Azja Fotografia Podróże Tajlandia

Khao Luang. Jaskinia światła

Tam gdzie małpy dziko hasają, tam gdzie wzrok turysty nie sięga, tam gdzie dżungla z miastem wygrywa, skromna i trochę jak gdyby zapomniana przez świat, krasowa jaskinia Khao Luang się ukrywa.


Dwa lata temu moja dobra koleżanka Marta zaprosiła kilka prsób na pokaz zdjęć ze swojej podróży do Azji Południowo-Wschodniej. Pamiętam, że w momencie gdy Marta z wypiekami na twarzy pokazywała kolejne fotografie, pomyślałam sobie:

Jeeezu. Czy ja kiedykolwiek w życiu pojadę do tej Tajlandii?

Pytanie dość naiwne, ale wtedy byliśmy jeszcze grubo przed pierwszą dłuższą podróżą do Brazylii, a ja z trudem ciułałam grosz do grosza ze swoich pierwszych skromnych wypłat. Jakiś czas po pokazie slajdów, Marta wrzuciła na bloga kilka krótkich relacji z wyprawy. A jeden z wpisów dotyczył miejsc w Tajlandii, które bardzo chciałaby zobaczyć na własne oczy, ale nie miała ku temu okazji. Wśród załączonych zdjęć wypatrzyłam m.in. dwa – jaskinię Phraya Nakhon oraz jaskinię Khao Luang. Od tej pory bardzo zapragnęłam odwiedzić Tajlandię, a obrazki z obydwu jaskiń wdrukowały się w mój mózg. Minęły 2 lata, aż tu nagle, pewnego brzydkiego lutowego wieczoru w sieci pojawiła się bardzo atrakcyjna promocja na listopadowy lot do Bangkoku. Proszę bardzo. Tajlandia znalazła nas sama, szybciej niż się tego spodziewałam.

Ostatecznie pierwsza ze wspomnianych jaskiń okazała się być bardzo nie po drodze naszej trasy po Tajlandii. Wielka szkoda, ale nie można mieć wszystkiego. Przynajmniej nie w 3 tygodnie. Jestem pewna, że jeszcze kiedyś do niej dotrzemy, natomiast nie ma co płakać – Khao Luang ma równie wiele do zaoferowania.

Jaskinia leży na obrzeżach miasta Phetchaburi w prowincji… Phetchaburi. Do miasta za grosze przetransportowaliśmy się busem z dworca południowego Sai Tai Mai. Wspominałam już, że Tajlandia to kraj w którym podróżuje się najłatwiej na świecie? Od punktu A do punktu B, bez wyjątków. Jeśli tylko się wahasz. po sekundzie, dosłownie znikąd, wynurza się ktoś z obsługi chętny do pomocy. Pyta gdzie się wybierasz i niemal za rękę prowadzi do kasy biletowej. Jakie to miłe i uwalniające uczucie, raz na jakiś czas wyłączyć mózg i dać się komuś poprowadzić. Busa do Phetchaburi znaleźliśmy równie szybko. W środku przesiedzieliśmy około 40 minut czekając na kolejnych pasażerów, a gdy busik się wypełnił – ruszyliśmy w drogę.

Po dwugodzinnej przejażdżce kierowca wysadził nas przy centrum handlowym Big C. Przez chwilę zastanawialiśmy się, co począć dalej, ale zanim na poważnie zaczęliśmy się martwić faktem, że w okolicy nie ma żadnego transportu poza prywatnymi samochodami na sklepowym parkingu, fizjologia zwyciężyła. Na wczesny obiad zjedliśmy mało smaczny pad thai w strefie restauracyjnej i wróciliśmy do punktu wyjścia. I cóż teraz począć?

Przy centrum handlowym rozłożył się mały bazarek, a przy bazarku stał tylko jeden zdezelowany songthaew (podpimpowany pick-up z dwoma rzędami ławeczek – jeden z podstawowych środków transportu publicznego). Kręciliśmy się w kółko jak smród po gaciach, w końcu zdecydowaliśmy – nie ma wyboru, dobijamy targu z dziadkiem za sterem blaszaka. Dziadek nie rozumiał po angielsku, więc wyręczył go jego kolega. Zrozumiał natomiast, ile mu zapłacimy gdy dowiezie nas do jaskini Khao Luang. I dobrze, bo był naszym jedynym ratunkiem.

P1770246

Khao Luang od Phetchaburi dzieli około pół godziny drogi. Wysiadamy z wehikułu i idziemy przed siebie ignorując zaczepki osób proponujących podwózkę samochodem. Spacer pod niewielką górkę zajmuje 5 minut, więc panie kochany – z czym pan do ludzi? No ale skoro w Zakopanem wielki problem stanowi dotarcie nad Morskie Oko o własnych siłach, może i tu trafi się frajer.

Aby zejść do jaskini, najpierw trzeba wejść po schodach. Tylko po to, żeby później po kolejnych schodach zejść na niższy poziom. Ma to sens.

P1770267-horz

Khao Luang dzielą dwie komory. W większej, pod stropem gęsto usianym stalaktytami, mieści się ołtarz główny od którego odbiega długi rząd pozłacanych pomników przedstawiających medytującego Buddhę. Nieco dalej, tuż przed wejściem do mniejszej komory rozłożył się kolejny Buddha, tym razem leżący. Oprócz tego wnętrze jaskini okala mnóstwo mniejszych figurek, czasem dziwacznych i zupełnie nie na miejscu. Bo co my mamy sobie myśleć o podróbce lalki Barbie na ołtarzyku? Że to jakieś lokalne bóstwo?

P1770265

P1770259

P1770274

P1770278

P1770360

P1770380

P1770378

P1770290-horz

P1770253

Największą atrakcją tego miejsca jest jednak światło. Gdy mamy wystarczająco dużo czasu, wczesnym rankiem można załapać się na ten magiczny moment, w którym światło słoneczne wpadające przez górny otwór jaskini rozświetla wnętrze dodając mu widowiskowego blasku. Rano to my dopiero wsiadaliśmy do busa, więc spektakl nas ominął. Na szczęście nie od parady jest bramka numer 2.  Gdy słońce wędruje po niebie, światło wpadające do jaskini zmienia położenie i w okolicy południa rozświetla boczną komorę. Prawdę powiedziawszy, nie mieliśmy o tym pojęcia, więc szczęściu możemy przybić piątkę. Zwłaszcza, że zazwyczaj w podróży prześladuje nas pech (a może to po prostu Piotrek), więc wyróżnienie doceniamy tym bardziej.

P1770343-horz

Kolejna dobra rzecz – przez pierwszą godzinę, nie licząc kilku modlących się osób, w Khao Luang nie było zupełnie nikogo. Wycieczka z Chin w formie kilkuosobowej dotarła dopiero później. Trochę nas powkurzała, ale właściwie to przecież nam i tak nigdzie się nie spieszyło. Ani dziadkowi, który czekał na parkingu. Na nas i na swoją wypłatę (najpewniej bardziej na to drugie).

Wycieczka robiła sobie sesję zdjęciową w kilkunastu konfiguracjach, jednak tytuł najpopularniejszej pozy bezkompromisowo zgarnęła poza „na wniebowstąpienie” – wyciąganie rąk w kierunku światła w bardzo pompatyczny sposób.

P1770300-horz

Standardowy czas zwiedzania jaskini to, szacuję, jakieś 30 minut. My wyszliśmy na zewnątrz po dwóch godzinach. Chyba nam się spodobało! Ciekawe czy czekającemu na nas kierowcy też. Choć on i tak nie mówił po angielsku, więc nie potrafił wyrazić swojej ogromnej radości.

P1770258

P1770327

P1770293

P1770331

P1770332

Zdjęcia z jaskini nie wyszły nam jednak po mistrzowsku. Dużo poszło do kosza, bo większość nieostra, poruszona i zamazana. Ogłaszam więc składkę na pełną klatkę (zabieg poetycki celowy). Wszystkie osoby czytające bloga proszone są o uiszczenie symbolicznej cegiełki na następujący numer rachunku bankowego… Dobra, z tą jałmużną to spróbujemy jednak następnym razem. Co nie zmienia faktu, że brak aparatu pełnoklatkowego z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej dotkliwy. Czy coś z tym zrobimy, czy wygramy w totolotka, a może Canon zgłosi się do nas z propozycją współpracy? O tym (nie) dowiecie się z następnego odcinka. Mamy jednak nadzieję że coś w tym roku się tej kwestii zmieni.

W drodze powrotnej na schodach wiodących do jaskini zrobiło się tłoczno. Już się obawiałam, że ich nie zobaczę… Ale są, to one – słynne małpki z Phetchaburi. Akurat trafiliśmy na moment sjesty i zabiegów higienicznych. Słodko. Do gustu przypadł nam szczególnie maluszek, który z pyszczka przypomina mi jednego polskiego YouTuber’a. Będę jednak na tyle dyplomatyczna, że nie wskażę którego, bo nie chcę podpaść. Ale podobieństwo, moim zdaniem, wręcz uderzające.

P1770389

P1770391

P1770417

P1770402

P1770403

P1770399

Wyprawa zajęła nam niemal cały dzień. Do Bangkoku wróciliśmy wieczorem, przy czym wieczór to pora umowna, bo zmrok zapadał już o 18.00. Z perspektywy czasu myślę że ten mały trip był jednym z najmilszych elementów całego wyjazdu. Odpoczęliśmy od tłumów i dotarliśmy do miejsca, do którego nie walą drzwiami i oknami tabuny turystów. A jest to przecież atrakcja turystyczna.

Mamo, tato – było naprawdę fajnie. Pozdrawiamy z wakacji!

Wakacje to dopiero się zaczną. Pełną gębą, bo w następnym wpisie polecimy na Phuket. W tym momencie pozwolę sobie dramatycznie zbudować napięcie: czy na Phuket będzie fajnie?

NIE.

 

  • Beata Szymańska

    Nie no ja Was uwielbiam <3 Twój styl pisania jest mistrzowski plus cudowne zdjęcia Piotrka i jestem w niebie <3

    • Dzięki Beata! Staramy się :P

      • Ja się nie staram. Ten dar spływa z niebios ;-D A tak na poważnie – jak będziemy mieć kiedyś drugi aparat to może będziemy wymieniać się rolami i robić zagadki: zgadnij, kto zrobił zdjęcia, a kto wpis na bloga (tips: po błędach ortograficznych będzie wiadomo, że Piotrek) <3

  • Wow, prześlicznie. A te zdjecia tu pokazane świetne są.

    Czemu zdecydowaliście się na Phuket?

    • Ah….nie pytaj :) Karolina zaraz pewnie zwali wszystko na mnie, że mi się zachciało zobaczyć raj na ziemii :D

      • Skoro prosisz :-) Marta, kojarzysz te ‚rajskie widoczki’ ze stockowych zdjęć na fly4free gdy dają promocje na Phuket? No to masz już odpowiedź. Biedny Piotr myślał że tak Phuket wygląda :-DDD (ale OK, moja wina tkwi w tym, że go nie powstrzymałam).

  • chcesz powiedzieć że te figury są oświetlone SŁOŃCEM? magia! bo to wygląda jak doświetlane lampami.!

    też zbieram na pełną klatkę. oj długo jeszcze ale już przynajmniej wiem co chce :)

    pół zdjęć podróżniczych to kobiety stojące jak flak z rozłożonymi ramionami :p ale nie ma tam energii – przynajmniej ja nie widzę :P

    • „chcesz powiedzieć że te figury są oświetlone SŁOŃCEM? magia! bo to wygląda jak doświetlane lampami.!”

      Co nie? :) Światło baaaardzo się tam odbijało miejscami. Przy obróbce miałem duży problem zejść z tych przepaleń mimo, że to RAWy.

      A co do pełnej klatki to kurde…nie ma dnia żebym nie przeglądał Allegro ( chyba rodzi się we mnie jakaś obsesja :P )

  • trochę się zawiodłam, że nie chcieliście mieć zdjęcia na wniebowstąpienie ;p za to zdjęcie Karoliny w promyczkach PETARDA :)
    lubię miejsca, trochę zapomniane, do których dociera mało turystów. może tylko tą lalkę Barbie można wyrzucić … :D

  • czad, to chyba najpiękniejsza jaskinia jaką w internecie widziałam. jeeezu. czy ja kiedykolwiek w życiu pojadę do tej tajlandii?

  • Haha, wiesz że ten komentarz był tak długi, że aż wpadł mi w moderację i dopiero teraz go widzę? Co do full-img, to ruletka. Raz działają, raz nie, ale nie mam serca żeby pozbyć się ich całkowicie. Trudno, najwyżej będą przeklinać bloga ;-) A tą przemową o pełnej klatce to myślę że nas przekonałaś. Piotrek cały czas bije się z myślami czy mamy zainwestować w pełną klatkę, a może w jakiś obiektyw do filmowania albo inny gadżet i pełna klatka, póki co, wygrywa w rankingu. Może jeszcze do końca roku uda nam się uskładać na jakąś dobrą używkę :-)

  • Paula, a jakiej Ty pełnej klatki właściwie używasz?

  • Przygnało mnie tu zdjęcie z Waszego funpage’a. Jak je zobaczyłam, byłam pewna, że to Batu Cave w Kuala Lumpur a tu taka niespodzianka! Przepięknie, chcę, chcę, chcę, a siedzę za biurkiem. :(

    • No proszę! A ja o Batu Cave nie słyszałam, dopóki wczoraj sobie nie wygooglałam. Wydaje mi się, że ta w Tajlandii jest bardziej magiczna, a przynajmniej bardziej dzika :) No i nie łam się, my też musimy odsiedzieć swoje za biurkami i tak jeszcze przez prawie 3 m-ce, zanim zza tych biurek się ruszymy. Life sucks (sometimes) ;)