Azja Fotografia Podróże Tajlandia

Phuket. Wyspa marzeń

PROMOCJA: jeden z najchętniej wybieranych kierunków osób, które cenią sobie błogi spokój znów dostępny! Egzotyczne wyspy Phi Phi oraz Phuket czekają! Dobra zabawa z wypoczynkiem na przepięknych plażach w otoczeniu tajskiego klimatu. Brzmi cudownie? Lazurowe wody otaczające wyspy sprawią, że będziecie chcieli tam wracać co roku!


Szukasz pomysłu na jesienno-zimową eskapadę? Chcesz uciec od wszechobecnych mrozów i minusowych temperatur? Nie czekaj, rezerwuj! Tajska wyspa Phuket podaruje Ci to, co w raju najlepsze. Bezludne i zadbane plaże, krystalicznie czysta woda, błogi spokój i satysfakcja z wypoczynku. A wszystko to na wyciągnięcie ręki. Trąba ten, kto nie skorzysta z naszej wyjątkowej oferty!

P1780304

P1770765

P1780272

P1790025

P1790023

Oczekiwania vs rzeczywistość

Opowieść rozpocznę od naszego małego wewnętrznego żartu. Dlaczego, do diaska, na tym Phuket w ogóle się znaleźliśmy? Przyczyna jest bardzo trywialna. Kojarzycie te wszystkie piękne, oczyszczone w fotoszopie zdjęcia które np. takie Fly4Free regularnie wrzuca na swoim fanpejdżu przy okazji promocyjnych biletów na największą i najpopularniejszą z tajskich wysp? Tak się bowiem składa, że Piotrek dość intensywnie się na punkcie Phuket zafiksował „bo wyspy takie ładne”, „bo woda taka czysta”, „bo łódki takie kolorowe”…

Do tej pory nie wiem, dlaczego w głowach nie zapaliła nam się czerwona lampka „Alarm! Uwaga, to pułapka. PUŁAPKA!”. Tak samo jak wielu osobom nie zapala się gdy przed wyjazdem przeglądają Google Images, tak samo i nasza miała zwarcie podczas planowania trasy podróży przez Tajlandię.

Co więcej, dodam że i ja przyklasnęłam tej idei.

Nie lubimy plażowania, ale może trzy dni w raju będą całkiem fajne? Odpoczniemy na zapas, pobujamy się na hamaku, poczytamy książkę na plaży…

Taka figa. Kolejna blogowa przestroga: nigdy stuprocentowo nie ufajcie relacjom blogerów. Piszę to z pełną świadomością jako autorka bloga (chyba nigdy nie przyzwyczaję się do nazywania siebie ‚blogerką’). Wspomnienia i relacje są tak bardzo subiektywne, że czasami mogą zwieść czytelnika na manowce. Rada? Dopóki nie wyjedziesz, nie miej oczekiwań i wyrób sobie własne zdanie na miejscu. Podobnie było i ze mną. To że Piotrek naoglądał się mnóstwa fejkowych zdjęć to jedno, drugie – ja przeczytałam obszerną relację na jednym z polskich blogów, której autor wychwalał plaże Phuket pod niebiosa. Co gorsza, zdjęcia też nie wskazywały na to, że Phuket będzie jedną wielką pomyłką. Myślałam że przechytrzę system rezerwując nocleg daleko od wyspiarskiej kolebki turystyki – plaży Patong. Spokój, piękna plaża, istny raj.

Zdecydowaliśmy się na nocleg w okolicy plaży Bang Tao. Spokój był, a i owszem. Tak przejmujący, że po 18.00 w wiosce gasły światła, a życie zamierało. W okolicy było może kilka na szybko skleconych sklepików spożywczych i rodzinnych barów, lecz przez większą część dnia przybytki ziały pustką. Jedyną atrakcją była plaża, która nie okazała się być ani wyjątkowa, ani pusta. Przy czym 1/3 jej powierzchni zajmują hotele dla białych turystów z nadwagą funkcjonujących według schematu plażing-jedzenie-drink-plażing-drink-jedzenie.

P1770748

P1770749

P1770753

P1780162

P1780163

P1770814

P1770774

P1770757

P1770760

P1780436

P1780438

Plaża znudziła nam się po pierwszym dniu, na szczęście w jednym z lokalnych biur podróży na następny dzień rano zabukowaliśmy jednodniową wycieczkę na wyspy Phi Phi i Maya Bay. Napisałam „na szczęście” bo wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, co nas czeka i żyliśmy w przekonaniu, że wszystko będzie lepsze od tej jednej plaży.

Phi Phi & Maya Bay

Wspominałam już że nie znosimy zorganizowanych wycieczek? Chryste, jak my ich nie nawidzimy. Na samo wspomnienie czuję ból rozdzierający moje nierówno bijące serce. Gdyby ktoś sfotografował nasze miny po dotarciu do „bazy” – biura jednej z firm wycieczkowych znajdujących się tuż przy porcie, a następnie wrzucił je na Facebooka, wszyscy, jak jeden mąż, oznaczylibyście je reakcjami „przykro mi”.

Kierowca dowiózł nas na miejsce z którego mieliśmy wyruszyć szybką łodzią motorową. Na to miejsce składały się następujące elementy: 30-40 jazgoczących turystów w strojach kąpielowych, stolik kawowy z przekąskami, wieża z muzyką disco i dwóch na siłę zabawnych przewodników. A potem było już tylko gorzej.

P1780177

Jeszcze przed startem proszono nas o sfotografowanie się w porcie i wypełnienie informacji na swój temat na wypadek gdybyśmy z wycieczki mieli już nigdy nie wrócić. Byliśmy jednymi osobami, które zdjęcia sobie nie zrobiły. Piotrek nawet chciał, przebąkiwał coś, że może powinniśmy, ale poziom mojego wku,ekhm,rzenia był już niebezpiecznie wysoki, więc szybko doszedł do wniosku, że nie warto mnie przekonywać.

P1780183

P1780196-horz

P1780187

P1780193

P1780192

P1780198

P1780267

Po około 45 minutach od startu dotarliśmy do pierwszego przystanku wycieczki, Phi Phi Ley. Na dobry początek Monkey Beach. z plażą miało to niewiele wspólnego, ale rozumiem że ktoś mógł nie znać angielskiego. Beach i bay to dla niego to samo, bo obydwa słowa zaczynają się na „b”. Małpy były, wszystko zgodnie z prawdą. Chodziły po kamiennej ścianie, wspinały się po gałęziach, a kilka najbardziej ciekawskich wskoczyło na dziób łodzi. Jak na zawołanie, z kilku najbliżej stojących osób wydobyły się piski i wrzaski. Małpa fajna, byle z daleka. Małpy więc przegoniono, ale zanim uciekły z powrotem, zdążyły obdarzyć wesołą wycieczkę bardzo wymownym spojrzeniem. Dobrze wiem, o czym myślały. My zastanawialiśmy się dokładnie nad tym samym – Czy większe małpy siedzą na tych skałach czy na naszej łodzi?

P1780201

P1780202

P1780212

Kolejny przystanek Loh Samah Bay i Pileh CoveEnjoy snorkeling and feeding fishes, zachwala ulotka reklamowa. Chyba Ty. Znowu jako jedyni zostaliśmy na łodzi, podczas gdy paręnaście osób pluskało się w płytkiej wodzie podglądając dno. Po raz pierwszy usłyszałam wtedy pytanie od przewodnika, które podczas całego dnia padło jeszcze kilka razy. – Are you feeling OK? Powinnam była zacytować wtedy klasyka (Pulp Fiction) – Panie, I’m pretty fucking far from OK. Nie widzisz jak dobrze się tu bawię? Do tej pory nie wiem, jaką minę miałam podczas wycieczki, ale podejrzewam, że coś pomiędzy smutkiem, a zbieraniem się na wymioty. Z żalu, bo choroba morska się mnie nie ima.

P1780244

P1780241

P1780245

P1780226

P1780259

W końcu dotarliśmy TAM. Do zatoki Maya Bay, tam gdzie 17 lat temu Leonardo Di Caprio we własnej osobie pojawił się na planie filmu The Beach. W filmie Maya Beach oczywiście była zupełnie inną plażą niż ta, z której Leo dostrzegł nieistniejącą tytułową wyspę. Właściwie to nie miał prawa jej dostrzec, bo wedle opisu wyspa powinna znajdować się po przeciwnej stronie Ko Phi Phi Lee, więc nie mógł widzieć na horyzoncie czegoś, co w teorii miał za plecami. Zostawmy jednak szczególiki, bo rajska plaża Maya, choć piękna, rajską wcale nie była. Chyba że raj wygląda tak, że co pół godziny dopływa do niego kilka łodzi z którego wysypują się turyści z wielkimi brzuchami i nadwagą, a później kolejni, kolejni i kolejni. Gdyby tylko wprowadzono jakieś limity, cokolwiek, co sprawiłoby że plaża nie była by tak zatłoczona, to miejsce mogłoby być naprawdę szalenie atrakcyjne. Jestem jednak pewna, że tak raczej nie stanie się nigdy.

P1780277

P1780313

P1780338

P1780340

P1780346

P1780301

P1780307

Zdjęcie pozowane. Pokaż wszystkim jak bardzo cieszysz się że tu jesteś.

P1780357

P1780352

P1780356

P1780365

Później, programowo, obiad w wielkiej stołówce na wyspie Phi Phi Don. Wyspa to jeden wielki hotel, nie dość że mała to jeszcze okrutnie zawalona przybytkami dla turystów. Hotele, sklepiki ze słabymi pamiątkami, bary przy plaży i panie oferujące masaż tajski. Ratunku.

Ostatni przystanek – wyspa Koh Khai Nok. Jeszcze przed opuszczeniem łodzi usłyszeliśmy że na wyspie znajduje się tylko bar, więc można napić się whisky, zrelaksować i nacieszyć słońcem. Panie, pić whisky o 15.00, gdy słońce najmocniej daje w czerep? Doprawdy, wyborny pomysł. Poszwędaliśmy się po wyspie, sfotografowaliśmy kilka osób i modliliśmy się o powrót. Nie śmieliśmy nawet siadać przy barze bo za sam stołek płaciło się tyle, co za 5 obiadów w Bangkoku.

P1780387

P1780381

P1780392

P1780388

P1780395

P1780386

P1780389

P1780404

P1780418

P1780421

P1780417

Zmordowani „rajską” wycieczką postanowiliśmy skorzystać z jedynej atrakcji – przejść się na plażę. Znowu. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu plaża zniknęła. Tam, gdzie jeszcze dzień wcześniej był piasek, tam teraz woda sięgała po uda. Z braku laku wdarliśmy się więc na teren jednego z hoteli, w którym przebywała akurat grupa polskich turystów. Akurat gdy czekaliśmy na zakończenie timelapse’a zachmurzonego nieba, podszedł do nas Niemiec i zapytał skąd jesteśmy. Słysząc jak dzień wcześniej Polacy wyśmiewają się ze sprzedawców na lokalnym targu, było nam okropnie wstyd przyznać, że sami z Polski jesteśmy.

Po odwiedzeniu zalanej Bang Tao wróciliśmy do pokoju oglądać tajską telewizję z przystankiem na przemiłą rozmowę z właścicielką niewielkiej pracowni malarskiej Chilli Art Gallery. Był to chyba najjaśniejszy punkt całego pobytu na Phuket. Rozmowa z miłym, interesującym człowiekiem. Czasem naprawdę niewiele trzeba.

P1780006

P1780018

Ostatni dzień na Phuket sponsoruje słówko „agonia”. Rano postanowiliśmy dać plażom jeszcze jedną szansę. Skoro Bang Tao jest takie sobie, sprawdźmy kolejną najbliższą plażę Surin. Pomijając, że zrobiliśmy duże koło i szliśmy do niej godzinę zamiast 15 minut, na miejscu zastaliśmy jeden wielki śmietnik i Tajów obsługujących białasów. A może mata do siedzenia, a może masaż, a może woda z kokosa? Zachciało nam się płakać, bo nigdy dotąd nie zobaczyliśmy tak widocznego podziału ludzi na skromnych, ubogich i usługujących oraz na bogatych, leniwych i pyskatych.

P1790020-horz

P1790031

P1790019

P1790037

Biegiem wróciliśmy do pokoju, zamówiliśmy taksówkę na lotnisko i ostatnie pół dnia na Phuket spędziliśmy w pokoju. Piotrek przeglądał zdjęcia, a ja poszłam spać z nadzieją gdy już się obudzę to będzie 16.00 i podjedzie po nas samochód.

Jak bardzo miejsce musi być złe, skoro zamiast zwiedzania świadomie wybierasz spanie i nieopuszczanie pokoju?

Chyba żaden dotychczasowy wyjazd nie wymęczył nas psychicznie tak bardzo jak trzy dni spędzone na Phuket. Po powrocie do Bangkoku ustaliliśmy zgodnie, że wymazujemy tę część naszego życia z pamięci tuż po publikacji postu na blogu. Postanowiliśmy też – nigdy więcej rajskich plaż. Chyba, że przelotem, bo akurat będą po drodze. Lecz nigdy więcej świadomie przy plażach zatrzymywać się nie będziemy. Wystarczyło nam to, czego doświadczyliśmy.

Wyspo Phuket, dziękujemy za uszczerbek na zdrowiu, czasie i portfelu.

 

Passengers with destination to hell

please proceed to your gate,

we are ready to board now.