Azja Fotografia Podróże Tajlandia

Bangkok, baby!

Bangkok jest brudny. Bangkok śmierdzi. Bangkok jest głośny, chaotyczny i przereklamowany, więc jak najszybciej trzeba z niego uciekać. Takie opinie o tajskiej metropolii krążą w sieci tu i tam, rozpowszechniają je także turyści. Pytanie brzmi – jak żyć w momencie, gdy ktoś w Bangkoku zakocha się od pierwszego wejrzenia?


To jest trochę tak jak z przelotnym romansem. Poznajesz, jesteś zafascynowany i choć jeszcze trochę się wstydzisz, od czasu do czasu zerkasz mu głęboko w oczy. Robi się gorąco, więc uciekasz. Dni mijają, a Ty nie możesz przestać o nim myśleć. Niby taki sam, a jednak inny. Wyjątkowy. Wracasz stęskniony po kilku dniach, ale życia nie oszukasz. Znowu musisz go opuścić, bo obowiązki wzywają. W końcu poddajesz się, bo wiesz że z takim uczuciem nie ma siły walczyć i trzeba kuć, póki gorące. Wracasz więc. I jesteś wniebowzięty. Co z tego będzie? Prawdopodobnie nic, ale co zachowasz w głowie, zostanie w niej na zawsze.

Taki właśnie jest Bangkok, dziecino.

Dziesięciogodzinny lot z przesiadką w Kijowie to przecież pestka. Któż by śmiał odsypiać jet lag, skoro dzień jeszcze się nie skończył? Miasto czeka. Zwłaszcza jeśli nocleg rezerwuje się w strategicznym miejscu dzielnicy Phra Nakhon. Największe atrakcje Bangkoku w zasięgu kilkunastominutowego spaceru. Lepiej być nie może.

Świątynia Leżącego Buddy

Do Wat Pho dotarliśmy na godzinę przed zamknięciem. I fantastycznie, bo o tej porze odwiedzających jak na lekarstwo. Zwiedzanie poprzedził ekspresowy zakup tradycyjnych, turystycznych spodni w słonie z przewiewnego rayonu na Khao San Road. Po czym poznać turystę w Tajlandii? Po ubraniu w słoniki, oczywiście.

Spodnie są jednak bardzo praktyczne. Kosztują 12 zł, sprawdzają się w klimacie zwrotnikowym (grzeją i chłodzą – w zależności od potrzeb), a przede wszystkim, pozwalają wkroczyć do świątyń buddyjskich. W szortach, jak to zwykle bywa, można sobie co najwyżej pooglądać wnętrze zza progu.

P1760046

P1760043-horz

Wat Pho to nie tylko Świątynia Leżącego Buddy, ale i cały kompleks, okupiony pomniejszymi budynkami o przeróżnych funkcjach, misternie zdobionymi stupami i zadbanym pawilonem ogrodowym. Największą atrakcją jest tu oczywiście sam leżący Budda. Od samego początku czułam, że zostaniemy przyjaciółmi. Wysoki na 15 i długi na 46 metrów, olbrzymi Budda w zrelaksowanej pozie. Czy to nie brzmi ekscytująco? Nie wiadomo z którego kąta patrzeć, a z którego robić zdjęcia. Z przodu, z boku, a może z perspektywy gigantycznych stóp? Zabawa jest przednia, a Budda wciąż niewzruszony. Setki selfies nie robią na nim żadnego wrażenia. I dobrze, bo grunt to iść z duchem postępu.

P1760086-horz

P1760073

P1760115-horz

Na terenie Wat Pho zgromadzono ponad tysiąc posągów Buddy. Każdy o innych rysach twarzy.

P1760129

P1760063

P1760135

Troszkę poskaczemy sobie w czasie. OK? Tak się składa, że obydwa posty z Bangkoku będą poskładane z tego, co wydarzyło się podczas dwóch tygodni spędzonych w samej Tajlandii. Zapytacie, po co. Ano po to, że pasują do wizji artystycznej, szumnie pisząc. Wymyśliłam sobie, że podzielę je na dwie pory dnia – Bangkok za dnia i Bangkok nocą. To dwa różne twory. Pierwszy bardziej uporządkowany, ale i turystyczny, drugi – szalony i fascynujący.

P1760036

P1760040

P1760041

P1760445

Odkąd Tajlandia pożegnała swojego ukochanego króla, kraj pogrążył się w żałobie. Szczególnie widoczne jest to w Bangkoku, gdzie wiele osób ubiera się na czarno lub biało. Będąc turystą, warto ustosunkować się do tej sytuacji. Najprostszym, najtańszym i prawdopodobnie najlepszym pomysłem jest przypięcie do koszulki czarnej wstążki, symbolu żałoby po zmarłym królu. Tajowie naprawdę doceniają ten gest, a my nie wychodzimy na ignorantów. Oczywiście spora liczba turystów ma to w głębokim poważaniu. Ich sprawa, my nosiliśmy swoje wstążki do końca pobytu w Tajlandii i dobrze się z tym czuliśmy. Oficjalna żałoba potrwa do października przyszłego roku, więc jeśli będziecie wybierać się do Tajlandii, warto mieć to na uwadze.

W tym momencie wiadomo już, kto przejmie władzę w kraju. Syn zmarłego Bhumibola, książę Maha Vajiralongkorn. Oczywiście w kraju, w którym tak naprawdę dowodzi junta wojskowa, król pełni funkcje reprezentacyjne. Bhumibol jako jedyny wyłamał się z tego schematu aktywnie angażując się w pomoc i rozwój kraju, dlatego też smutek po jego odejściu jest dla Tajów tak dotkliwy.

Pewnego dnia, gdy biegiem chcieliśmy przekroczyć skrzyżowanie nieopodal Pałacu Królewskiego, policja w bardzo wymowny sposób kazała nam paść na kolana. Wokół ludzi tłum, ruch na ulicach wstrzymany, wszyscy kucają i czekają na to, co wydarzy się za chwilę. Siedzieliśmy tak z dziesięć minut. Nagle, główną ulicą Bangkoku przejeżdża kilkanaście wozów policyjnych. Za wozami luksusowy samochód, a w samochodzie – mężczyzna w białym mundurze pozdrawia gestem dłoni zgromadzonych ludzi. Minęła dosłownie sekunda. Za samochodem przejechały kolejne wozy policyjne, a za wozami kilkanaście policjantów na motocyklach. Gdy pozwolono nam już wstać i otrzepać kolana z kurzu, sytuacja na drodze wróciła do normy. Po dwudziestu minutach mogliśmy przejść na drugą stronę ulicy.

Wielki Pałac Królewski i Świątynia Szmaragdowego Buddy

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego jest przybytkiem przepastnym. Położony u brzegu rzeki Menam, reprezentuje oficjalną rezydencję królewską, zamieszkiwaną przez monarchów do połowy XX wieku. Jedna z największych atrakcji Bangkoku. A przez to i najbardziej zatłoczona. Pamiętacie poprzedni wpis z Kambodży i historie o turystach z Chin? No więc siemanko, znowu jesteśmy w domu.

P1760239

Niestety olbrzymia liczba turystów z Państwa Środka to nie jedyny problem. Równie wielu jest tu Tajów, od najmłodszych po tych, którzy ledwo utrzymują się o lasce. Nic dziwnego, zwłaszcza że na terenie kompleksu znajduje się też Wat Phra Kaew, najświętsza buddyjska świątynia w Bangkoku. Świątynia Szmaragdowego Buddy.

P1760418

Świątynia Szmaragdowego Buddy. Po braku zdjęć ze środka możecie się domyślić, że Buddzie zdjęć robić nie można. Bez problemu można go jednak wygooglać. Taki niepozorny, a jakże cenny!

P1760423

P1760260-horz

P1760252

P1760431

P1760270

P1760372

P1760389

P1760244

P1760274

P1760435

P1760433

Zwiedzanie zajęło nam około trzech godzin, z czego jedną przespałam na siedząco pod drzewem, przed rezydencją królewską Chakri Maha Prasat. Zaczęło się od mojego marudzenia, że zdjęć za mało, że na bloga nie będzie co wrzucić. I marudzenia Piotrka – Czemu tutaj robić zdjęcia? Wszystkie kadry takie oklepane, a ludzi tłum. Skończyło się na tym, że Piotrek, okłamując strażnika że zgubiłam się po drodze, wrócił do głównej części kompleksu. Ja też miałam wrócić, ale pomyślałam że głupio tak najpierw mówić że zaginęłam, a trzy minuty później cudownie się odnajduję, ale dla odmiany twierdzę, że i ja kogoś zgubiłam. Poszłam więc sobie poczekać na schodach, ale że upał był niemiłosierny, skończyło się na siedzeniu w cieniu małego drzewka. Z tego wszystkiego zachciało mi się spać i tak minęła godzina.

W pewnym momencie spanikowałam, zwłaszcza, że miałam nieodebrane połączenia z trzech polskich numerów. Żaden nie należał do Piotrka. Wszystkim trzem numerom odpisałam, że zasnęłam pod drzewem w Bangkoku. Nikt już nie oddzwonił. Pewnie się przestraszyli że wariatka. Ja też dzwoniłam na polski i tajski numer Piotrka, ale odzewu zero. Później okazało się, że on nie miał połączeń ode mnie, a ja od niego. I tak do siebie wydzwanialiśmy.

Oprócz biletów na zwiedzanie głównej części na którą składa się m.in. Wat Phra Kaew, pomniejsze budyneczki, kaplice, biblioteki, posągi, a nawet miniatura Angkor Wat, dostaliśmy bilety na tymczasową wystawę numizmatyczną i bilet do Muzeum Tekstyliów Królowej Sirkit. Wystawę otworzono by uhonorować zmarłego w październiku króla Bhumibola Adulyadeja. Muzeum to z kolei miejsce o luksusowym wnętrzu, w którym można dowiedzieć się interesujących rzeczy na temat tajskiego tańca oraz tańca masek – khon. Można przyjrzeć się z bliska kolorowym tkaninom, strojom, kipiącej złotem biżuterii i maskom projektowanym na spektakle.

Najbardziej rozbawiła mnie jednak kolekcja królewskich sukienek wizytowych, projektowanych odręcznie przez samego Pierre’a Balmain’a czy zbiór walizek i kuferków z monogramem Louis Vuitton. Rozumiem, że królowa Tajlandii powinna się dobrze nosić i nie ubierać w Zarze, ale gdy zerkałam na pamiątkowe zdjęcia na których ona sama, w sukni spod igły znanego projektanta wartej tysiące dolarów, pochyla się nad ubogim rolnikiem lub rozmawia z mieszkańcami wsi, którzy ledwo wiążą koniec z końcem, czułam się co najmniej zbita z tropu. Przecież to nie jedyna droga.

Chinatown

Jedna z naszych ulubionych okolic w Bangkoku. Może dlatego, że my po prostu lubimy takie chaotyczne, kolorowe i pulsujące energią miejsca? W skrócie: uroczy pierdolniczek.

P1760477

P1760527

P1760516

W Chinatown znaleźliśmy dużo dobrego jedzenia, zupełnie innego niż dania kuchni tajskiej. Tyle pobudzających wyobraźnię potraw, owoców, straganów, sklepików… nie wiadomo, na czym oko i zęba zawiesić. Najchętniej jeździlibyśmy tam codziennie, ale większość kierowców tuk-tuka nie chciała nas zabierać, bo nie zgadzaliśmy się na stawki z wliczonym podatkiem od białasa. A gdy raz wracaliśmy stamtąd na piechotę pewnego późnego wieczoru, towarzyszyły nam, wylewające się falą spod włazów do kanałów i płyt chodnikowych, kilkucentymetrowe karaluchupodobne twory ze skrzydełkami.

P1770241

P1760473

P1760460

P1760557

P1760555

P1760594

P1760595-horz

P1760574

P1760563-horz

P1770213

P1770213

Miłośnicy świątyń powinni zawitać do Wat Traimit. W środku posąg Buddy, ale nie byle jaki. Największy na świecie i wykonany ze szczerego złota. Waży ponad 5 ton, a mierzy 3 metry wysokości. Kawał chłopa. Wizerunek Buddy nawiązuje do czasów, w których stolicą Tajlandii nie był Bangkok, a Sukothai. Z tym Buddą wiąże się też pewna ciekawostka. Początkowo, cały posąg pokryty był gipsem, aby w tych najbardziej burzliwych czasach, żaden najeźdźca nie pokusił się o kradzież. Lata później, Buddzie wybudowano nową świątynię. Podczas transportu, od posągu odpadł fragment gipsu odsłaniając to, co kryje się w środku.

P1760484

P1760493

Silom

Silom, dzielnica biznesowa. Tutaj pracuje się w największych korporacjach, tutaj zarabia się największe pieniądze i tutaj najwięcej się ich wydaje.

Pierwszy raz odwiedziliśmy Silom w poszukiwaniu Pantip Plaza. Największego, kilkupiętrowego centrum handlowego oferującego sprzęt elektroniczny. Cel był dość prosty: znaleźć case do telefonu. Case’u nie znaleźliśmy, ale zobaczyliśmy setki pendrive’ów, laptopów, kabli do laptopów, przedłużaczy do kabli do laptopów i wielu nieprzydatnych gadżetów, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

P1820212

P1820210

P1820217

Za drugim razem w Silomie nocowaliśmy po powrocie z Kambodży. Bardzo zależało nam na namierzeniu najwyższych i najciekawszych budynków w Bangkoku, bo zamarzyła się futurystyczna sesja miejska. Oczywiście nocą, gdy tysiące świateł rozświetlają zapadający nad miastem zmrok. Efekty w następnym wpisie. Zdradzę, że dla zdjęć warto było przepłacić 17 zł za małą butelkę piwa i 45 zł za drink.

P1820281

P1820286-horz

P1820221

P1820254-horz

P1840695

Bangkok BTS – Skytrain. Naziemna kolej miejska.

P1840707

P1840752

P1840771

P1820250

P1820255

Bardzo charakterystycznym punktem na mapie Silomu jest też park Lumpini. Za dnia niepozorny, ale wczesnym rankiem można się do niego wybrać aby poobserwować seniorów praktykujących tai-chi. Pod tym względem azjatycka kultura bardzo mi się podoba. Bez znaczenia, czy myślimy o Tajlandii, Chinach czy Japonii, wiele starszych osób z lubością spotyka się w parkach. Wspólnie ćwiczą, grają w gry, plotkują lub, po prostu, korzystają z życia. I z normalnej temperatury o poranku albo zmierzchu.

P1840631

P1840652

P1860042

P1860038

P1860044

P1860058

A teraz wyobraźcie sobie, co następuje. Idziecie do parku na piknik, najlepiej z całą rodziną. Rozkładacie koc przy brzegu sztucznego stawu, delektujecie się kanapkami, aż tu nagle… zerka na Was potężna jaszczurka. Nie taka kilkucentymetrowa, jakich w Azji wiele. Taka, no… na oko, mierząca z półtorej metra. Trudno uwierzyć, że one tak po prostu żyją sobie w sercu 8-milionowej metropolii. A matki z dziećmi karmią je jak nad Bałtykiem karmi się łabędzie. Tylko może bez bliższych relacji, bo gady raczej umykają przed ludźmi, aniżeli wskakują im na głowy.

P1840678

P1840641

P1840788

P1840772-horz

Jim Thompson House Museum

Jim Thompson to amerykański magnat tajskiego jedwabiu, który zasłynął z przywrócenia do życia tej zanikającej tradycji. Oprócz tego, że stworzył firmę – potęgę, zaprojektował sobie dom. Ów dom składa się z sześciu pomniejszych drewnianych domków w stylu tajskim. Wnętrza przebogato zdobione, bo właściciel przez 25 lat spędzonych w Tajlandii zgromadził wiele tradycyjnych rycin, mebli, rzeźb i posągów. Prawdziwy kolekcjoner zakochany w tajskiej kulturze.

P1820276-horz

W domu nie można robić zdjęć, pozostaje więc sesja w plenerze.

Czy warto? Zależy, co kto lubi. My wybraliśmy się trochę z braku laku, a trochę przy okazji, bo akurat krążyliśmy po okolicy. Średnio przepadamy za kolektywnym zwiedzaniem z przewodnikiem, który recytuje z pamięci wyuczone formułki. A gdy zapytać się chciało o jakiś szczególny element, pani kręciła głową, że nie wie i szybko przemykała do kolejnego pomieszczenia. To trochę tak jakby zwiedzać za opłatą dom gwiazdy K-popu. Popularna, ma dużo pieniędzy, ale większość świata nie ma pojęcia o jej istnieniu. Oczywiście przesadzam, bo dom Jima Thompsona to przepastny magazyn po sufit wypełniony dziełami sztuki tajskiej. Ale wiecie, o co chodzi. Można, lecz nie trzeba.

P1820266

P1820271

Świątynia Złotej Góry

Na sztucznej, 79-metrowej górze piętrzy się nad Silomem Wat Saket, Świątynia Złotej Góry. Góry nie usypano co prawda ze złota, ale na jej wierzchołku spoczywa złocona stupa chedi. Wokół stupy gromadzą się mnisi i Tajowie, pragnący oddać cześć skrywającym się w jej wnętrzu relikwiom Buddy.

Oprócz głośnych gongów, w które z lubością biją dzieci i turyści, najbardziej warte uwagi są widoczki. Standardowo. Ze Złotej Góry rozpościera się całkiem porządna panorama dzielnicy biznesowej i okolic.

P1760607

P1760610

P1760611

P1760603

P1760622

P1770113

P1770115

A gdy dzień dobiega końca, zabawa dopiero się rozpoczyna. Bangkok odkrywa swą drugą twarz. Do zobaczenia po zmroku!

P1770110

Zobacz także…

  • „Zwiedzanie zajęło nam około trzech godzin, z czego jedną przespałam na siedząco pod drzewem, przed rezydencją królewską ” – hahahaha <3 to chyba mój ulubiony moment, i całe fake-story z szukaniem i dzwonieniem.

    A z tymi jaszczurami – imagine Komodo, gdy jaszczura jest jeszcze większa! :-D I mówią Ci, że musisz dobrze biegać jeśli chcesz zobaczyć.

    Widać to o czym wspominaliście gdzieś w komentarzach wcześniej – że w Bangkoku czuliście się jak ryba w wodzie <3 W sensie widać to po zdjęciach. Podziwiam miłość do azjatyckiej metropolii, naprawdę podziwiam.

    Ja już czekam na te nocne ujęcia :-D Just sayin'

    • Właśnie przypomniało mi się Twoje Komodo. Tylko że one sobie żyją w środku tętniącego życiem parku miejskiego, a wokół same drapacze chmur. To mnie zdumiewa :-D

      Co do Bangkoku, może i widać, ale napiszę Ci w „sekrecie” że już jesteśmy znużeni nieco street photo. Za dużo miast w tym roku było, za mało natury i widoczków. W przyszłym nad tym popracujemy ;-)

      • True, zgadza się. Mi się i tak bardziej wieczorne zdjęcia z Bangkoku podobają, więcej się działo… W ciągu dnia wszystko śpi, a wieczorem to miasto zamienia się w coś zupełnie innego :)

        A Pałac Królewski choć ładny, to coś w środku mi podpowiadało: PITER UCIEKAJ STĄD!!! :D

  • nie spodziewałam się że tyle będzie w bangkoku punktów widokowych. i ta chmura idealnie Wam naszła! ;)
    to ile Wy tam w sumie byliście czasu? ile byście polecili?

    chciałam napisać że ‚i ja się odnajduje w takich miastach molochach w azji’ ale własnie sobie zdałam sprawę, że w żadnym nie byłam. ani colombo ani yogyakarta, ani malang tak nie wyglądały. więc tak: bangkok wygląda jakbym sie mogła w nim odnaleźć. no i czekam na wieczór, na bank była jakaś gastrofaza na street food. świerszcze jedli? :)

    • W BKK w sumie chyba 5 dni. Optymalnie wydaje mi się że 3 to minimum. Ale takie akurat żeby się nie znudzić, bo my kilka razy wracaliśmy do tych samych miejsc z sentymentu.

  • tak się zastanawiam, czy ja odnalazłabym się w Bangkoku. z jednej strony, nie lubię takich dużych, tłocznych miejsc, typowych „pierdolniczków”. Z drugiej, ulubiłam sobie Neapol – takie chaotyczne i krzykliwe miasto.
    ach, już się nie mogę doczekać zdjęć nocą!

    • Magdalena, wydaje mi się że chaos europejski (nawet jeśli mieszkańcy Sycylii czują się mocno „odrębni”) mocno się różni od chaosu azjatyckiego. To, co w Europie uchodzi za chaotyczne, na standardy azjatyckie z pewnością byłoby dość uporządkowane ;-) Więc szczerze? Wydaje mi się, że mogłabyś się poczuć przytłoczona tym tyglem. Dopóki nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz!