Afryka Fotografia Maroko Podróże

Fez. Miłe złego początki

A miało być tak pięknie. Miała być słoneczna pogoda. Miał być powrót pozytywnych emocji, które sześć lat temu towarzyszyły mi podczas pierwszej podróży do Maroka. Zacznijmy jednak od początku. W ubiegłym tygodniu na kilka dni wyrwaliśmy się na północ Afryki, a nasza przygoda rozpoczęła się w Fezie.


Od razu uprzedzę, że za wydarzenia które miały miejsce, absolutnie nie obwiniam kraju. Obwiniam los, który postanowił nam dokopać jak nigdy wcześniej w życiu.

Maroko odwiedziłam 6 lat temu. To była moja pierwsza samotna podróż i pierwsza poza Europę. Pieniądze na wyjazd składałam rok, a w dniu wylotu nie liczyło się dla mnie nic innego. Objechałam wybrzeże i centralną część kraju, wróciłam z 40-stopniową gorączką, za to zakochana w Maroku na zabój. I od tej pory kraj ten darzyłam wyjątkowo silnym sentymentem. Być może nie byłam w swojej ocenie obiektywna, ale ogrom pozytywnych emocji towarzyszących mi podczas wyjazdu sprawił, że na wszystkie mankamenty odwiedzanych miejsc patrzyłam przez różowe okulary. Pomyślałam więc, że dobrze będzie wrócić do Maroka i pokazać Piotrkowi to, co zauroczyło mnie w mieście najbardziej.

Do Fezu lecieliśmy przez Modlin i Paryż, a w drodze powrotnej – przez Bergamo. Jeszcze na dwa tygodnie przed wyjazdem aura zapowiadała się znakomicie. Czyste niebo, mnóstwo słońca, 18-19 stopni Celsjusza. Nie przypadkowo wybrałam też taką datę wypadu do Maroka, gdyż w głowie mam sporo zimowych relacji przesyconych słońcem i wysokimi – jak na polskie warunki – temperaturami. Dlaczego więc tym razem miałoby być inaczej?

A jednak, było. Pogoda zepsuła się tuż przed wyjazdem i akurat na te 4 dni naszego pobytu aplikacja pogodowa w smartfonie zapowiadała deszcz. Dużo deszczu i temperatury nie przekraczające 10 stopni. Co więcej, usłyszeliśmy od znajomego, że w telewizji mówiono o anomalii pogodowej – jakoby w północnej Afryce, po raz pierwszy od dawna, spadł śnieg. I ten śnieg spadł, oczywiście, 20 km od Fezu. To na dobry początek.

Jak było dalej? Jeszcze lepiej. Na lotnisku postanowiliśmy wyciągnąć pieniądze na pobyt. Pierwszy bankomat wciągnął kartę na 5 minut, po czym po deklaracji kwoty którą chcemy wybrać, zawiesił się, poinformował o błędzie systemu i wyłączył. Drugi bankomat zadziałał bez problemu, ale wyrzucił informację, że na koncie nie ma wystarczających środków. Zalogowaliśmy się więc na nie przez aplikację w smartfonie i faktycznie – okazało się, że pierwszy bankomat zablokował nam kwotę 900 zł. Wyciągnęliśmy ostatnie 100 zł aby jakkolwiek zapłacić za taksówkę do medyny z nadzieją, że w najbliższy dzień roboczy bank zwolni blokadę na karcie i niewybrane pieniądze wrócą na konto.

P1870130

P1870139

P1870140

P1870149

P1870151

P1870152

Pokoje wynajęliśmy sobie całkiem zacne. Bardzo klimatyczne, w tradycyjnym, marokańskim stylu – jeden w darze, a drugi w riadzie. Dar (arab. dom) od riadu (arab. ogród) różni się tym, że w tym pierwszym mamy wewnętrzne patio, a w drugim w miejscu patio, przynajmniej w teorii, powinien znajdować się ogród. W praktyce wystarczy, że w patio w darze postawimy kilka doniczek i voila, mamy riad.

P1870701-horz

Gdyby tylko było lato, śniadanie na takim tarasie smakowałoby jak Najlepsze Śniadanie W Życiu.

P1870683

P1870685

P1870686

P1870253-horz

P1870277-horz

P1870284

P1870281

P1870290-horz

Dzień dobry państwu, jestem Lucie.

P1870175

Te zdjęcia są bardzo złudne, gdyż słońce pojawiło się na niebie tylko jednego dnia. Na 15 minut.

P1870688

P1870693

P1870689

W Maroku, zarówno w hotelach, jak i w domach prywatnych, nie funkcjonuje ogrzewanie centralne. Można się więc domyślać, że zimą za ciepło nie jest. Jedynym ratunkiem jest klimatyzacja, ale i ona często daje ciała. W przypadku pierwszego noclegu w darze skończyło się na leżeniu pod kołdrą w zimowej kurtce puchowej. A przypomnę, że byliśmy w Afryce.

Do Fezu dotarliśmy w czwartek przed północą, więc pierwszy dzień zwiedzania przypadł nam dość niefortunnie na piątek. Niefortunnie z tego powodu, że piątek w Maroku to dzień święty. Taka polska niedziela, tylko że świętsza x2. W związku z tym, większość straganów, knajp i miejsc turystycznych w medynie jest od południa zamknięta na cztery spusty. W konsekwencji niewiele zobaczyliśmy, za to mieliśmy sporo czasu aby kluczyć w plątaninie wąskich uliczek i zakamarków. Zwiedzanie medyny odbiliśmy sobie później, tak że podczas ostatniego dnia pobytu znaliśmy ją już niemal jak własną kieszeń.

P1860873

P1870008

P1870014

P1870049

P1870032

P1870053

Dziedziniec medresy Bou ‚Inania, XIV-wiecznej szkoły koranicznej o mauretańskim sznycie. Jedno z nielicznych miejsc sakralnych udostępnionych turystom. Piękne.

P1870047-horz

P1870129

P1870164

P1870165

P1870169

P1870176

P1870187

P1870220

P1870026-horz

P1870062-horz

P1870155-horz

P1870905-horz

P1870226-horz

P1870915

P1870923-horz

P1870947

P1870913

Słowo w sprawie feskich garbarni. Byłam tam w środku gorącego lata, jak i w środku deszczowej zimy i ani razu nie czułam tego straszliwego, opisywanego w wielu miejscach, smrodu, od którego więdną uszy i miękną kolana. W obu przypadkach poradziłam sobie bez gałązki mięty, za to widziałam wycieczkę z Chin z lubością niuchającą krzaczki i na tej podstawie dochodzę do wniosku, że więcej w tym sztuki dla sztuki, aniżeli odpowiedzi na prawdziwą potrzebę. Nie obawiajcie się więc zapaszku jak z warszawskiego metra, gdy do wagonu wsiada, co tu owijać w bawełnę, żul. Naprawdę nie jest źle. A jak trafić do tej najsłynniejszej, Chouara Tanner? Mówią, że trudno, a ja odpowiem – bardzo łatwo. Co krok wpada się na kogoś, kto zawoła za nami: – Tannery, mister? Tannery, madam? This way! Jak gdyby zakładali, że w Fezie to tylko jedną garbarnię warto zobaczyć, a potem można zawijać do domu.

P1870080

P1870075

P1870091

P1870079

P1870090

Kwestią nieprzesadzoną jest jednak wrodzona chęć targowania się Marokańczyków. Nawet nie zliczę, ile razy usłyszeliśmy propozycję kupna wełnianej narzuty na łóżko, dżelaby na zimę, skórzanej kurtki czy najlepszego na świecie haszyszu. Sprzedawca bananów na suku w Fezie zapytał nas na przykład: – And what do you think about flower power? My: – WTF? Na co sprzedawca: – I have the best hash in the city, my friend. If you smoke it, you’ll fly to Japan. 

I jak mówisz grzecznie, że nie, dzięki, nie palisz, skórzanych kurtek w kolorze limonki nie nosisz, a narzuta jest dwa razy większa od twojego łóżka, słyszysz w odpowiedzi – No push, no obligation. A sekundę później to samo. To może jednak kurtka albo torebka z wielbłąda?

Przy jednej z bram do medyny, w drodze na dworzec autobusowy, wpadliśmy na niepokornego osła. Prawdziwego buntownika, który wyzwolił się spod władzy systemu. Jednego dnia przeczesywał okolicę śmietników przy medynie, drugiego skubał trawę na szycie piętrzącego się nad Fezem wzgórza El-Qolia. Po wizycie na wzgórzu przeniósł się na jezdnię i zablokował ruch na drodze. Znalazło się nawet dwóch śmiałków na koniach, którzy próbowali zagonić osła w bezpieczne miejsce, ale skubaniec nie zamierzał się poddawać. Wtedy po raz pierwszy, na własne oczy, zobaczyliśmy jak wygląda kopnięcie osła. Aby zobrazować sytuację dodam tylko, że nie chciałabym być na miejscu jeźdźca, a tym bardziej konia, któremu groziła masakra łba, a w najlepszym przypadku – potężny krwiak.

P1870005

P1870221

P1870222-horz

Na wspomniane wzgórze wspięliśmy się także i my. Z planu złapania zachodu słońca nad miastem klasycznie nici. Złapaliśmy za to nadchodzącą burzę. Jak to mówią, biednemu (nomen omen) wiatr w oczy.

P1870192

P1870211

P1870212

P1870198

P1870193

P1870194

P1870216

P1870215

Najjaśniejszą częścią pobytu w Fezie było natomiast jedzenie. Gdyby nie ono, kto wie co by się z nami stało. Pewnie na dobre stracilibyśmy wiarę w sens podróżowania. Na naszym TOP 3 uplasowały się następująco: wszelkiej maści placki i naleśniki z dodatkiem serka topionego i miodu, soczyste i pachnące latem mandarynki – najlepsze jakie w życiu jedliśmy, i marokańska herbata z miętą i toną cukru. Oklaski zgarnęła też kanapka w postaci pity, do której wybrane przez siebie mięso smaży się na oczach klienta.

P1870849-horz

Wbrew pozorom, to po prawej to naleśnik z czekoladą nie mający niczego wspólnego z naszym rodzimym odpowiednikiem.

P1870171

Marokański klasyk nad klasykami – tajine.

P1870885

P1870184-horz

P1870225

P1870066-horz

P1870857-horz

To nie koniec pecha, który prześladował nas od samego początku wyjazdu. Podzielę go jeszcze na drugi wpis, aby dozować sobie tę wątpliwą przyjemność. W kwestii pieniędzy dodam, że w najbliższy dzień roboczy bank nie tylko nie zwolnił blokady na koncie i nie zwrócił nam niewypłaconych w bankomacie pieniędzy, ale zaksięgował wypłatę na ponad 200 euro. Podsumowując, straciliśmy wszystkie środki przeznaczone na wyjazd oraz kwoty dodatkowych przewalutowań pieniędzy z prywatnego konta w Polsce.

P1870908-horz

Okolice rzemieślniczego placu Seffarine.

P1870890-horz

P1870919

P1870892-horz

P1870860-horz

P1870861-horz

P1870226-horz

Z ciekawych, acz niekoniecznie praktycznych obserwacji: w Fezie zauroczyły mnie małe szkółko-przedszkola dla kilkulatków, odgrodzone od ulicy jedynie cienką ścianą i małymi drzwiczkami, w sam raz na wysokość małego człowieka. Do jednej udało nam się nawet zajrzeć. W środku kilka małych drewnianych ławeczek, Myszka Miki na ścianie, parę sztuk dzieciaków z okolicy i kuląca się pod niskim sufitem nauczycielka.

P1870057-horz

Ostatniego dnia w Fezie postanowiliśmy pożegnać się z opiekunami pierwszego daru w którym spaliśmy, w związku z czym spóźniliśmy się na jedyny autobus (nr 16), kursujący z okolicy dworca kolejowego na lotnisko. Na przystankach nie ma czegoś takiego jak rozkład jazdy, więc czekaliśmy godzinę z torbami i z nadzieją, że nie będziemy musieli płacić za taksówkę (12 euro), bo – przypomnę – straciliśmy wszystkie pieniądze i w portfelu zostało nam jakieś 5 MAD (2 zł). Na pociechę licytowaliśmy się na sytuacje pt. co się nie wydarzyło, a mogłoby się wydarzyć, aby było gorzej niż jest. W pewnym momencie rzuciłam: – Ale by była heca, jakby opóźnił nam się lot. I pluję sobie w brodę do teraz.

Na lotnisko dotarliśmy na 2 godziny przed planowanym boardingiem. 10 minut przed wejściem na pokład na tablicy pojawiła się informacja, że lot do Bergamo opóźni się o 30 minut. Kwadrans później – lot opóźni się o godzinę. Tutaj zaczęliśmy już, pisząc kolokwialnie, srać w rajty, że spóźnimy się na drugi lot, z Bergamo do Modlina, a później na ModlinBusa, który z lotniska na skraju Warszawy miał o północy dowieźć nas do centrum miasta. Ale okej, sytuacja jeszcze była w miarę pod kontrolą. Po godzinie dowiedzieliśmy się, że lot do Bergamo opóźni się o dwie godziny. Później o trzy, cztery, a finalnie – prawie o pięć. Jak możecie się domyślać, sytuacja zakończyła się nieciekawie. Lot do Warszawy i bus z Modlina przepadły. W głowie zaświtała mi jeszcze myśl, aby w tej sytuacji odezwać się do koleżanki mieszkającej 5 minut drogi od lotniska w Bergamo i spytać czy nie mogłaby nas przenocować. Jak się możecie domyślać, akurat w tym tygodniu nie było ani jej, ani jej chłopaka w domu. Zdążyłam tylko przeczytać wiadomość na Facebooku, że Paola wyjechała do mamy do Mediolanu, a potem limitowany internet na feskim lotnisku zakończył swój żywot i odcięło nas od świata na dobre. W Bergamo spędziliśmy noc na lotnisku bez pieniędzy w portfelu i jedzenia. Następnego dnia musieliśmy kupić bilet na najbliższy lot WizzAirem do Warszawy. Mamy więc potężne minusy na kontach, a w pracy – wykorzystane urlopy na żądanie. Walczymy też z reklamacją w banku i Ryanairze, trzymajcie więc kciuki żeby pieniądze stracone w bankomacie i przez opóźnione loty wróciły do nas jak najszybciej. Albo żeby w ogóle wróciły. O tak, please send help. A o wyjazdach w najbliższych miesiącach też możemy zapomnieć, bo rachunki za mieszkanie same się nie zapłacą.

Miało być tak pięknie, a wyszło gorzej niż zawsze. Mam jednak nadzieję, że limit pecha wykorzystaliśmy na co najmniej pół życia, a więcej o nim w kolejnym wpisie z Maroka. Szukając jakichkolwiek pozytywów, chociaż zdjęcia wyszły nam nienajgorzej.