Azja Fotografia Podróże Tajlandia

Bangkok nocą

Za dnia życie toczy się tu bardzo leniwie. Dzieje się tylko to, co dziać się musi. Wszystko inne czeka na swój czas. Bo Bangkok oczy otwiera dopiero wieczorem. Budzi się do życia, gdy inni zasypiają.


Nie od dziś wiadomo, że nocne życie w Bangkoku kwitnie jak tulipany na wiosnę. Nie trzeba szukać daleko. Niemal w każdej turystycznej dzielnicy, co wieczór, podstarzali panowie ze Stanów Zjednoczonych i Europy Zachodniej umawiają się na randki z młodszymi Tajkami. Widok jest co najmniej deprymujący.

Na szczęście, w Bangkoku są też miejsca w których ludzie po prostu dobrze się bawią. Spędzają czas ze znajomymi, tańczą, śpiewają i nadrabiają zaległości życia towarzyskiego.

Jednym z najpopularniejszych, najgłośniejszych i najbardziej radosnych miejsc w Bangkoku jest ulica uchodząca za mekkę backpackerów, słynna Khao San Road.

P1790133

Nie wiemy, dlaczego akurat to miejsce przyjęło jako najbardziej backpackerskie. Na pewno ktoś kiedyś otworzył tu hostel, bo z Khao San Road jest naprawdę blisko do najważniejszych świątyń w Bangkoku. Turyści z biegiem czasu zaczęli napływać w coraz większej liczbie, następnie ktoś inny wywęszył interes, a później poszło już samo.

Sporo osób dzieli się na dwa obozy – tych, którzy Bangkok i Khao San Road lubią, i tych, którzy nie znoszą. Przez większą część pobytu w mieście mieszkaliśmy w tej okolicy, więc odpowiedź nasuwa się już sama. Atmosfera jest świetna.

Mimo, że co wieczór wpadaliśmy na te same, lub bardzo podobne, wózki z jedzeniem, tych samych dziadków pytających konspiracyjnym szeptem – Ping Pong show? i tych samych sprzedawców podróbek Nike, Adidas i The North Face, większość dni spędzonych w Bangkoku kończyliśmy właśnie tam. Detektor Januszy wykrył tylko kilka osób. W głównej mierze takich, które zgubiły się w okolicy i szukały taksówki. Większość turystów nosiła (do wyboru) długie brody, dredy, plecaki, rozpięte koszule i tatuaże. Hipstery, powiecie. Może i tak, ale to oni tworzą klimat tego miejsca.

P1800242

P1800239

Atrakcji na Khao San Road jest bez liku. Można zrobić sobie tatuaż z henny, można kupić T-shirt z logo lokalnego browaru czy wspomniane podróbki w całkiem niezłych cenach. Można dobrze zjeść, poczęstować się świerszczem, pająkiem i skorpionem na patyku, zrobić sobie dready, dać się wymasować, pójść do Maka (a jakże, na ulicy są nawet dwa) albo zabawić się w klubie i utonąć w wiaderku alkoholu. Mimo mocno imprezowej atmosfery, to miejsce jest po prostu fajne. Ma klimat i warto się tu zagubić choć jednego wieczoru.

P1770475

P1770479

P1770471

Jeśli wieczorem w Bangkoku usłyszycie na ulicy specyficzne „trykanie” przypominające żabi rechot, możecie być pewni, że to Pani Żaba w śmiesznym kapelutku. Sprzedaje drewniane żaby z ząbkowanym grzbietem, który smyra się drewnianym patykiem. Praktyczna rzecz.

P1770480

P1770485

Sądząc po dużej liczbie jaj, pan smaży roti. Jajeczne naleśniki ze słodkim wkładem.

P1770498

P1770500

P1770502

P1770674

Zdjęcie pt. „Polak w Bangkoku”. Po krótkiej prezentacji świecącego artefaktu, który wprawił go w niemałe zdziwienie, pan z Polski zrobił pani z Tajlandii wykład w ojczystym języku na temat historii bąka.

P1770699

P1770702

P1770703

P1770728

P1770685

P1790126-horz

„Bożena, pyknij mi fotkę na fejsa. Lajki posypią się strumieniem!”.

P1790130

Recycling w najlepszej postaci. Gadżety z puszek po napojach.

P1790136

P1790157

P1790158

P1800272

W końcu trzeba było zrobić coś szalonego. Impreza odpadła w przedbiegach, więc zostały warkoczyki. Pani, mimo że wprawiona, trochę szarpała, ale dzięki temu po tygodniu fryzura wciąż wyglądała jak nowa.

P1800243

P1800246

P1800307

P1760137

P1770495-horz

P1840795

P1770733

P1840793

Chinatown

Nocne życie pełną parą rozbrzmiewa też w Chinatown. Światła pionowych szyldów i neonów, których jest tu zatrzęsienie, rozświetlają ulicę czyniąc ją niezwykle fotogeniczną.

P1760159

P1760161

P1760139-horz

Co najlepiej robić w Bangkoku wieczorową porą? Testować street-food, oczywiście! Po powrocie, tajską kuchnię zaliczyliśmy do jednej z najlepszych, jakie mieliśmy okazję próbować. Tajska kuchnia i tajskie ceny rozpieszczają. Na maksa. Jeżeli przez kilka tygodni za pad thai płacisz od 5 do maksymalnie 7 zł, jak możesz w takiej Warszawie zapłacić za to samo danie od 20 do 30 zł? Zwłaszcza, jeśli dobrze wiesz, z ilu składników składa się to danie. Podpowiedź: z niewielu. Bojkotujemy więc teraz wszystkie warszawsko-tajskie knajpy, a jedzenie w Tajlandii i Kambodży opiszemy w osobnym, stricte gastroturystycznym wpisie.

P1760181

P1760179

P1760183

A mówią, że przy jedzeniu czytać nie wolno. Może mang to nie dotyczy? W końcu czyta się je od tyłu., to może i trawi się lepiej.

P1760193

Ogromna kolejka kotłująca się wokół wózka trwała w oczekiwaniu na… słodkie bułki z czekoladą i dżemem. Pieczywo to w Tajlandii towar raczej nieosiągalny, więc jeśli chcecie zrobić dobry biznes – otwórzcie piekarnię i serwujcie bułki z nutellą. Sukces gwarantowany!

Bardzo bym chciała, ale nie uraczę Was tym razem żadną ciekawą anegdotką. Najprawdziwsza prawda jest taka, że my po Bangkoku głównie włóczyliśmy z aparatem, kręcąc i fotografując. A jak zachciało nam się jeść, to jedliśmy. Z jednej strony – nuda. Z drugiej, bardzo nam tego brakowało przez ostatnie miesiące. Jesteśmy typem ludzi, którzy w podróży niemal nie odczuwają zmęczenia. Narzucamy sobie szybkie tempo, dużo zwiedzamy i jeszcze więcej łazimy. Jeśli da radę, zaglądamy pod każdy mijany po drodze kamień. I dopiero jak się upewnimy, że tam, dalej, nie ma już nic, podejmujemy decyzję o odwrocie.

Fajnie było tak dla odmiany po prostu się poszwędać. Niespiesznie, zaglądając we wszystkie boczne uliczki i do każdego gara w garkuchni. A później kupić butelkę piwa w 7-eleven, rozlokować się na wyspie po środku ronda i obserwować toczące się życie.

Kac Vegas w Bangkoku

Ostatnie dwa dni przed powrotem do Polski spędziliśmy w Silomie, biznesowej dzielnicy Bangkoku. Nie trzeba mieć wielkiego zmysłu fotograficznego żeby wyobrazić sobie, jak takie miejsca mogą wyglądać nocą. Kosmicznie. Miasto przyszłości, żywcem przeniesione z japońskiej mangi Ghost in the Shell. Można, co prawda, pisać tak o wielu metropoliach, ale to właśnie w Bangkoku zakochaliśmy się w tych futurystyczno-urbanistycznych klimatach.

Pretekstem do znalezienia noclegu w Silomie był jednak MahaNakhon. Najwyższy budynek w Tajlandii, nowoczesny biurowiec, którego budowę ukończono w sierpniu tego roku. Sam deweloper opisuje go jako „złożoną z pikseli trójwymiarową wstęgę”. Gdy na kilka dni przed wyjazdem zobaczyliśmy zdjęcie z jego otwarcia na Instagramie, od razu przyszła nam na myśl poskładana z pikseli konstrukcja z oldskulowej gry Minecraft. MahaNakhon sięga 314 metrów i kryje we wnętrzu 77. pięter. Dla dobrego porównania Pałac Kultury ma pięter 42, a mierzy zaledwie 188 metrów. Z czym do ludzi?

Miejscówką z której najlepiej prezentuje się wieżowiec, a przynajmniej taką, którą udało nam się znaleźć i która mieści się w zasięgu kieszeni, jest Rooftop Bar Cloud 47. Małe piwo za kilkanaście złotych da się przeżyć jeśli w gratisie dostajesz piękną panoramę Silomu. Uwaga, na tarasie nie wolno rozstawiać się ze statywem, bo obsługa będzie miała przekichane. Grzecznie spakowaliśmy więc sprzęt do futerału i zdjęcia poszły z rąsi.

P1850432

Drugim miejscem, z którego widok na miasto zaparł nam dech, był Baiyoke Sky Hotel. Najwyższy hotel Bangkoku z rooftop barem i platformą widokową na 83. piętrze. Przez chwilę miałam nadzieję, że na górze tłoku nie będzie. Przecież turyści wolą chodzić po świątyniach, a w nocy śpią. Prawda? Mimo że platforma widokowa to maszynka do zarabiania pieniędzy, ceny nie odstraszają zupełnie nikogo. A przynajmniej nie Chińczyków. Trzeba mentalnie przygotować się na długą kolejkę do windy, a później na krzyki, hałasy i wstrząsy na platformie. Całe szczęście, że większość ludzi wchodzi na platformę tylko na kilka minut, robi selfie ze znajomym albo rodziną i ucieka na dół, ewentualnie do baru. Platforma dosłownie chodzi pod stopami. Bardzo ciężko utrzymać na niej statyw, więc możecie sobie wyobrazić, ile siarczystych przekleństw w rodzimym języku posypało się na naród chiński z ust Piotrka. Liczba przekleństw proporcjonalna do liczby podświetlonych budynków w Silomie. Na szczęście nerwy szybko zatopiliśmy w alkoholu. W cenie biletu wstępu (400 BHT) jest bowiem dowolny drink z menu w rooftop barze. A widoki z baru całkiem zacne, bo to tylko jedno piętro niżej.

P1850240

P1850126

P1850001

P1840821

P1850653

Gdyby nie fakt, że na zakończenie podróży łapało mnie przeziębienie (cholerna klimatyzacja w centrach handlowych!), moglibyśmy, słowo daję, siedzieć w rooftop barach do samego wschodu słońca. Atmosfera zupełnie inna niż w starej części miasta, lecz równie wyjątkowa. Wcześniej nie byłam tego pewna, ale teraz czuję to w kościach. W takim Tokio czy Szanghaju czulibyśmy się jak ryby w wodzie. I tak sobie teraz myślę, że u nas to jest chyba w myśl zasady „albo grubo, albo wcale”. Jeśli miasto to przepastne i z przytupem, a jeśli widoczki to dzikie i bezkresne. Tych drugich brakuje nam coraz bardziej, ale w następnym poście uciekniemy na południe, a duże miasta zostawimy już daleko w tyle.

Zobacz także…

  • zgadzam się zupełnie z tym co piszecie o pad thaiach! ja bym jeszcze dodała to z drugiej strony, konsumenta. sama znam kilka osób, które bez mrugnięcia okiem wydają na pad thaie w poznaniu czasem nawet i więcej niż 30 zł (w dodatku w tekturowym pudełku na przykład…) i nie da rady im przetłumaczyć, że płacą za własne wyobrażenia prędzej niż za jakość czy produkty faktycznie wykorzystane w daniu.

    zdjęcia na końcu najnajlepsze, chciałabym to na żywo zobaczyć!

    • W końcu nie ma to jak polansować się w tajskiej knajpie z daniem za 40 zł, wartym 5 ;-) Ale! Za głupotę też się płaci ;-)))

      Taaak, zdjęcia ze sky barów są najlepsiejsze. Zostawiłam tam kawałek serduszka. Naprawdę uwielbiam takie rozświetlone metropolie. Nie bardziej jednak niż piękną naturę. Stawiam między nimi znak równości, bo porównać to się nie da tego w żaden sposób.

  • A ja tak strasznie nie lubie Khao San! Dla mnie to miejsce jest pełne turystów i tylko turystów, atrakcji tylko pod nich. Sztucznych. Naciąganego jedzenia.
    Ale kocham China Town i boczne uliczki, bardzo boczne. Znaleźliśmy „restauracje”, w której serwowali nawet zupę z krwi, dla takich znalezisk podróżuje.
    Troche Wan zazdroszczę, ze tak sie z Khao San polubiliście. I Bangkokiem. Nas wymęczył, duchotą, smogiem, uwielbiamy sie kręcić po mieście, a tam nas to niemiłosiernie męczyło, tak psychicznie jakoś.

    A co do cen tajskiej kuchni, z jednej strony zawsze się irytowałam, że jak to taka droga w Polsce kuchnia, ale… wszystkie tajskie zioła, składniki, których sie w niej używa – u nas są po prostu duzo duzo droższe, niż tam. No nie kupisz paczki suszonej papryczki, makaronu ryżowego, pasty z tamaryndowca za kilka złotych, zeby taki Pad Thai mogl kosztować kilka zlotych. No musisz to importować, a to zawsze kosztuje.

    Zdjecia sliczne Wam wyszły.
    Nam sie w Baiyoke nie trafily tłumy, na gore pojechalismy inna winda (właściwie kilkoma), niz ta do której stała długa kolejka. A na gorze tylko młodzież robiąca sobie zdjecia, używając latarek w telefonie jako dodatkowego oświetlenia :D

    • Marta, zupełnie nie zaskoczyła mnie Twoja opinia. Większość osób, które spotkaliśmy i które pisały o Bangkoku i Khao San na blogach, nie polubiły tych miejsc. Potrafię to rozumieć. Zwłaszcza że nas też często odpychają sztucznie generowane atrakcje pod publiczkę. Nie potrafię jednak wyjaśnić, dlaczego akurat tam nam się podobało. Może to kwestia tego, że w Tajlandii byliśmy przed najgorętszym sezonem i owszem – było dużo ludzi, ale nie masa. A może tego że kraj zrobił na nas dobre wrażenie i przelaliśmy je też na Bangkok? Odbiór tego typu miejsc jest tak wybitnie subiektywna, że nawet nie ma sensu dyskutować o tym, kto ma rację. Bo rację ma i ta strona, której się nie podobało i ta, która wyjechała zachwycona. Nawet przez chwilę zastanawialiśmy się, czy moglibyśmy zamieszkać w BKK na dłużej. I moja pierwsza myśl to: – Pewnie! Ale druga – Hm, no może jednak szybko bym się zmęczyła. W końcu dozowaliśmy sobie miasto w dużych, ale zaledwie kilku dawkach. Inaczej patrzyłabym na nie, gdybym siedziała tam miesiąc czy pół roku. Na pewno bardziej krytycznie. Nie brałabym więc odpowiedzialności za osoby, które pojadą do Bangkoku i później powiedzą: A OOPSy pisały na blogu, że Bangkok taki fajny. A tu dupa zbita. Trzeba wyrobić sobie własne zdanie. Jak to mówią, love it or hate it ;-)

      Masz rację a propos kosztów sprowadzenia składników na polski rynek. Niemniej, kojarzę mniej więcej jakie ceny są w marketach typu „produkty świata” i z jednego słoika pasty z tamaryndowca można zrobić co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście dań. A restauracje pewnie kupują takie produkty w ilościach hurtowych = taniej. Marża też robi swoje. I podatek od dużego miasta ;-)

      Haha, a Piotrek też się strasznie wkurzał na tych ludzi z latarkami w telefonach. Bo akurat robiliśmy timelapse i mogły nam zepsuć kadr ;-)))

  • no ja też widze, że khao san dla mnie tak – ale tylko do porobienia zdjęć. swoja droga, sporo fajnych tu macie.
    i czemu nie ma zdjęcia karoliny z gotową fryzurą! na początku trochę mnie to rozbawilo, że sobie robisz warkoczyki, ale z drugiej strony – taka koszulke z pikachu sama bym sobie kupila. a nawet nie lubię pokemonów.

    to pad thai składa się z kilku skladników? zawsze myślalam, że to danie tak skomplikowane że w życiu nie zrobiłabym go w domu. ba, mi się zdarzyło zapłacić ~30 zł kilka razy. no pięknie, idę grzebać w przepisach.

    dobre foty. + zastanawiam się, jakie to ciekawe że da się tak wylansowac jedno miejsce, chociaż inne nie sa wcale mniej ‚ikoniczne’. vide wasz widok z tarasu widokowego a nowy jork. aż tak wielkiej różnicy nie ma ;)

    • No a myślisz, że my na Khao San balowaliśmy w klubach? ;D Pewnie że codziennie w 95% wracaliśmy się głównie po foty.
      Zdjęcia z gotową fryzurą będą – dalej. A powiem Ci, że kilka dni przede mną warkoczyki robiła ta dziewczyna na zdjęciach. I po prostu, tak po ludzku – spodobały mi się. Więc zrobiłam ;)

      Mówisz że podobne do NY? Wolałabym to jednak sprawdzić :D

      • Ej, jest różnica! No BKK to nie NY zupełnie :D Wielkościowo też nie. A ja chyba się właśnie czegoś takiego spodziewałam trochę. Hm, w sumie nie wiem czego.

  • Ach, uwielbiam miasta nocą! Co prawda, Bangkoku (jeszcze) nie widziałam, ale pamiętam swój zachwyt, gdy nad NY zaszło słońce, a każdy wieżowiec oblał się białym światłem. Czułam się jak w Matrixie. I żaden NY nie jest lepszy, niż właśnie ten zwiedzany nocą ;)
    Ps. Też chciałam zdjęcie w warkoczykach :D

    • Och, a ja zazdroszczę Ci trochę tego Miasta, NY. Też góruje na naszej liście, ale ona już pęka w szwach ;) Obiecaliśmy sobie że w przeciągu najbliższych 3 lat do USA się wybierzemy i pewnie zaczniemy jednak od miast, bo musimy zdążyć na mecz NBA zanim jeden z zawodników odejdzie na emeryturę ;)

      A zdjęcie w warkoczykach będzie jeszcze niejedno, bo nosiłam je później przez tydzień. Napiszę więcej, będą warkoczyki i słonie w zestawie <3