w cyrku. Bita głównie po nogach, nie pozwalała się do nich zbliżyć i instynktownie umykała przez podchodzącymi zbyt blisko ludźmi. Pozostałe słonie to dwuletnia córka Big Mamy – Sakura, młoda samiczka, samiec i czteroletnie słoniątko. Momentem, w którym na skalę problemu szerzej otworzyły mi się oczy, była indywidualna historia słoni, ale też rozmowa na temat eksploatacji zwierząt w masowej turystyce i misji podobnych ośrodków. Nie będę zgrywać tłuka. To, że słonie są wykorzystywane, wiedziałam od co najmniej roku, ale moment w którym słuchasz okropnej historii o tym, jak katowano zwierzę, a chwilę później stajesz z nim twarzą w hm, trąbę, i widzisz, i czujesz, że słoń, który tak wiele przeszedł, ufnie wyciąga ją w twoim kierunku, obwąchuje i delikatnie poklepuje po dłoniach, jest nie do opisania.

P1810352

Pierwszym etapem spotkania ze słoniami było śniadanie. Małe banany znikały w słoniowych paszczach w mgnieniu oka. Nie trzeba było ruszać się z miejsca, bo już po kilku sekundach podchodził kolejny ochotnik i przetrząsał kieszenie T-shirtu w poszukiwaniu owoców.

P1810291

P1810295

P1810341

P1810349

P1810312

P1810318

P1810335

P1810338-horz

P1810343

P1810357

P1810394

P1810415

P1810416

P1810420

Legendarna szczecinka słonia indyjskiego ♥

P1810427

P1810445

Wśród wszystkich pięciu słoni znalazł się jeden, który skradł mi serce. Rezolutna dwulatka Sakura. W związku z tym, że w dotychczasowym życiu nie spotkała jej krzywda z ręki człowieka, nie miała oporów aby zaczepiać gości, biegać i taranować wszystko co spotka na swojej drodze, przepychać się w najmniej oczekiwanych miejscach i momentach, radośnie podskakiwać i kopać plastikową miskę tak jak kilkuletni dzieciak kopie piłkę do nogi, obrzucać się ziemią i tarzać w liściach kukurydzy. Żeby nie było tak wesoło, Sakura – jak zresztą każdy słoń – ma świetną pamięć. Podobno raz przydarzyła się sytuacja, kiedy to kostka cukru upuszczona przez turystkę upadła na leżący nieopodal plecak. Sakura szukając kostki cukru próbowała podnieść plecak torbą, ale jeden z opiekunów był szybszy i delikatnie odepchnął jej trąbkę (♥), tak aby turystka mogła zabrać plecak. Od tego momentu, za każdym razem gdy opiekun zbliży się do słoniątka, Sakura przegania go trąbą i wyraźnie daje do zrozumienia, że nie pała do niego szczególną sympatią.

Myślcie sobie co chcecie, ale ja widziałam w niej dziecko. Ufne, szczęśliwe, radosne i kochane. Różniące się od ludzkiego jedynie tym, że nie potrafi mówić, inaczej wygląda i waży kilkaset kilo.

P1810384-horz

Po lewej Big Mama, po prawej Sakura próbująca wyrwać rurę odprowadzającą wodę ♥♥♥

P1810410

To właśnie przez Sakurę odjeżdżając miałam łzy w oczach. Nie chciałam jej zostawiać, chciałam jeszcze raz przytulić, pogłaskać i szepnąć do dużego ucha, że słoniom jeszcze będzie dobrze. Kiedyś.

Po śniadaniu i krótkim odpoczynku, obowiązkowym punktem opieki nad słoniami jest kąpiel w błotku. A właściwie nasmarowanie skóry błotem, aby zabezpieczyć ją przed insektami i palącym słońcem. W błotku każdy z nas hasał już w swoich ciuchach. Gdy jeden z przewodników, z garściami pełnymi błota, podszedł do mnie i stwierdził, że taki biały t-shirt trzeba porządnie przytulić, wiedziałam już, że za godzinę brązowa szmata zakupiona w Stradivariusie wyląduje w śmietniku. I dobrze jej tak, bo po kilku miesiącach noszenia rzeczywiście jak szmata wyglądała.

P1810521

P1810518

P1810517

P1810511

P1810526-horz

P1810525

Drugim najfajniejszym momentem była kąpiel w brudnej i chłodnej rzece. Co tam my, białasy, słonie to dopiero miały ubaw. Szczególnie moja faworytka, która uczepiona trąby mamy co chwilę znikła pod wodą, aby z hałasem i pluskiem wynurzyć się w innym miejscu. Starałam się śledzić ją wzrokiem, a tam gdzie wzrok nie sięgał czułam jak przepycha się pomiędzy naszymi biodrami niczym żywa łódź podwodna.

slonie_01

Źródło zdjęcia: Elephant Jungle Sanctuary

slonie_03

Źródło zdjęcia: Elephant Jungle Sanctuary

P1810473

Dieta przeciętnego słonia składa się z roślin, warzyw i owoców. Największymi słoniowymi smakołykami są m.in. liście i pędy bambusa, banany, ryż, trzcina cukrowa lub kukurydza. Wspominałam o nieprzeciętnej inteligencji? Gołym okiem mogliśmy zobaczyć to, czego dowodzą badania – słonie są w stanie okazać całą gamę emocji: od szczęścia, przez złość czy współczucie. Mają znakomity węch, a trąba, składająca się z ponad 60 000 mięśni, służy im też do oddychania, picia, jedzenia, mycia, walki, porozumiewania się i okazywania sympatii. Akurat tej ostatniej doświadczyłam na własnej skórze, na samo wspomnienie robi mi się na serduchu ciepło.

Nie wspomniałam jeszcze o jednej ważnej postaci – o Mahout (ind. jeźdźca słoni). Jest to osoba, która dzień i noc sprawuje pieczę nad słoniami, tworzy z nimi wieloletnią więź, często przygotowywana jest do tej roli od dziecka. Mahout jest w stanie przewidzieć odruchy słonia i zareagować w momencie, kiedy zwierzę może zrobić krzywdę sobie, drugiemu słoniowi lub człowiekowi. Komunikuje się ze słoniami za pomocą prostych komend, często spędza z nimi każdą wolną chwilę. W Elephant Jungle Sanctuary opiekunowie śpią ze słoniami, dając im poczucie bezpieczeństwa i strzegąc przed ewentualną wizytą kłusowników.

P1810455

Słoń i jego Mahout.

P1810505

Po kilkugodzinnym spotkaniu ze słoniami, a jeszcze przed wyjazdem, udało nam się porozmawiać podczas obiadu z dwoma przewodnikami na temat ich pracy. Wiem, że turystom często wciska się kit i większość informacji warto dzielić na pół, ale mogę pochwalić się dość dobrze rozwiniętą empatią i nikt nigdy nie oszukałby mnie na emocje. A te wylewały się często i gęsto z każdego słowa wypowiadanego przez przewodników. Widziałam, że nie tylko lubią swoją pracę, ale przede wszystkim kochają słonie, traktują je jak członków rodziny i chcą dla nich jak najlepiej. Wzruszające.

P1810459

P1810486

P1810364

Właśnie dlatego powinniśmy częściej i głośniej mówić o problemie, ale też zachęcać do alternatywnych sposobów spędzania wolnego czasu w Tajlandii. Świat nie jest idealny i nikt z nas go nie zbawi, ale jeśli jedna osoba zachęcona tym wpisem zrobi dla tych zwierząt coś dobrego, a później opowie o tym kolejnej, kolejna opowie kolejnej i machina zostanie wprawiona w ruch, świat stanie się odrobinę lepszy. I bardziej ludzki.

Sposobów na pomoc pracownikom sanktuarium jest wiele. Na tej stronie znajdziecie jedynie kilka z nich. Można wpłacić pieniądze, można zabukować wizytę, zgłosić się jako wolontariusz, pomagać dzieciom z wioski w nauce angielskiego, kupić gadżet w sklepie lub po prostu nagłośnić sprawę swoimi kanałami. Czuję w kościach, że nie była to nasza ostatnia wizyta i jeśli tylko plany na to pozwolą, być może kiedyś wrócimy do Elephant Jungle Sanctuary nie w roli gości, ale wolontariuszy.

Wspaniała sprawa i jeszcze większa przygoda.

slonie_02

Źródło zdjęcia: Elephant Jungle Sanctuary

 

Elephant Jungle Sanctuary | Press kit – przydatne materiały

Cena wizyty: 1 700 BHT / os.

  • Normalnie aż miałam łezki w oczach jak czytałam
    Kurcze aż ciężko mi skomentować, zwierzęta kocham, i nie przyznaję się, ale właściwie darzę je większą sympatią niż większość z ludzi…
    Koniecznie jak będę w Tajlandii pojadę w takie miejsce, a nawet dziś, znalazłam sanktuarium dla wilków w Norwegii (!) tam niestety możliwość obcowania z takim zwierzakiem twarzą w pysk to koszt 4 krotnie większy niż tajlandzkie ceny :-((
    Jak jeździłam konno, to też zawsze miałam jakiegoś swojego ulubieńca ;-)) to chyba nieuniknione jak takie słodziaki wokoło

    • Uf, ja mam dokładnie to samo, wolę zwierzęta niż ludzi, cieszę się, że nie jestem sama (i dziwna) :D

      • Sanktuarium dla wilków? Nie słyszałam, o rany. Co do zwierząt i wolontariatów – tak teraz sobie myślę, że gdybym miała w przyszłości w jakimś uczestniczyć, zdecydowanie wolałabym pracować ze zwierzakami niż z ludźmi. Nie jesteście same, choć ludzi bardzo lubię, to idiotów (chociażby znęcających się nad innymi lub zwierzętami) nie znoszę.

  • Ach, czyżbym znalazła mój wymarzony wolontariat?
    Bardzo się cieszę, że coraz więcej osób porusza ten temat i robi się o nim naprawdę głośno. Ze wstydem myślę, że jeszcze kilka lat temu problem był mi zupełnie nieznany, a zdjęcia z osobami na słoniach tak, egzotyczne, ale takie zupełnie typowe. Jestem bogatsza o wiedzę, którą noszę dzisiaj w głowie.
    Mam skrytą nadzieję, że kiedyś sama będę mogła opisać moje doświadczenie po wizycie w sanktuarium słoni. Co jak co, ale pozycja powędrowała wysoko na bucket liście:)

  • Ja mam mieszane uczucia co do takich miejsc, ale z drugiej strony właśnie tak jak mówisz, ten słoń zginąłby w dziczy bardzo szybko. Osobiście jestem wyczulona na punkcie wykorzystywania zwierząt, nic mnie nie doprowadza do płaczu (no, może jeszcze sterta garów) jak los zwierząt. Bardzo nie lubię ludzi jako gatunku panów, mam ogromną nadzieję, że kiedyś za to porządnie zapłacimy. Ale nie trzeba jechać do Tajlandii aby się o tym przekonać, bo niestety gorsze rzeczy dzieją się na co dzień w każdej rzeźni. I dopóki będziemy w ogóle zwierzęta zjadać, tak samo długo będziemy je wykorzystywać do innych prac.
    A teraz poważnie chce mi się ryczeć, bo się nakręciłam :p
    Piękne zdjęcia!

    • Marina, imo to jest po prostu „mniejsze zło”. Tzn. te rezerwaty nie są złe, ale wiadomo, że nie są rozwiązaniem idealnym bo słoń (jak i reszta zwierząt) powinien żyć na wolności. Doskonale zdaję sobie sprawę z sytuacji – chociażby koni nad Morskim Okiem – czy zwierząt przeznaczonych na ubój / produkcję jaj, mleka. Wiem, że jesteś weganką, więc z pewnością wiesz na ten temat więcej i reagujesz na te kwestie intensywniej niż większość ludzi. Mogłabym o tym wszystkim wspomnieć, ale nie jest to jednak tego typu blog, a wiem, że sporo osób wciąż rozważa jazdę na słoniu jako rozrywkę na wakacjach. Liczę jednak na to, że ziarnko do ziarnka… i kiedyś ludzie będą jeszcze bardziej świadomi niż są teraz.

      • No tak, ja nie mam na myśli negowania wszystkiego i nawracania ludzi, nie moja sprawa. I to jest strasznie super, że też w jakiś sposób nagłaśniasz problem i otwierasz oczy, wiadomo. Tak jak mówisz, to wszystko ma sens, chociaż może się wydawać, że jedna osoba jest zbyt słaba, propsy propsy!!

  • Twój opis mi wystarczył, nie dalam rady odpalić video… :( Niedawno TripAdvisor usunął z bazy miejsc te, gdzie wykorzystywane sa zwierzęta, ale to kropla w morzu potrzeb, by zwiększyć świadomość.
    Piękne to miejsce, pięknie opisanie! Słoniątko mnie wzrusza, ale wzrusza mnie tu też opiekun- kolejny powód, by wybrać się do takiego schroniska. Oj chciałoby się porozmawiać z takim człowiekiem, chciałoby się to wszystko spisać…

    • Jola, to świetna wiadomość z tym TA, chociaż tyle!
      A propos rozmów, ja też żałuję że nie mieliśmy czasu aby zagłębić się w temat bardziej. Poza tym dopiero po powrocie zauważyłam, że osoby publikujące (dziennikarze, blogerzy) mogą umawiać się indywidualnie. Mam wrażenie że tylko dotknęliśmy czubka góry lodowej, ale naprawdę ciężko jest to wszystko pogodzić, gdy na wyjazd ma się naprawdę niewiele czasu.

      • Znam to uczucie! Nawet po kilku miesiącach w Indonezji czułam, że wracam z niczym. Że tylko ‚liznęłam’ kilka tematów, a w żaden nie udało mi się zagłębić.
        Wiecie, po co wrócić! :)

  • ach, Chiang Mai! w zeszłym roku zakochałam się w słoniach podczas wizyty w podobnym sanktuarium w Malezji. słyszałam o możliwości odbycia dłuższego wolontariatu właśnie w sankturaium w Chaing Mai, i o ile do Tajlandii samej w sobie nie ciągnie mnie w ogóle, tak te słonie nie dają mi spokoju. czy wiesz coś może o takiej możliwości? nie miałam już dzisiaj siły na czytanie całego Twojego wpisu, zrobię to jutro – jeśli odpowiedziałaś na to pytanie w tekście, to wybacz ;)

    • Tak, jest taka opcja! Sanktuaria ciągle poszukują wolontariuszy, więc szansa na zaczepienie się jest bardzo duża :-)

  • Bardzo żałuję, że nie dotarłam do tego miejsca, ale przyznaję, że chętnie bym tam pomogła. Nie wiecie jak wygląda praca wolontariuszy w takim sanktuarium? Dla mnie widok słoni uczepionych na krótkich łańcuchach w Phuket, czy trekingi na słoniach w Koh Lancie były aż przerażające. Serce mi się krajało gdy widziałam te piękne zwierzęta tak zniewolone (tym bardziej, że miałam widok z filmu przed oczami). Próbowałam przekonać znajomych, aby darowali sobie przejażdżkę na słoniu, ale ich nie ruszały moje argumenty. Ostatecznie skończyło się na tym, że z trekingu wrócili źli i zawiedzeni, bo było ciasno, niewygodnie, śmierdziało i nie mieli żadnej frajdy z przejażdżki itp. Mam nadzieję, że będą mówić o tym dalej.

    • Ola, zajmujesz się przede wszystkim opieką nad słoniami – karmieniem, myciem, możesz pomagać przy organizacji wycieczek do campów, uczyć dzieci z lokalnej wsi języka angielskiego, pomagać opiekunom w pracy itp. Myślę, że to tego typu miejsce, w którym ręce do pracy ZAWSZE będą potrzebne. Brawo za postawę, mam nadzieję że z każdym rokiem będzie nas więcej <3