Azja Kambodża Podróże

Angkor. Trzy dni w raju

Pochłonięta od prawie sześciu wieków przez drapieżną dżunglę pradawna metropolia monarchii Khmerów zdumiewa niezwykłością. To upadek okazałości i potęgi, które wciąż jeszcze tchną ze zburzonych kamiennych budowli. Angielski pisarz i dramaturg, Somerset Maugham, urzeczony zagadkowym czarem tych zabytków, pisał: – „Nie można umrzeć, nie zobaczywszy Angkoru.”.*


Uwaga: wpis obsługuje zdjęcia wielkoformatowe. Aby poprawie je załadować, przed lekturą warto odświeżyć stronę.


Nie bez powodu we wstępie posłużyłam się cytatem z książki Jacka Pałkiewicza. Bo Angkor naprawdę zachwyca. Każda próba wyobrażenia sobie tego największego na świecie kompleksu świątyń w czasach rozkwitu sprawia, że umysł rozpada się na milion drobnych cząstek.

Nie będę również ukrywać, że treść tego wpisu będzie daleka od obiektywizmu. O odwiedzeniu Angkoru obydwoje marzyliśmy już od podstawówki, a książki, takie jak wspomniana we wstępie, którą Piotrek dostał od taty w prezencie, oraz filmy jeszcze intensywniej rozpalały dziecięcą wyobraźnię. Postaram się więc potraktować post z należytym szacunkiem i wiernie odwzorować to, co wydarzyło się nie-tak-dawno-temu w Kambodży. I wyjaśnijmy sobie jedno, Angkor i Angkor Wat to nie to samo.

Uprzedzam także kulturalnie, że jest to najdłuższy i najbardziej bogaty w zdjęcia post w historii bloga. Rozplanujcie sobie lekturę na dwa wieczory i starajcie się mnie nie znienawidzić. Opcja dla leniwych: obejrzycie zdjęcia, bo warto. Choć tą drogą wiele stracicie, bo opisy świątyń miksują się tutaj z osobistymi doświadczeniami, z historiami smutnymi i zabawnymi. Zapinajcie pasy, startujemy.

Angkor. Początek i koniec

Angkor (khmer. miasto) to przebogate, starożytne centrum khmerskiej cywilizacji, które od IX do XV wieku stanowiło największe imperium Azji Południowo-Wschodniej. Rozciągało się od Chin po Malaje, a powierzchnią obejmowało dzisiejszą Kambodżę, częściowo Tajlandię, Laos i Wietnam.

Na obszarze ok. jednego tysiąca km2 zachowały się ruiny pałaców królewskich, świątyń i klasztorów, mostów, fortec, sanktuariów, mauzoleów i bibliotek. Początkowo dominowała architektura mocno związana z kultem hinduistycznym, z czasem wypierana przez buddyzm wyznawany przez kolejnych władców Angkoru. Zachowane świątynie były nie tylko miejscem uwielbienia bogów, ale także, a może – przede wszystkim, khmerskich królów, mające świadczyć o ich władzy i potędze.

Pełen przepychu Angkor w czasach swojej świetności przewyższał rozmiarami ówczesny Rzym i liczył ok. miliona mieszkańców, tymczasem w Paryżu mieszkało wówczas 250 tysięcy osób, a w Krakowie – niespełna 20 tysięcy. Swój błyskawiczny rozwój zawdzięczał przede wszystkim armii sprawnie ściągającej podatki z podbitych krajów (kto śmiałby dyskutować z mieczem?), wyposażonej w opancerzone łodzie i oddział 200 tysięcy słoni bojowych.

Świetność imperium trwała zaledwie cztery wieki, a po latach gwałtownego rozkwitu nastąpił równie gwałtowny upadek, który do dzisiaj ciężko wytłumaczyć. Świątynie pochłaniające coraz większą ilość pieniędzy i długotrwałe wojny z krajami ościennymi wyczerpały zasoby ekonomiczne państwa. Jak mówi staropolskie przysłowie – Postaw się, a zastaw się. To nigdy nie kończy się dobrze.

W wyniku podboju przez Syjam (obecnie: Tajlandia) w 1431 roku Angkor został całkowicie zdewastowany, a wszystkie kosztowności – rozgrabione. Król wraz z ocalonymi wycofał się na wschód, gdzie z biegiem czasu założył nową stolicę państwa w Phnom Penh. Nie minęło wiele czasu, a Angkor pochłonął wiecznie zielony las równikowy, budowle oplotły zalążki drzew, a w świątyniach zadomowiły się dzikie zwierzęta. Świat zapomniał o istnieniu Angkoru, zanim na dobre zdążył się o nim dowiedzieć.

Odkrycie

Po czterech stuleciach od zmierzchu imperium khmerskiego, tajemnicę Angkoru odkrył dla świata francuski podróżnik, Henri Mohout. Historia, jak to zwykle bywa, rozpoczyna się dość niepozornie. W azjatyckiej dżungli Mouhot zamierzał szukać nieznanych gatunków owadów, ale zanim dotarł do serca kambodżańskiej puszczy, po przyjeździe do Bangkoku usłyszał opowieść o zagadkowym „mieście umarłych”, które całkowicie pochłonęło jego umysł. Miejscowa ludność bała zapuszczać się w teren lasu równikowego przez wgląd na dziko żyjące zwierzęta. Dopiero Mouhout, przedzierając się któregoś dnia przez gęste tropikalne haszcze, natrafił na ruiny olbrzymich świątyń przykrytych grubym płaszczem zieleni. Angkorskie szkice Mouhota, wzbogacone obrazową relacją wobec której świat nie mógł pozostać obojętny, wydano w książce Travels in Siam, Cambodia, Laos And Annam. A pisać potrafił naprawdę pięknie.

„Nie słyszałem nic prócz ryku tygrysów i przenikliwego trąbienia słoni. To arcydzieło architektury nigdy być może nie miało równego sobie na kuli ziemskiej. (…) Nigdy nie czułem się tak szczęśliwy jak teraz, w tej wspaniałej tropikalnej scenerii. Nawet gdybym wiedział, że tu umrę, za nic nie zamieniłbym tej egzystencji na przyjemności i wygody cywilizowanego świata”.

Romantyczna to wizja, prawda? Prawda jest jednak taka, że Mouhout, zanim dotarł do Angkoru, miał swoich poprzedników, ale przebił ich najlepszym PR-em. Niemal trzysta lat wcześniej dwaj portugalscy misjonarze, Lopo Cardozo i Joo Madeira, informowali o „budowlach tak niecodziennych, że trudno je piórem opisać, ponieważ nie ma czegoś tak wyrafinowanego na świecie, co geniusz ludzi tu wymyślił”. Anno Domini 1570. Oczywiście nikt im wtedy nie uwierzył. 400 lat minęło, a historia znowu zatoczyła koło. Na początku XVII wieku kolejny portugalski zakonnik, Quiroga de San Antonio, starał się przekonać ludzi do idei istnienia zdumiewającego miasta bogów. Siedemdziesiąt lat później francuski misjonarz Chevreuil sporządził szczegółowy opis kompleksu, nadając mu roboczą nazwę Onco. I na zakończenie, dziewięć lat przed wizytą Mouhouta, francuski zakonnik opublikował dziennik ze swojej podróży po Indochinach, w którym pisał o odkryciu ogromnych ruin pokrytych płaskorzeźbami przedstawiającymi bitwy toczone z udziałem słoni i strzelających z łuku mężczyzn. Jak się jednak okazuje, nie pierwszy ten kto jest pierwszy, ale ten kto jako pierwszy najgłośniej o tym opowie.

Do niebywałego rozsławienia dawnej stolicy Khmerów przyczyniła się Wystawa Kolonialna zorganizowana w 1931 roku w Paryżu, na której terenie wybudowano drewniany model świątyni Angkor Wat w skali 1:1. Model tworzono 6 lat, koszt produkcji wyniósł ponad 12 milionów franków (czyli, o ile dobrze liczę, niemal 190 milionów euro!), a oświetlenie świątyni zużywało tyle elektryczności co stutysięczne miasto.

Kilka lat po odkryciu Mouhouta serce Angkoru odżyło na nowo. Kambodżanie przychodzili do świątyń, posągi Buddy opasywali pomarańczowymi wstęgami i odprawiali rytualne obrzędy, oddając cześć bóstwom. Największy wkład w zachowaniu zabytków Angkoru wniosła francuska Szkoła Dalekiego Wschodu, założona u schyłku XIX wieku. Instytut przyczynił się do uporządkowania leżących w gruzach świątyń i zahamowania procesu niszczenia, latami pochłanianych przez naturę, zabytków. Angkor w obecnej postaci kumuluje w sobie pracę tysięcy ludzi pochodzących z różnych krajów i organizacji – architektów, archeologów, konserwatorów sztuki i fotografów.

Francja zaangażowała się ponownie w latach 1950-1960. I zajmowałaby się Angkorem co najmniej do roku 1976, gdyby cztery lata wcześniej na terenie Kambodży nie wybuchła wojna domowa w dużej mierze zainicjowana przez ekstremistyczne ugrupowanie komunistów kierowane przez Pol Pota. Czerwoni Khmerzy zawładnęli krajem, francuskich specjalistów wydalono z terytoriów Kambodży, a tysiące miejscowych, którzy pomagali przywrócić Angkor do życia, bezdusznie wymordowano. Wojna w widoczny sposób odcisnęła swoje piętno na Angkorze. W wielu miejscach do dziś można dostrzec ślady po kulach, a w trawie znaleźć osłony po nabojach. Nasz kierowca tuk-tuka bez problemu odnalazł je przy bramie wjazdowej do Angkor Thom, więc krwawa historia nie jest tak odległa, jak mogłoby się wydawać.


Ej, wiem, że sporo tego. Mam jednak nadzieję, że nie zanudziłam. Biorąc pod uwagę, że na temat Angkoru nie stworzę już kolejnych postów, tutaj musiał pojawić się konkret. Dwa zdania to ja mogę napisać co najwyżej o Wieży Eiffla. 

Tymczasem przejdźmy zgrabnie do świątyń Angkoru, które zdecydowałam się opisać w kolejności chronologicznej. Dokładnie takiej, w jakiej zwiedzaliśmy je z naszym cudownym kierowcą tuk-tuka. Ale o nim później! Informacje praktyczne pojawią się w osobnym wpisie. Co jest w tym momencie najistotniejsze: Angkor zwiedzaliśmy trzy dni, od rana, niemalże do zachodu słońca. Trzydniowy pass kosztuje 40$ i, jeśli tylko przy kasach nie ustawimy się przed wschodem słońca, jest do wyrobienia dosłownie w minutę. A potem – w drogę!

Jeśli szukacie informacji na temat konkretnej świątyni, wystarczy kliknąć w jeden z poniższych odnośników. Wszystkich pozostałych zachęcam do przeczytania całości.

Prasat Kravan
Srah Srang
Banteay Kdei
Pre Rup
East Mebon
Ta Som
Neak Pean
Preah Khan
Phnom Bakheng
Angkor Wat. Wschód słońca
Ta Prohm
Ta Nei
Ta Keo
Thommanon & Chau Say Tevoda
Angkor Thom
Bayon
Baphuon
Terrace of the Leper King & Terrace of the Elephants
Banteay Srei
Angkor Wat. Finał

P1820300

P1820299

P1820307

Prasat Kravan

Pierwszy dzień zwiedzania, po załatwieniu wszelakich spraw formalnych, rozpoczęliśmy od Prasat Kravan. Jak Rith, kierowca tuk-tuka, słusznie zauważył – lepiej zacząć od tego, co małe i poddawać się czarowi Angkoru stopniowo, najlepsze zostawiając sobie na koniec.

Prasat Kravan to mała świątynia poświęcona hinduistycznemu bogowi Wisznu, której powstanie datuje się na X wiek. Najbardziej charakterystyczny element świątyni stanowi taras z pięcioma zrekonstruowanymi wieżami i pięć płaskich reliefów, z których trzy zewnętrzne przedstawiają wspomnianego Wisznu, a dwa ukryte na wewnętrznych ścianach – Lakszmi, małżonkę Wisznu, bogini szczęścia, piękna i bogactwa. Tak na dobry początek.

P1820308

P1820314

Relief przedstawiający Lakszmi, bogini piękna i bogactwa.

Srah Srang

Dokładnie po przeciwnej stronie Prasat Kravan znajduje się Srah Srang, który – niespodzianka – nie jest świątynią, a przepastnym basenem kąpielowym o powierzchni 350 x 700 metrów. Niegdyś ośrodek rekreacyjny, w którym odbywały się regaty i defilady łodzi, rzadziej służył za miejsce kąpieli dla niewstydzących się nagości Khmerów. Z tą ostatnią funkcją równie dobrze radzi sobie dzisiaj. Przystań, której strzegą dwa kamienne lwy „robi” za świetną trampolinę, a sam basen jest rajem dla dzieciaków szukających ucieczki od wszechobecnego skwaru i duchoty.

P1820363

Przystań nad basenem Srah Srang.

P1820322-horz

P1820353

P1820328

P1820362

P1820315

Banteay Kdei

Rzut kamieniem (piaskowym!) od Srah Srang leży większy kompleks świątynny zbudowany na przełomie XII i XIII wieku. Taki smakowity wstęp do porośniętych nadnaturalnej wielkości drzewcem Ta Prohm i Preah Khan. Nie ujmując temu, co zobaczyliśmy wcześniej, tutaj serce zabiło nam już odrobinę szybciej. Banteay Kdei zbudowano za panowania najpotężniejszego władcy Angkoru, Dżajawarmana VII (ang. Jayavarman VII), któremu to zawdzięcza się największy rozkwit sztuki i architektury khmerskiej oraz wprowadzenie buddyzmu jako dominującej religii kraju.

P1820398

P1820369-horz

P1820399

P1820391-horz

P1820373

P1820383-horz

P1820401-horz

P1820381

P1820378

P1820408

Pre Rup

Robi się coraz poważniej, świątynie i opisy przybierają na rozmiarach. Pre Rup to, podobnie jak Prasat Kravan, kolejna hinduistyczna świątynia powstała około X wieku. Dokładniej w okolicy roku 961/962 – na kilka lat przed Chrztem Polski! W przeciwieństwie do poprzedniej, Pre Rup wybudowano ku czci Śiwy, najmniej lubianego przez Khmerów boga. Śiwa reprezentuje negatywną siłę kosmosu, niszczy wszelką egzystencję, wszystko co spotka na swojej drodze, tylko po to, aby przywrócić świat do kosmicznej równowagi. Nie zmienia to faktu że mieszkańcy Kambodży Śiwy nie lubią i z własnej woli unikają poświęconych mu w Angkorze świątyń. Taka ciekawostka od naszego kierowcy.

Pre Rup nie bez powodu pnie się w górę po sztucznie usypanym wzgórzu. Projekt piętrzącej się budowli, których w Angkorze jest o wiele więcej, symbolizował mityczną, zamieszkałą przez boskie istoty górę Meru. Nazwa świątyni dosłownie oznaczająca „obracanie ciała” nawiązuje do hinduskiego obrzędu pogrzebowego, zgodnie z którym prochy skremowanego władcy rytualnie obracano w różnych kierunkach. Niezbyt to urocze, ale cóż poradzić. My mamy zakłady pogrzebowe „Hades”, „Styks” i „Charon”, starożytni Khmerzy mieli świątynię w Angkorze. Co ciekawe, do budowy Pre Rup wykorzystano wszystkie trzy najczęściej spotykane materiały – cegłę, dziurkowany lateryt i piaskowiec.

P1820426

P1820412-horz

P1820415-horz

P1820414

East Mebon

Uśmiecham się na sam dźwięk tej nazwy. Nie dlatego, że było tam tak pięknie, choć owszem,  bardzo ładnie. Dosłownie sekundę po tym jak stopami dotknęliśmy pierwszego kamiennego schodka, z ciężkich, krążących po niebie od dłuższego czasu, chmur lunęło jak z cebra. Zabrakło parasola, zabrakło płaszcza przeciwdeszczowego i czasu na znalezienie porządnej kryjówki. Obydwoje wskoczyliśmy w położone na przeciwko siebie bramy. Było znośnie przez pierwsze 10 minut, ale od kamieni liczących setki lat nie można zbyt wiele wymagać. Minęła chwila, a sączące się nad głową kroplę zaczęły spadać dosłownie wszędzie – na nos, na plecy, za koszulkę, na plecak, spodnie i stopy. Dobrze, że woda była ciepła, a klimat gorący, bo inaczej – katar murowany. Po mniej więcej pół godzinie (słownie: 30 minutach) odważyliśmy się wyjść z ukrycia i w końcu obejść świątynię. Czy był to jakiś znak z nieba? A może Śiwa na dzień dobry postanowił pogrozić nam palcem? Nie wierzę w zabobony, ale tutaj wszystko jest możliwe.

East Mebon poświęconą wspomnianemu Śiwie król Rajendravarman II kazał zbudować w hołdzie dla swoich rodziców. Podobnie jak Pre Rup, świątynię zbudowaną na sztucznie usypanym wzgórzu, następnie ulokowano ją na wyspie na zbiorniku wodnym East Baray. Aby się do niej dostać, trzeba było przepłynąć zbiornik łodzią. Budowlę wieńczy pięć wież, a wejścia strzegą dwumetrowe kamienne słonie. Stiukowe dekoracje nad bramami zdobią sceny religijne przedstawiające Indrę, hinduskiego władcę bogów i króla nieba na Ajrawacie, mitycznym trójgłowym słoniu oraz Śiwę i jego wierzchowca – świętego byka Nandin. Można się pogubić, co? A to pestka, bo hinduzim uwzględnia w sumie grubo ponad 300 milionów bogów i bóstw wszelakich. Cokolwiek przyjdzie Wam do głowy możecie być pewni, że znajdzie się na to jakiś bóg.

P1820437

P1820439-horz

P1820455-horz

P1820420

Ta Som

Mała, niepozorna piękność. Do tej niewielkiej XII-wiecznej buddyjskiej świątyni otoczonej murami wchodzi się przez jedną z bram. Na szczycie każdej piętrzy się bardzo charakterystyczna kamienna wieżyczka, ozdobiona koroną z kwiatów lotosu i czterema obliczami Buddy, z których każde spogląda w inną stronę świata. Z gęstwiny bujnej roślinności wyłaniają się dławione korzeniami drzew kamienne bloki i wewnętrzny dziedziniec z galerią. Francuscy archeologowie postanowili zostawić świątynię w niemal niezmienionym stanie. Biorąc jeszcze pod uwagę to, że jej fundamenty postawiono na grząskim gruncie, Ta Som nie miała szans wygrać z naturą. Stawiane w pośpiechu kamienne bloki z biegiem czasu osunęły się wraz z ziemią, a ściany odchyliły na boki. Pomimo tego pozornego chaosu, najpiękniejsza w Ta Som pozostaje centralna wieża Prasat, krusząca się pod ciężarem oplatającego ją figowca bengalskiego. Magiczne miejsce! Kwalifikujemy do grona ulubionych.

W Ta Som po raz pierwszy natknęliśmy się też na kilku- i kilkunastoletnie dzieci sprzedające pamiątki dla turystów. Przykry widok. I nie daj boże zaświeci Ci się oko na widok jednego z magnesów (nam się zaświeciło), dziecko już nie odstąpi Cię na krok. Magnes i tak kupić planowaliśmy, więc kupiliśmy jeden od kilkuletniej dziewczynki, doprowadzając jej starszą koleżankę niemal do płaczu. Z jednej strony cudownie byłoby dać każdemu po równo, a z drugiej – przecież w ten sposób zachęca się rodziców, aby nie wysyłali dzieci do szkoły, bo w Angkorze zrobią lepszy biznes. Tak źle i tak niedobrze. A już prawie pękły nam serca gdy wychodząc z kompleksu wpadliśmy na dwie bawiące się dziewczynki. Jedna, ubrana w bluzkę z postaciami z Krainy Lodu, wyczekująco patrzyła, więc próbowałam na migi powiedzieć jej, że bardzo ładnie wygląda. Poczułam, że ona na coś czeka. Dziewczynka oczywiście nie zrozumiała ani słowa, ale jedno zdanie po angielsku wyrecytowała bezbłędnie – give me money. Odpowiedziałam jej po angielsku, że bardzo mi przykro, ale pieniędzy dać nie mogę. Dziewczynka uśmiechnęła się, a potem, już o wiele bardziej nieśmiało, powtórzyła swoją kwestię. Zapytałam jej czy chodzi do szkoły, ale dam sobie rękę uciąć, że kompletnie mnie nie zrozumiała. Uśmiechnęła się na pożegnanie i powiodła czarnymi oczami za kolejną parą turystów. W takich momentach mam ochotę znaleźć rodzica i spuścić mu solidny łomot. A zaraz potem przypominam sobie, że sprzedawane przez matkę lub ojca marnej jakości spodenki w słonie i jedwabne szale to często jedyne źródło utrzymania całej rodziny. Naprawdę nie wiem, jakie byłoby najlepsze wyjście z tej sytuacji. Najpewniej dopiero ograniczenie korupcji i godne warunki życia dla każdego mieszkańca Kambodży.

P1820479

P1820481-horz

P1820509-horz

Coś ty taki niewyraźny? Spokojnie, to tylko zaparowany obiektyw.

P1820472-horz

P1820518

P1820484

P1820506

Boksowałam się z myślami czy w ogóle wstawiać to zdjęcie. Literalnie, chce mi się wyć jak patrzę na tę dziewczynkę i przypominam sobie sytuację, w której się znalazła.

Neak Pean

Neak Pean, zwana „zwiniętym wężem naga”, to skromne, buddyjskie sanktuarium wznoszące się w samym środku kwadratowego zbiornika na wysepce, która w porze deszczowej i jeszcze na początku pory suchej, dosłownie znika pod wodą. Kapliczka spoczywa na postumencie z kolistych schodów, które u podstawy otaczają bóstwa wodne – dwa węże naga, niewidoczne gdy przykrywa je woda. Główny zbiornik otaczają cztery symetrycznie rozmieszczone baseny reprezentujące cztery siły w przyrodzie – wodę, ziemię, wiatr i ogień. Na dnie zbiornika spoczywa jeszcze jedna niespodzianka. Rzeźba, którą nie sposób zobaczyć w porze deszczowej, przywodząca na myśl konia z ukrytymi pod nim ludźmi, symbolizuje miłosierdzie bodhisattwy Awalokiteśwary. Do świątyni wiedzie grobla z długim drewnianym pomostem. W widoczki po drodze u schyłku pory deszczowej – cudne! Wygląda to tak, jak gdyby jakiś okrutny człowiek spalił las, a jego resztki zalał ogromną ilością wody w której smętne, wysuszone konary mogą przeglądać się do dziś.

Na tym odcinku zderzyliśmy się z ogromną falą Chińczyków. Musieliśmy sprawnie balansować żeby nikogo nie nadepnąć i jednocześnie nie wpaść do zbiornika. O Chińczykach w Angkor jeszcze troszkę będzie, bo to twór równie ciekawy, co irytujący i chyba nigdzie oraz nigdy nie dają innym zwiedzającym w kość tak bardzo jak właśnie w Kambodży.

P1820528-horz

P1820524

P1820532

P1820533

Preah Khan

Preah Khan, dosłownie „święty miecz”, ówczesny król Dżajawarman VII wybudował w 1191 roku w hołdzie dla swojego ojca. Preah Khan to nie tyle świątynia, co cały kompleks religijny zajmujący powierzchnię 56 hektarów. Pogubić się tutaj bardzo łatwo, dlatego najlepiej przeć cały czas przed siebie – najpierw przez groblę i zniszczoną Aleję Olbrzymów, później przez bramę i kolejne mury, a jeszcze później wciąż prosto, mrocznymi korytarzykami pociętymi dużą liczbą ciasnych przejść z wysokimi progami.

Opuszczamy jedną budowlę, a przed oczyma wyrasta już kolejna. Kilka kroków dalej z prawej i lewej strony, jak grzyby po deszczu, wyłaniają się zakleszczone w uścisku potężnych, agresywnych konarów drzew, kaplice, pawilony, dziedzińce, grobowce, a pomiędzy nimi zwały porośniętych mchem kamulców. Jak donoszą ocalałe inskrypcje, utrzymaniem świątyni zajmowało się ponad 360 000 ludzi z ponad 13 000 kambodżańskich wsi! A było czego pilnować, bo na terenie kompleksu znajdowało się ze dwadzieścia tysięcy posągów wyciosanych w cennym kruszcu.

Konserwatorzy ograniczyli się tu jedynie do usunięcia najbardziej agresywnej roślinności i zabezpieczenia walących się ścian, więc Preah Khan wygląda dokładnie tak, jak mogła wyglądać kiedy ją odkryto. Można by powiedzieć, że kupa gruzu. Ale za to jak wielce mistyczna ta kupa gruzu! Dzięki naszemu nieocenionemu kierowcy tuk-tuka, trafiliśmy dosłownie na „bezludzie”. Ten magiczny moment, w którym obcujesz z potęgą człowieka i natury sam na sam, niesamowite uczucie.

P1820578

P1820550-horz

Po lewej: relief przedstawiający mityczną nimfę, dewatę.

P1820542-horz

P1820562-horz

P1820592

P1820590

P1820576-horz

P1820569-horz

P1820596

P1820580

P1820564

P1820601

P1820606

Phnom Bakheng

Phnom Bakheng, poświęcona Śiwie świątynia-góra, usytuowana na 65-metrowym, kipiącym zielenią, wzgórzu z którego rozlega się wspaniały widok na dżunglę i majaczące pomiędzy drzewami strzeliste wieże Angkor Wat. Jeśli zachód słońca, to tylko na Phnom Bakheng, mówią. I wiąże się z tym zabawna historia, bo zacząć trzeba od tego, że zachodu słońca to my w ogóle nie widzieliśmy.

Niebo przykryte chmurami nie zwiastowało sukcesu, ale mimo tego, tłum turystów na szczyt uparcie parł. Przed wyjazdem sporo się naczytałam, że tłok, że nie ma gdzie stopy postawić i w ogóle, kiła i mogiła. Od tego czasu coś musiało się poprawić, bo kolejka, mimo że bardzo długa, przesuwała się do przodu sprawnie. Każdy wchodził z przepustką na szyi i mógł siedzieć na szczycie dopóki nie zamkną świątyni. Jeśli faktycznie celuje się w zachód słońca, w listopadzie przypadający na godzinę 18.00, o 17.00 trzeba stawić się na miejscu. Oczywiście, na pierwszy rzut oka – dookoła sami Chińczycy. I co oni tam planują robić, skoro słońce skryło się za chmurami? Ano będą robić zdjęcia niebu i tak, bo usłyszeli że najlepsze zachody to właśnie tutaj. Szkoda tylko, że nikt im nie powiedział, ba – zdawało nam się że NIKT NIKOMU nie powiedział – że z Phnom Bakheng najpiękniej widać właśnie Angkor Wat, ukryty w samym sercu dżungli. Nie przesadzę jeśli napiszę, że jako jedyni byliśmy zainteresowani tematem, a na poparcie swojej tezy mamy bardzo sugestywną fotografię.

P1820623

Wszyscy tak bardzo zainteresowani Angkor Wat. WOW.

P1820621

P1820643

P1820628

P1820625

P1820637

P1820642

P1820640

P1820636

P1820652

Angkor Wat. Wschód słońca

Lekko nie ma, trzeba było wybierać – wschód czy zachód? Wybraliśmy opcję pierwszą, bo w budzącym się do życia dniu jest o wiele więcej magii niż w nawet najpiękniejszym zachodzie słońca. Wstajemy, ledwo żywi po intensywnym dniu, o 4.00, pół godziny później pakujemy się do tuk-tuka i o 5.00 wkraczamy w ciemność.

Mrok że oko wykol, nie widzimy nawet własnych stóp, więc posiłkując się latarką w smartfonie grzecznie drepczemy za tłumem. Jak nie wiadomo gdzie iść, zawsze trzeba iść za tłumem. OK, tłum nagle przystaje i rozpierzcha się we wszystkie strony świata. Wygląda na to, że jesteśmy na miejscu. Ludzi sporo, ale jeszcze szału nie ma. Zajmujemy miejsce przy akwenie vis-a-vis świątyni i do końca spektaklu nie dajemy się z niego wytrącić. Turystów coraz więcej, oczywiście głównie z Chin. Przez dłuższą chwilę panuje jeszcze ciemność i nagle, bum. Widać wieże!

Powoli, bardzo niespiesznie, niebo z ciemnego granatu przybiera kolor bladoniebieski, następnie delikatnie pomarańczowy, aż w końcu wybucha eksplozją soczystych promieni, jak gdyby ktoś chciał dać nam do zrozumienia, że spoglądamy na wyjątkowe, święte miejsce. Kilka dni wcześniej, tuż przed wyjazdem do Kambodży, spotkaliśmy grupkę sympatycznych Polaków, która z całego serca odradzała nam wschód słońca nad Angkor Wat. – Szkoda waszego czasu, wszystkie zdjęcia wychodzą pod słońce, świątyni w ogóle nie widać! A czy nie na tym polega właśnie jej urok? Wbrew pierwotnym wyobrażeniom (a wyobraźnię mam bujną), nie było tłumów jakich mogłabym się spodziewać. Owszem, widzieliśmy naprawdę bardzo dużo ludzi, ale zdjęcia z Google przedstawiające rekordową ilość turystów przypadających na metr kwadratowy to straszak dla najmniej wytrwałych. Wyspać to się można po śmierci, a takich wschodów słońca nie ogląda się wiele razy w życiu. Warto więc.

P1830088

P1830166

P1830299

P1830331

P1830588

P1830596

P1830606

P1830599

Mówią, że w kupie zawsze raźniej.

P1830605

P1830610

P1830612

Ta Prohm

Jeśli miałabym wskazać świątynię która wzruszyła nas najbardziej i z której potwornie ciężko było nam wyjść – byłaby to właśnie Ta Prohm, podobnie jak Preah Khan zbudowana w hołdzie dla rodzica panującego władcy – tym razem nie ojca, a matki. I trafiliśmy do niej, po raz kolejny, o najlepszej porze dnia – tuż przed otwarciem, niedługo po wschodzie słońca. Przez kwadrans mieliśmy ją niemal wyłącznie dla siebie, z tym pięknym, wczesnoporannym światłem, miękko układającym się na kamieniach.

Sława Ta Prohm plasuje się tuż za sławą Angkor Wat, a to oczywiście za sprawą hollywoodzkiej odpowiedzi na grę Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Wielokrotnie wspominałam, że Tomb Raider to moja najukochańsza, może przez to, że pierwsza w którą miałam okazję zagrać, gra komputerowa. Gdyby Lara istniała naprawdę, miałaby w nas wiernych fanów. Nie gra jest tu jednak najważniejsza, a film z 2001 roku. Kiedy obejrzałam go po raz pierwszy jako 11-latka, nie mogłam uwierzyć że na świecie istnieją tak magiczne miejsca. To właśnie w tym filmie po raz pierwszy zobaczyłam Angkor, bo wcześniej nie miałam o nim pojęcia. I to właśnie ten film zaszczepił we mnie myśl, że kiedyś, jak dorosnę, wybiorę się do Kambodży. Lata mijały, a raz zaszczepiona miłość do Angkoru dojrzewała sobie w serduchu do czasu, aż podjęliśmy decyzję – jedziemy! I tak oto jedno z największych marzeń właśnie się spełniło.

Jeśli kogokolwiek interesują szczegóły produkcji, sceny które w filmie rozgrywają głównie się na terenie Ta Prohm, były kręcone także w Preah Khan i Angkor Wat. Ot, magia ekranu. Wracając do świątyni – zdecydowanie jest to najbardziej mistyczne miejsce w całym kompleksie. Mnogość zakątków w które można wsadzić nos, korytarzyków i ścieżek wiodących przez dziedziniec przyprawia o zawrót głowy. Bardzo ciekawe jest też niewielkie pomieszczenie, wewnątrz którego miał znajdować się grób matki króla. Każda z czterech ścian jest podziurawiona jak sito. Nie dosłownie, ale pomieszczenie pokryto diamentami, które miały je rozświetlać gdy wpadało do niego światło. Z biegiem czasy diamenty zostały wyłupane i rozkradzione, stąd liczne dziury.

Apogeum wzruszenia osiąga się w momencie wyjścia na dziedziniec wewnętrznej części centralnej części budowli. Gigantyczne (a może powinnam napisać: GIGANTYCZNE) drzewo o wdzięcznej nazwie puchowiec pięciopręcikowy (Ceiba pentandra) zdaje się pożerać kamienny dach i ściany. Macki puchowca na przestrzeni lat rozkruszyły ściany świątyni, wcisnęły się pomiędzy kilkutonowe bloki i trwają aż do teraz w śmiercionośnej symbiozie. Dlaczego tak? Drzewa, które niszczy świątynię, nie można ot tak, usunąć, bo oprócz tego że przywala ją swoim gigantycznym cielskiem, jednocześnie powstrzymuje skalne bloki przed kompletną destrukcją. Ruszcie drzewo, a Ta Prohm runie jak zamek z piasku. Spacer po Ta Prohm to piękna lekcja pokory wobec wszechpotężnej natury. Cisza przerywana odgłosami puszczy jest najpiękniejszym prezentem, jaki podarowano nam w tym roku.

Nie trwała jednak długo, bo już po kilkunastu minutach do Ta Prohm dotarła pierwsza fala wycieczkowiczów z Chin. Dlaczego oni zawsze muszą chodzić stadami? I dlaczego są tak bardzo nieuważni, jazgotliwi i fotografują wszystko bez odrobiny pomyślunku? Jeśli ktoś wie, proszę o kontakt. Z bólem serca, po mniej więcej 1,5 h od wejścia, uciekliśmy w podskokach.

P1830625

P1830634-horz

Po prawej: figowiec bengalski pożera świątynię.

P1830663-horz

P1830658

P1830705-horz

Po prawej: wskutek licznych rozbojów i grabieży, wiele płaskorzeźb i posągów straciło głowy. Każdy element Angkoru jest wart fortunę.

P1830679

P1830687-horz

P1830721-horz

P1830742

Ta Nei

Mała i bardzo niepozorna świątynia, można by rzec – świątynka, z XII wieku poświęcona Buddzie leży sprytnie schowana w gąszczu lasu równikowego. Aby do niej dojechać trzeba zboczyć z głównej, asfaltowej drugi i skręcić w rzadko uczęszczaną błotnistą ścieżkę zdolną pomieścić tylko jednego tuk-tuka na raz. Większość turystów omija ją szerokim łukiem, bo jest nie po drodze. A szkoda, bo to małe cacko z którego w surrealistyczny sposób wyrastają trzy zgrabne drzewka. Dzięki temu że odwiedzających jest tu jak na lekarstwo, można dogłębnie poczuć atmosferę otaczającej dżungli, a przy okazji odpocząć od tłoku i hałasu.

P1830753

P1830746

P1830759

Ta Keo

Pierwsza świątynia w całości zbudowana z piaskowca. Pięciopiętrowa piramida wzniesiona u schyłku X wieku pierwotnie poświęcona była temu nielubianemu Śiwie i nigdy nie skończono jej budowy, bo uderzona przez piorun – oznakę niełaski bogów – mogłaby sprowadzić na króla i jego poddanych wielkie nieszczęście. Zabawny, a przynajmniej z mojej, europejskiej perspektywy, jest fakt, że w okresie kiedy powstawała „Kryształowa Wieża” Ta Keo, Europa nie była niczym więcej niż lasem, równiną i bagnem. W Kambodży rośnie w siłę potężna cywilizacja, podczas gdy na naszym poletku hasają tylko dzikie misie.

Ta Keo wybudowana na polecenie charyzmatycznego, żeby nie napisać – dążącego do celu (i tronu) po trupach, króla Surjawarmana I to zapowiedź świetnego treningu nóg, równowagi i panowania nad lękiem wysokości. Wspinaczka na kolejne poziomy świątyni po stromych schodach to zadanie dla najwytrwalszych. Im bliżej końca, tym większa pokusa żeby z dwóch kończyn przejść na cztery. Naprawdę, wyślizgane schody są tak wąskie, że wystarczy chwila nieuwagi, aby spaść i bardzo mocno się poturbować. Poza tym, co schodek to inne gabaryty. Nie na każdym mieści się stopa dorosłego człowieka, więc trzeba naprawdę bardzo mocno uważać. Zwłaszcza, że w przeciwieństwie do wielu innych świątyń, w Ta Keo nie uświadczymy żadnej pomocy wspinaczkowej w postaci drewnianych schodów czy poręczy. Radź pan sobie sam, w końcu nikt nie zmusza żeby wspinać się na samą górę. Na zachętę napiszę tylko, że kambodżańska dziatwa wbiega na szczyt niemal z zamkniętymi oczyma, a widoczki z góry, jak zwykle, wynagradzają wysiłek.

P1830778

P1830762-horz

Thommanon & Chau Say Tevoda

Hinduistyczne świątynie-bliźniaczki poświęcone Wisznu oraz Śiwie. Położone niemal na przeciwko siebie, na terenie otwartej dżungli, wyróżniają się fantastycznie zachowanym stanem i bogactwem zdobień ukrywających się w skromnych wnętrzach sanktuariów. Najbardziej charakterystyczny element obydwu świątyń stanowią płaskorzeźby dewat, boskich tancerek, wyrzeźbionych z dbałością o każdy, nawet najmniejszy detal. Dewaty są naprawdę piękne. Niejednokrotnie miałam momenty zwiechy, w których to po prostu gapiłam się na jedną z nich, z uporem maniaka studiując każdy element garderoby i biżuterii. Choć wstyd przyznawać, ogromem w Angkorze można się po ludzku zmęczyć. Maleńkie świątynie zlokalizowane po środku lasu pozwalają odetchnąć od przepychu i uspokoić rozbuchane emocje.

P1830801

P1830812

P1830817

P1830787-horz

Angkor Thom

Angkor Thom, „Wielkie Miasto”, to kolejna okazja aby odrobić zadanie domowe. Większość osób mówiąc Angkor Thom, myśli –  brama wjazdowa z gigantyczną twarzą Buddy na szczycie. Nieprawda to, bowiem Angkor Thom to ostatnia, za to naprawdę niezwykła, stolica imperium khmerskiego zbudowana na rozkaz ukochanego króla-boga, Dżajawarmana VII. Za panowania tegoż właśnie króla imperium osiągnęło szczyt swojego rozwoju, ale niepohamowana rozrzutność władcy doprowadziła je do równie szybkiego upadku. Na terenie kompleksu znajduje się sporo perełek architektury khmerskiej, więc 3 godziny to minimum, które należy poświęcić na jej zwiedzanie.

Angkor Thom elektryzuje od pierwszego kroku. Najpopularniejszą z pięciu gopur, czyli bram warownych, jest brama wschodnia (a właściwie – jedna z dwóch) ze względu na imponującą, 100-metrowej długości groblę-most przechodzący kiedyś nad fosą, który po obydwu stronach otaczają dwa rzędy pięćdziesięciu czterech posągów. Po lewej stronie – posągi dewów – półbogów, po prawej – posągi asurów – demonów. Ręce 54 posągów przytrzymują układającego się w balustradę, dziewięcio-głowego węża Wasuki – scena przedstawia jeden z najbardziej znanych i lubianych hinduskich mitów – ubijanie Morza Mleka. Demony i bogowie, przyciągając do siebie ogromnego węża, ubijają morze aby wytrącić z jego głębin eliksir nieśmiertelności.

P1830821

Angkor Thom – brama wschodnia.

P1840097

P1840096

P1840101

Demon na drugim planie wyraźnie miał nas dosyć.

Bayon

Jedźmy dalej, bo czas na Bayon, mili państwo. W samym centrum ufortyfikowanego miasta dumnie stoi najbardziej majestatyczna ze wszystkich świątyń na terenie kompleksu Angkor Thom. W porównaniu do klasycznego, khmerskiego stylu, XII-wieczny Bayon sprawia wrażenie mocno nieuporządkowanego, chaotycznego wręcz, w całym swoim jestestwie. Nie ma tu miejsca na delikatne zdobienia i misternie rzeźbione okiennice, króluje kontrolowany bałagan, zaprojektowany w sposób ułatwiający grę światła na poszczególnych elementach budowli.

Wokół centralnego trzonu świątyni na wysokości 43 metrów wznoszą się 54 wieże zwieńczone kwiatami lotosu. Na każdej z czterech stron wykuto 2- i 3-metrowe ludzkie twarze o miękkich, łagodnych rysach i enigmatycznych półuśmiechach. Co najbardziej niesamowite – każda z nich jest zupełnie inna! Według jednych interpretacji twarze stanowią odwzorowanie boskiego wcielenia Buddy, a według innych – jego ziemskiej postaci, wspomnianego króla Dżajawarmana VII. Mnożnik jest prosty: 54 x 5 = 216. Dwieście szesnaście spoglądających na siebie, na Ciebie, na nas i na nich twarzy! Niech pierwszy rzuci piaskowcem ten, kogo taki widok nie ruszy. Historyczne zapisy mówią, że każda z 216 twarzy była pozłacana. Wyobraźcie sobie ten widok podczas zachodu słońca. SIMPLY EPIC.

Pomimo atmosfery nadprzyrodzoności, którą niewątpliwie czuć w Bayonie, ciężko tu o dobre zdjęcie. Szeroki plan nie wchodzi w grę, bo wszędzie ciasno, wąsko albo ciemno. Twarze, mimo że jest ich tak wiele, też ciężko uchwycić, aby wyszły tak jak nam się podoba. Popołudniowe światło nie pomaga, więc prawie każdy wyjeżdża stąd z niedosytem.

P1840003

P1840009

P1840004

P1840012

P1840026-horz

P1840021

APSARA (Authority for the Protection of the Site and Management of the Region of Angkor), organizacja założona na potrzeby ochrony Angkoru. „Ochrona” to w głównej mierze młodzi chłopcy i dziewczyny.

P1840038-horz

P1840036-horz

P1840041

P1840042-horz

P1840045

P1820609

Baphuon

Świątynia zbudowana w połowie XI wieku niczym nie ustępowała Angkor Wat. Uważaną za perłę sztuki khmerskiej, zdobioną złotem 50-metrową piramidę zwano „złotą świątynią na złotej górze”. Gdyby nie wysiłek francuskich archeologów, być może ze świątyni nic by nie zostało. Sporo elementów do budowy których wykorzystano drewno, nie przetrwało i z biegiem lat Baphuon uległ destrukcji. Wykorzystując technikę anastilosi, budowlę całkowicie rozłożono, każdy blok kamienny ponumerowano i skatalogowano, uzupełniono brakujące elementy i dopiero później ponownie złożono świątynię w całość – niczym największe puzzle na świecie składające się z 300 000 elementów!

Po ekstremalnie długim dniu zwiedzania, od 5.00 rano do 17.00, ciężko było nam się już skupić na czymkolwiek. Synapsy odcięły prąd po wyjściu z Bayonu, więc pozostałe świątynie zwiedzaliśmy raczej na autopilocie. Człowiek chce się zachwycać i nie może, bo palące słońce, pragnienie i duchota wyzierają ostatki sił i chęci do życia. To, co oglądaliśmy, wciąż robiło wrażenie. A my już nie mieliśmy sił, aby się zachwycać.

P1840086

P1840069-horz

P1840091

P1840094-kopia

P1840073

P1840063

P1840068

A może bogowie lubią Coca-Colę? Sprawdzić zawsze warto.

P1840084

P1840050

P1840049

Terrace of the leper king & terrace of the elephants

Tuż obok Bayonu rozciągają się dwa rozległe tarasy: Taras Słoni oraz Taras Króla Trędowatego. Obydwie budowle zlokalizowane na olbrzymim placu są tylko echem minionych czasów. To właśnie tutaj znajdował się pałac królewski, który ze względu na nietrwały budulec jakim było drewno, zniknął bez śladu i nikt nigdy nie pozna już jego wielkości. Przez sam środek Angkor Thomu, bo wciąż w nim jesteśmy, biegł nieskończenie długi mur pełniący funkcję trybuny podczas audiencji udzielanych przez króla. U stóp muru, którego elementem jest mierzący przeszło 800 metrów wspomniany Taras Słoni, maszerowały triumfalne defilady wojskowe. Odbywały się tu również rozmaite ceremonie, w tym przemarsz królewskiej kawalerii, królewskich żon, konkubin i pałacowych dziewek, zwieńczony obecnością samego króla. Król poruszał się na słoniu o złoconych kłach, na głowie miał złoty diadem, na szyi sznur pereł, a w dłoni potężny miecz. Tak pięknie ubrany, a nikt nie mógł patrzeć. Gdy tylko król pojawiał się na horyzoncie, poddani musieli padać na twarz i trwać w przykurczu dopóki władca ich nie minął. Jak to się mówi, zmarnowany potencjał.

Wiele na temat ówczesnych zwyczajów panujących w Angkorze dowiedzieć się można z pamiętników pozostawionych przez Zhou Daguana, chińskiego dyplomaty który, jako członek większej ekipy, przybył do siedziby królów w oficjalnej delegacji. Nie sposób wszystkie je tu opisać. Wyobraźcie sobie, że tekst tego wpisu, mimo że ciągnie się niemal bez końca, jest tylko małą, doprawdy maleńką, zajawką tego co można by o tym miejscu napisać!

Na przedłużeniu Tarasu Słoni wznosi się XII-wieczny, siedmiometrowy Taras Trędowatego Króla – Jaśowarmana. Ta specyficzna nazwa wywodzi się od znajdującego się na szczycie okaleczonego posągu wielkiego twórcy Angkoru, który, wedle przesłanek, zmarł na trąd. W przeciwieństwie do poprzedniego tarasu, Taras Trędowatego Króla zawiera w sobie pięć rzędów dobrze zachowanych płaskorzeźb przedstawiających medytujące apsary, sceny z polowań i życia codziennego, różne gatunki zwierząt i postaci królów.

P1840095

Taras Słoni.

P1840088

Banteay Srei

Banteay Srei, inaczej „Twierdza Kobiet” to miniaturowy kompleks świątynny z X wieku, który już na wstępie zachwyca kobiecą subtelnością. Widać, słychać i czuć tu wyraźny woman’s touch. Na jego wyjątkowość składają się przede wszystkim trzy elementy – budowle z charakterystycznego różowego piaskowca, jedyne w swoim rodzaju; misterne reliefy, które w przeciwieństwie do płaskorzeźb w innych świątyniach, ciosano bardzo głęboko, tworząc efekt trójwymiarowych postaci i zdobień oraz doskonale zachowana forma, którą zawdzięczać należy wysokiej jakości pracom rekonstrukcyjnym. Warto poświęcić chwilę na studiowanie płaskorzeźb przedstawiających hinduistycznych bogów w ważnych momentach życia.

Dotarliśmy tutaj trzeciego dnia z samego rana, tuż po otwarciu bram. Choć kompleks oddalony jest od Siem Reap o 25 kilometrów, nie stanowi to absolutnie żadnej przeszkody dla podróżujących klimatyzowanymi busami Chińczyków. Pół godziny od otwarcia trzeba zwiewać, ale co do tego czasu zobaczyliśmy, to nasze. Poranne światło podkreśla niezwykły kolor piaskowca i jeszcze bardziej uwydatnia przepiękne, hinduistyczne reliefy. I znowuż, brawa dla naszego kierowcy tuk-tuka, Ritha. Doskonale wiedział, co robi, wyciągając nas z łóżek o szóstej.

P1840350

P1840344-horz

Po lewej: na samej górze reliefu można dostrzec boga Indrę na swoim trójgłowym słoniu.

P1840340-horz

P1840325

P1840305

P1840329

Banteay Samré

Przedostatni przystanek, zgrabna i kompaktowa Banteay Samré. Do świątyni od strony wschodniej prowadzi 200-metrowa grobla z balustradą przedstawiającą węża naga. To właśnie tutaj stała się rzecz niesłychana. Zbezcześciłam świętość tego miejsca, perfidnie wypinając tyłek do zdjęcia. Taki smaczek prawie-na-sam-koniec wpisu żeby sprawdzić czy ktokolwiek trafi do tego miejsca! A już bardziej na poważnie – choć czaru odmówić jej nie można, Banteay Samré w przeszłości mogła robić na odwiedzających o wiele większe wrażenie. Budowla zlokalizowana w pobliżu zbiornika wodnego Wschodniego Baraju (East Baray) setki lat temu odbijała się w wodnej tafli. Co więcej, budynki postawione wewnątrz murów świątyni zbudowano na podwyższeniach. Przepływająca tu wieki temu wewnętrzna fosa obmywała fundamenty wszystkich zlokalizowanych bibliotek i innych wieżyczek. W Banteay Samré zachowały się również hinduistyczne i buddyjskie reliefy przedstawiające bogów, sceny walki i dzikie zwierzęta. Z miejscem wiąże się też pewien ciekawy mit o rolniku i słodkich ogórkach, który wskutek pomyłki dopuścił się okrutnego królobójstwa. Nie będę za wiele zdradzać, bo po pierwsze, i tak chcecie mnie już pewnie zakatrupić za tę ilość tekstu, po drugie – czytelnik musi czuć niedosyt.

P1840409

P1840397-horz

P1840395

P1840407

P1840387-horz

Angkor Wat. finał

Jak syn marnotrawny krążący wokół Angkoru każdego dnia, w końcu wróciliśmy do domu. Kończymy tam, gdzie większość swoją historię w Angkorze rozpoczyna. Przy okazji, zwiedzanie tej największej i najbogatszej budowli sakralnej na świecie w okolicach południa to strzał w dziesiątkę. Studiując płaskorzeźby można schować się przed upałem, a przy okazji mieć tego kolosa tylko dla siebie. Serio, w południe mało kto tu zagląda! Aż wierzyć się nie chce, ale najlepszym dowodem jest na to fakt, że dzień wcześniej, w okolicy godz. 17.00, kolejki ludzi czekających na wejście na najwyższy poziom świątyni nie miały końca. Dzień później o godz. 12.00 wejście na wieże świeciło pustkami. Magia? Nie, to spryt! Tylko i aż.

Angkor Wat, symbol i chluba narodu widniejąca na kambodżańskiej fladze, lokalnych banknotach (rielach kambodżańskich), butelkach piwa, papierosach i billboardach reklamujących wszystko, co popadnie. Piramida zajmująca obszar pięciokrotnie większy od Watykanu znaczy tyle dla sztuki khmerskiej, co Partenon dla kultury helleńskiej. Bez Angkor Wat nie ma Kambodży.

Budynek poświęcony Wisznu przez 30 lat XII wieku na wezwanie króla Surjawarmana II wnosiło około 5 tysięcy rzemieślników i 50 tysięcy robotników. Podstawy tarasowych wschodów wznoszących świątynię na kolejne piętra pną się ku górze w sposób, który niżej położonym platformom nie pozwala zasłonić wyższych konstrukcji. W centrum kompleksu stoi piramidalna konstrukcja symbolizująca mityczną górę Meru – centrum wszechświata. Zewnętrzny mur oznacza jego krawędź, fosa – oceany. Największe wrażenie na większości odwiedzających, rownież i na nas, zrobiły słynne galerie płaskorzeźb. Podobno powinno się je oglądać poruszając się w kierunku odwrotnym do ruchu wskazówek zegara, ale już teraz wiem, że obeszłam je od samego końca. W zasadzie wyszła z tego dobra gra – najpierw zgadywaliśmy, co przedstawia dana ściana, a dopiero później dowiadywaliśmy się z małej tabliczki, co faktycznie się na niej znajdowało. Czasem nawet trafiałam. Reliefy ciągną się na długości ponad 900 metrów i przedstawiają niemal 20 tysięcy postaci i sceny z eposów indyjskich Ramajany i Mahabharaty. Pozostałe płaskorzeźby nawiązują do dziennego życia dworu, ale jest ich tak dużo, że nie sposób ogarnąć je umysłem.

Arkady świątyni zdobią dewaty, boskie nimfy oraz obwieszone sznurami pereł roztańczone apsary, symbolizujące ideał kobiecości świątynne tancerki. Uda rzeźbionych kobiet zasłaniają sarongi z cienkiej materii, które wydrążono w kamieniu  – jak dla mnie – w jakiś ponadludzki, kosmiczny sposób. Nie wspominając o reszcie miniaturowych ozdób i ozdóbek.

P1840111

P1840450

Hehe, panienka z okienka!

P1840115

P1840117

P1840118

P1840473

P1840470

P1840507

P1840553

P1840198-horz

P1840535

P1840517-horz

P1840525

P1840540

P1840204

P1840561-horz

P1840544

P1840218-horz

Śiwa, Shiva – jak kto woli. Ten pan robi wrażenie.

P1840537-horz

Po lewej: na tle starć religijnych, zwolennicy hinduizmu odłupywali głowy posągom Buddy. Choć równie dobrze ta mogła zostać ukradziona i teraz znajduje się w jakiejś prywatnej kolekcji. Po prawej: złodziej, tu byłem. I trochę porozkradałem.

P1840127

P1840128

„Grażyna, zobacz sama. Nie wejdę, no nie wejdę! Zrób mi chociaż foteczkę przed wejściem.”

P1840558

P1840172

Odważyłam się, zrobiłam to. Mnich pokropił wodą i zawiązał na nadgarstku bransoletkę z czerwonego sznurka na kilka supełków, wymawiając słowa modlitwy. Na szczęście. (nie, to nie jest moja ręka).

P1840180

P1840192

P1840164

W Angkorze wszyscy jesteśmy plackami bez życia. Każdemu po równo.

P1840129-horz

P1840209

Na początku wpisu wspomniałam, że odwiedziny Angkoru rozwalają mózg na milion drobnych kawałków. Tak się składa że opis, który pewnie większość z Was i tak pominie (w cuda nie wierzę, choć chciałabym!) to tylko czubek góry lodowej. Jedna setna tego, co można by o Angkorze napisać. Ba, ja nawet nie opisałam wszystkich świątyń, które widzieliśmy! Tylko te najważniejsze. Dacie wiarę? Angkor można próbować zrozumieć, ale w starciu z tropikalnym klimatem wyniesiona z domu książkowa wiedza wyparowuje z człowieka równie szybko co pot. Angkoru trzeba po prostu DOŚWIADCZYĆ.

Nie rozczarował on nas zupełnie. Choć przyznaję, bywało cholernie ciężko. Sądziłam, że będzie prościej. Uważam się za osobę wcale wysportowaną, ale w starciu ze słońcem palącym od wschodu do zachodu i niesamowitą duchotą, która sprawia że już po godzinie zaczynasz pławić się we własnym pocie, poniosłam klęskę. Lało się z nas niemiłosiernie, każdego dnia wyglądaliśmy i czuliśmy się jak placki. Albo jaja sadzone. I co, warto było się tak męczyć? Absolutnie!

Zrobilibyśmy to jeszcze kilka razy w życiu, gdyby tylko ktoś dał nam taką szansę. Kilkudniowe doświadczenie nie byłoby jednak tak wspaniałe, gdyby nie wspomniany kierowca tuk-tuka, Rith znany w środowisko jako Mr Why Not. A dlaczego tak? Bo nigdy nikomu nie odmawia. Chcesz jechać tam – why not! Chcesz zrobić to – why not! Chcesz się zatrzymać w najmniej wygodnym miejscu na trasie, a później wdrapać na górkę, żeby pod dziwnym kątem zrobić zdjęcie Buddzie – why not! Rith to przy tym bardzo skromny, szczery, pracowity – jednym słowem – cudny człowiek. Natrafiliśmy na niego przypadkiem, bo akurat dorabiał sobie w naszym guest housie. Wystarczyło wymienić kilka słów i od razu wiedzieliśmy, że to nasz człowiek. Prowadził nas w tak umiejętny sposób, że ani razu nie natknęliśmy się na tłumy turystów. A gdy te wstępowały do świątyni, my kończyliśmy zwiedzanie. Dość powiedzieć, że dbał o nas jak matka o własne dzieci. Codziennie woził w lodówce świeżą wodę, kupował owoce, kupował wszystko, co wpadło nam w oko, np. sok z trzciny cukrowej, a pieniądze chciał otrzymać dopiero na sam koniec (czyt. po trzech dniach) wykonanej pracy i absolutnie nie wcześniej. Nie wspomniałam o najważniejszym – Rith to także wspaniały przewodnik! Do tej pory mamy przed oczami taki oto obrazek: Rith zatrzymuje tuk-tuka bo dojechaliśmy do kolejnej świątyni, ściąga kask, obdarza nas szeroookim uśmiechem i, pełen pasji, opowiada o tym, co na nas czeka. Ileśmy mu pytań zadali – o świątynie, o życie w Kambodży, o ludzi, o mnichów, o tradycje, o kuchnię… Na każde pytanie Rith odpowiadał najbardziej wyczerpująco jak tylko potrafił, a później znowu obdarzał nas tym swoim czarującym uśmiechem. Bardzo chcielibyśmy pomóc Rithowi w rozkręceniu jego małego biznesiku, więc polecamy jego stronę i gorąco zachęcamy do kontaktu każdego, kto do Angkoru będzie się wybierał. Mr Why Not to prawdziwy unikat, jesteśmy zakochani w tym panu. Serio.

P1840566

Pamiątkowa foteczka: w roli głównej Rith AKA Mr Why Not. Najcudowniejszy kierowca tuk-tuka w Siem Reap.

Żeby zakończyć wpis bardziej ciekawie niż „ochy i achy”, dodam tylko, że w drodze powrotnej z Siem Reap do Bangkoku przeżyliśmy najgorsze turbulencje swojego życia. Małe samolociki ze śmigłami są najgorsze, ugh. Trzęsło nami jak galaretą przez połowę lotu. W pewnym momencie samolot poleciał w dół jak zepsuta winda, obydwoje byliśmy posrani w gacie i w myślach żegnaliśmy się z tym światem. Adrenalina nie odpuszczała jeszcze przez parę godzin, ale nastrój trochę nam się poprawił gdy przeczytaliśmy, że a) od turbulencji samoloty nie spadają, b) takie przygody nad Azją Południową-Wschodnią to niemalże codzienność, więc chill, kurna, everybody.

Smutne wieści są też takie, że choć Angkor zarabia na swej sławie miliardy dolarów, żaden z nich nie poprawia sytuacji i poziomu życia mieszkańców Siem Reap. Amerykańskie dolary, którymi turyści płacą w Kambodży, trafiają do budżetu rządu i prywatnych firm. Prawdziwa maszynka do zarabiania pieniędzy której nikt nie jest w stanie nawet porządnie oświetlić. Zmrok w dżungli zapada błyskawicznie, ale o lampach można pomarzyć. Nie wspominając o ławkach czy toaletach rozmieszczonych w bardziej strategicznych miejscach niż obecne. I nie chodzi tu wcale o wygodę białasa, ale o fakt, że pieniądze z kas Angkoru rozpływają się w eterze. Czy sytuacja kiedykolwiek poprawi się na lepszą? Szczerze wątpię i jest mi z tego powodu bardzo przykro.

Angkor to trudna miłość, ale warto dać jej szansę.

Wszystkie informacje praktyczne znajdą się w osobnym wpisie, podsumowującym całą podróż. Jeśli jednak w międzyczasie cokolwiek przyjdzie Wam do głowy, pytajcie. Będziemy odpowiadać na świeżo!

 

*Cytat z książki Jacka Pałkiewicza „Angkor”. Wpis o Angkorze nie powstałby w takiej formie gdyby nie książka, którą serdecznie polecam. W tekście do opisu historii i poszczególnych świątyń wykorzystałam fragmenty znalezione w albumie Jacka Pałkiewicza. Bardzo zależało mi aby wpis rozpocząć od opowieści z którą każdy mógłby się w mniejszym lub większym stopniu utożsamić, nie od suchych faktów wygrzebanych w Wikipedii i duplikowanych na wielu stronach o podobnej tematyce. Raz jeszcze – polecam! Najlepsza lektura przed odwiedzinami Angkoru.