Azja Fotografia Podróże Tajlandia

Pojedynek gigantów. Ayutthaya vs Sukhothai

Wracamy do Tajlandii. I od razu cieplej się robi człowiekowi na serduszku. Wpisy z Ayutthai i Sukhothai miały tworzyć dwie odrębne całości, ale biorąc pod uwagę liczbę posiadanych zdjęć, zdecydowaliśmy się zamknąć miasta w jednym wpisie. Porównanie obydwu miejsc samo pcha się do głowy, więc zanim dowiecie się, które z nich zajęło miejsce na podium, powinniście wiedzieć, że Piotrek do tej pory nie może się nauczyć, że Ayatthuya (przyp. red. miejsce, które nie istnieje we Wszechświecie) to nie Ayutthaya.


Na samo wspomnienie czuję na karku palące promienie południowego słońca i przypominam sobie, z jakim trudem przychodziło nam robienie zdjęć czy pozowanie. W konsekwencji wyszło jak wyszło. Nie jesteśmy szczególnie zadowoleni z efektu, bo światło w okolicy południa jest bardzo płaskie, a temperatura powietrza była tak wysoka, że jedyną pozycją w jakiej byliśmy stanie pozować do zdjęć była „na żołnierza”, czyli właściwie żadna. Nie zdjęcia są tu jednak najważniejsze, a miejsca, które odwiedziliśmy.

P1800115

Nie będę opisywać żadnej ze świątyń z osobna. Przede mną zrobiło to wielu blogerów, a moje siły mentalne wyczerpały się na wpisie z Angkor Wat.

Ayutthaya i Sukhothai to bardzo dobra opcja na jednodniowy wypad, zwłaszcza jeśli zaczynasz mieć poczucie, że zwiedzanie Bangkoku staje się męczące.

Ayutthaya

Fakty: miasto założone w połowie XIV r., druga stolica Syjamu (dawna nazwa Tajlandii funkcjonująca do 1949 r.), w okresie rozkwitu zniszczone przez birmańską armię. Obecnie ruiny rozrzucone po mieście, wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

P1790179-horz

P1790651

P1790746

Wat Lokkayasutharam

Na przestrzeni lat, w teren starożytnych świątyń naturalnie wkomponowały się budynki mieszkalne, sklepy i restauracje, czyniąc je, przynajmniej na pierwszy rzut oka,  mniej atrakcyjnymi niż Sukhothai.

P1790716-horz

Wat Phra Si Sanphet

P1790847-horz

P1790641-horz

Dociera tu niemal każdy, kto odwiedza Bangkok. Godzina drogi od miasta, a dojazd vanem ze stacji autobusowej to koszt kilku złotych. Nic więc dziwnego, że od rana kręci się tu całkiem sporo osób. W związku z uhonorowaniem pamięci zmarłego króla Bhumibola, opłaty wstępu, m.in. do Aytutthai i Sukothai, zostały zniesione do 31.01 br, więc na teren ruin dostaliśmy się za darmo.

Jeśli chodzi o poniesione koszty, Ayuttaya wymaga większych nakładów finansowych ze względu na duże odległości pomiędzy watami. Oczywiście można się uprzeć i wszystkie najciekawsze miejsca zwiedzić na rowerze, ale jeśli nie mamy tyle czasu lub pary w nogach, konieczne będzie skorzystanie z tuk-tuka. Konkurencja jest tu o wiele mniejsza niż w Bangkoku, więc i ceny z wliczonym podatkiem od turysty automatycznie idą w górę.

P1790462

Wat Mahathat i zaginiona głowa Buddy. Znajdziecie ją po dużym tłumie ludzi i ogrodzeniu otaczającym drzewo w które wrosła.

P1800095

P1800138-horz

Wat Yai Chaya Mongkol

Nie jestem zwolenniczką suchych relacji, więc z rękawa wyciągnę jedynego asa, który zachował nam się z pobytu w Ayutthai. W końcu nic tak nie ubarwia opowieści jak anegdoty.

Tego samego dnia, godzinę przed wyjazdem do Ayutthai, oddaliśmy swoje rzeczy do pralni zlokalizowanej na tyłach hotelu tuż obok guesthouse’a, w którym zatrzymaliśmy się na samym początku pobytu w Bangkoku. Pralnia była czynna do 20.00, a nam przeraźliwie zależało na tym, aby odebrać pranie o czasie, bo następnego dnia o świcie mieliśmy lecieć do Sukhothai. Bez czystych gaci trochę słabo, bo jedna para majtek na kilka tygodni to tak jakby ciutkę za mało.

W drodze powrotnej z Ayutthai kierowca wysadził nas o wiele dalej niż na dworcu, z którego ruszaliśmy rano. Na zegarze było już grubo po 19.00, a, jak na złość, żadne łapane po drodze taxi nie chciało nas podwieźć w pobliże Khao San Road przy której mieściła się nasza pralnia. W pośpiechu ruszyliśmy na stację kolejową, ale pomyliliśmy piętra i środki transportu. Gdy dotarliśmy do właściwej budki i już mieliśmy przekraczać bramki, okazało się, że Piotrek kupił tylko 1 bilet na przejazd. Z bramek cofnęliśmy się po drugi bilet, ale pan z okienka powiedział, że nie sprzeda nam biletu i że najpierw musimy rozmienić pieniądze, a później wymienić je na żeton w biletomacie. Po dotarciu do końcowej stacji Pattaya Thai udało nam się znaleźć chętnego taksówkarza, oczywiście po słusznej i niesprawiedliwej cenie. Czy mieliśmy wybór albo czas na targowanie się? No właśnie nie bardzo, bo gacie czekają. W drodze na Khao San, główna ulica w Bangkoku zakorkowała się niemiłosiernie. Wykorzystując ostatnie bahty na lokalnej karcie SIM i 5% baterii w telefonie, dodzwoniliśmy się do naszego pierwszego guesthouse’a obok pralni z ogromną prośbą o wstrzymanie pani od prania przed wyjściem o 20.00. Właścicielka guesthouse’a powiedziała, że bardzo chętnie, ale zaraz potem przeprosiła tłumacząc, że akurat nie ma jej na miejscu, bo pojechała odwiedzić córkę. W pośpiechu zadzwoniliśmy do hotelu obok, nie mogąc przed dłuższy czas wygooglać działającego numeru do recepcji. Po kilku próbach odebrał pan i poprosił o numer kwitku z pralni. Z nerwów nie mogłam go znaleźć, zaczęłam sapać w słuchawkę i prosić żeby zatrzymał panią z pralni, bo my bez gaci naprawdę sobie nie poradzimy. Oprócz gaci czekało też na nas kilka par spodni i t-shirty. Literalnie było tam wszystko, choć bielizny najwięcej. Chwilę potem telefon umarł. Kierowca taksówki wysadził nas spory kawał drogi od pralni, więc sekundę po uregulowaniu rachunku ruszyliśmy z kopyta w kierunku Khao San. Dawno nie biegłam tak szybko. Dawno nie biegłam tak szybko w japonkach. Po drodze zdążyłam złapać zadyszkę i prawie się wywalić, ale misja zakończyła się sukcesem. Majtki zostały uratowane i poleciały z nami na północ do Sukhothai.

P1800107-horz

Sukhothai

Pozostałości po pierwszej tajskiej stolicy Sukhothai, podobnie jak w przypadku Ayuttayi, wpisano na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Po mieście funkcjonującym między XIII a XV wiekiem pozostał dość dobrze zachowany kompleks świątyń, zlokalizowany kilkanaście kilometrów od nowej części miasta. Po przylocie na niezwykle urocze, maleńkie lotnisko z zadbanym ogródkiem, równo przystrzyżonym żywopłotem i sadzawką, podjechaliśmy do stacji autobusowej z której można złapać songthaew kursujący do starego Sukhothai. Pod kątem wygody podróżowania, Tajlandia zdumiewa do kwadratu. Nigdy bym się nie spodziewała, że za 10 BHT (1.16 zł) będziemy mogli zostawić plecaki na tyłach czyjejś prywatnej kuchni, a kilka kroków dalej w jednej z lokalnych wypożyczalni za 30 BHT (3.50 zł) wynająć rowery na cały dzień.

P1800496

P1800375

Wat Mahathat

P1800339-horz

W przeciwieństwie do Ayutthai, teren kompleksu w Sukhothai jest dość dobrze odgrodzony, stanowi odrębną całość i nie miesza się z przypadkowymi budynkami w okolicy. Wewnątrz zadbane alejki poprzecinane sztucznymi stawami i basenikami na których kwitną lilie wodne plus niemal 40 watów w niezłym stanie. Pomimo palącego słońca i skwaru, rowerową przejażdżkę w cieniu mijanych drzew, przerywaną lekkimi podmuchami wiatru w twarz, wspominam z błogością. Większość watów zlokalizowanych jest wewnątrz parku, ale kilka ciekawych obiektów leży poza jego granicami. Warto wycisnąć ze swoich dwóch kółek absolutne maksimum i wypedałować swoje.

P1800332

P1800338

P1800381-horz

P1800394-horz

Phra Attharot

W ciągu całego dnia zwiedzania kilka razy minęliśmy się z ekipą telewizyjną, na którą składało się kilka fantazyjnie ubranych dziewczyn (makijażystek), kolega w kolorowych rajtuzach podobny do Freddy’ego Mercurego (stawiam na stylistę), przystojny prowadzący w stylówce „na Indianę Jonesa” i operatorzy kamery. Po kilku przywitaniach i pożegnaniach nie wytrzymałam i zapytałam, skąd są i co tu właściwie robią. Podobno prowadzą bardzo popularny w sieci program podróżniczy i aktualnie podróżowali po Tajlandii, przygotowując serię dokumentów. Spotkaliśmy takie sławy, niemalże byliśmy już z nimi „na ty”, a nie zachowało się żadne zdjęcie, bo wszystkie wyszły rozmazane.

P1800401

P1800377-horz

P1800382

P1800413-horz

Wat Si Chum. Świątynia leży poza granicami parku historycznego, ale warto się wysilić, aby do niej dotrzeć. Budda jest PRZEOGROMNY.

P1800428-horz

Wspinaczka po wzgórzu prowadzi do Wat Saphan Hin, widoki na okolicę gratis

P1800694-horz

Po lewej: Wat Sorasak

P1800406

W drodze powrotnej udało nam się dość sprawnie załadować do pojazdu kursującego w przeciwną stronę. Natomiast w trakcie oczekiwania na popołudniowy autobus do Chiang Mai okazało się, że dworzec to doskonałe miejsce do wyłapywania smaczków fotograficznych. Koniec końców okazało się, że mamy z niego tyle samo zdjęć, co z całego Sukthothai. Swoją drogą zdążyłam się ucieszyć, że wpis już gotowy, a zagwozdka ze wstępu nie została rozwiązana. Jeśli ktokolwiek stanie przed wyborem „Ayutthaya czy Sukhothai” i nie będzie miał szansy na to, aby wpaść i tu, i tam, zdecydowanie the winner is: Sukhothai.

P1800699

P1800720

P1800722

P1800729

P1800726

P1800728-horz

P1800723

P1800743

P1800748

P1800734

P1800735

P1800759

 

P1800453

P1800753
P1800755-horz

A propos smaczków… w kolejnym wpisie, tym razem już z Chiang Mai, będzie ich sporo. W końcu głównie po smaczki uczęszcza się na lekcje gotowania, podczas których okazuje się, że pad thai to teoretycznie jedno z najprostszych i najtańszych dań świata, a w Warszawie krzyczą sobie za nie nawet do 40 zł. Już my Was nauczymy gotowania, nicponie.

  • Wproszę się kiedyś zatem do Was na pad thaia jak będę w Wawie, mogę? :D
    Gaciowe story, gać-run-japan, propsuję bardzo. Uwielbiam takie historie. Czekałam już po spojlerze na fejsie.
    Sukhothai – wiadomo, że winner – ja to wiedziałam już po zdjęciach, a dopiero potem doczytałam :D

    • Wpadaj! Tylko najpierw musimy się nauczyć go robić, hehe. Tzn. nauczyliśmy się na kursie i mamy instrukcję, ale jeszcze nie próbowaliśmy w polskich warunkach ;)

      • Możecie poćwiczyć na mnie :D

  • więcej takich anegdotek poproszę. :D

    a co do pad thaia – kiedyś już wam chyba komentowałam, że zawsze drę lekką beczkę z osób, które te 4 dyszki za to w PL wydają. ą,ę. :P

    • Tak, pamiętam! Ja na szczęście pierwszy raz spróbowałam pad thaia dopiero w Tajlandii, ale teraz tym bardziej nie zjem go w knajpie. BES PSZESADY.

  • Tak sobie myślę- a nie byłoby wam taniej po prostu kupić nowe gacie? Pewnie jakieś made in Bangladesz powinny tam kosztować 50 groszy maks.
    Coś tam ze zdjęć też wyszło, nie ma tragedii :)

    • Pal licho gacie! Ja majtki miałam na myśli :D a na bazarach nie widziałam, raczej tylko spodnie, spodenki i spódnice. Nie wiem, może bardzo przywiązałam się do swoich i nie chciałam zostać w jednej parze przez kolejne 2 tygodnie ;)))