Europa Fotografia Podróże Przygoda

Słowenia. Tu dzieje się magia

Słowenia. Brzmi prawie jak Słowacja, ale zdecydowanie bliżej jej do Austrii. Nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zwłaszcza, jeśli na miejscu ma się do wykorzystania tylko 1,5 dnia. Tyle jednak wystarczyło żeby bez pamięci zakochać się w małej, malowniczej miejscowości leżącej u podnóża Alp.


Zanim dotarliśmy na miejsce, piątkowy wieczór spędziliśmy w stolicy Słowenii – Lublanie. Po zdeponowaniu tobołów w hostelu jedyne, o czym marzyliśmy, to łyk gorącej kawy. Przemierzając starówkę wzdłuż rzeki Lublanicy dotarliśmy do najmilszej kawiarnii, jaką kiedykolwiek było mi dane odwiedzić. Oczywiście nic nie dzieje się przypadkowo, bo Ziferblat Ljubljana zawczasu znalazł się na liście miejsc do sprawdzenia.

Kawiarnia wyróżnia się wśród innych tym, że nie płaci się tu za za kawę, napoje czy jedzenie, ale za czas który w niej spędzamy – 5 eurocentów na minutę, około 3 euro na godzinę. A w środku – hulaj dusza i samoobsługa. Można samemu zaparzyć kawę, można zaparzyć nawet i 10 kaw. Można zrobić sobie herbatę, podjadać ciastka i grać w gry planszowe. Na wstępie wybieramy jeden z oldschoolowych zegarków czekających na półce, którym należy się zaopiekować jak własnym przyjacielem. Podczas naszej wizyty kawiarnią zarządzał chłopak z Essex w Anglii, który postanowił na dłużej zatrzymać się w Lublanie. Oprowadził nas po lokalu, wciągnął w rozmowę z pozostałymi gośćmi, a później… usmażył wszystkim naleśniki. Dam sobie rękę uciąć, że podobne miejsce zrobiłoby w Warszawie furorę. Dlaczego nikt tego jeszcze nie wymyślił?

Następnego dnia rano, budziki jak złe, rozdzwoniły się punkt 6.00. Po to tylko żeby zdążyć na kawę (ceny, mimo że w euro, bardzo podobne do polskich), zajść do piekarnii i finalnie zebrać się na autobus do Bledu, który o 8.00 odjeżdżał z głównego dworca autobusowego w Lublanie. Minęło 1,5 h drogi i BENG – znaleźliśmy się u celu.

P1740290

P1740491

P1740621

P1740618

Gdy przed wyjazdem w instagramową wyszukiwarkę wpisałam hasztagi #bled lub #bledlake, niema połowa zdjęć wcale nie przedstawiała słynnego jeziora, tylko ciastko przypominające napoleonkę. Zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi z tym całym zamieszaniem i po kilku klikach znalazłam informację że kremna rezina to taka lokalna specjalność cukiernicza z którą z Bledu wyjeżdża każdy szanujący się turysta. Ciastko składa się z dwóch warstw – śmietany i masy przypominającej budyniową, zamkniętych w płatach ciasta francuskiego. Porcja jest ogromna, co nie przeszkodziło mi zjeść aż 1,5. Piotrek zaniemógł, a ciasto (i lody) nigdy nie powinny się na tym świecie marnować. Co warto wiedzieć, najlepszy Bled Cream Cake podają w cukierni Slaščičarna Šmon. Kolejną specjalnością zakładu, której nie mogłam się oprzeć w późniejszym czasie, jest gibanica – ciasto smakiem przypominające miks makowca i jabłecznika. Kolejny słoweński rarytas, kolejne +10 punktów do wyrzutów sumienia.

Nie o jedzeniu ma być jednak ten wpis, ale o magii która dzieje się nad jeziorem Bled. Mimo, że miejscowość leżąca u podnóża Alp Julijskich jest największą turystyczną atrakcją Słowenii, panuje w niej błoga i kameralna atmosfera. Grupy ludzi wylewające się z autobusów wycieczkowych od razu ładują się na łódki i za 10 euro płyną na wysepkę z kościółkiem, żeby za kolejne kilka euro pobimbać dzwonem, a potem potulnie wracają do autokarów i odjeżdżają w siną dal. Podobnie ma się sprawa z Zamkiem Bledzkim. Wspinaliśmy się 15 minut tylko po to żeby dowiedzieć się, że jeśli nie zapłacimy 10 euro to możemy sobie zagrać na nosie, bo zza wysokich kamiennych murów nie widać kompletnie niczego. Zrezygnowaliśmy, bo wiedzieliśmy że są miejsca, w których widok na jezioro jest jeszcze lepszy, a wstęp całkowicie darmowy.

P1740276

P1740464

P1740326

P1740330

P1740447

P1740388

P1740442

P1740597

P1740294

P1740446

P1740347

P1740526

Mimo, że obejście całego jeziora żwawym krokiem zajmuje około 45 minut, większość przyjezdnych odmawia sobie tej przyjemności na dzień dobry. A szkoda, bo na każdym kroku, pomiędzy każdym z krzaczków wyrastających z brzegu, czai się sporo wyjątkowych miejsc do sfotografowania.

P1740613

P1740310

P1740560-horz

P1740565

P1740569

P1740570

P1740552

P1740541-horz
P1740315

P1740505

Następnego dnia rano plan mieliśmy jeszcze bardziej ambitny. Wstać o 5.00, dotrzeć do punktu widokowego nad jeziorem przed wschodem słońca, wrócić na śniadanie do pensjonatu i zdążyć na autobus powrotny do Lublany o 10.30. Łatwo nie było, ale o 6.10 byliśmy zwarci i gotowi do wyjścia. Otwieramy drzwi, a na dworze ciemno i leje. Doskonale. Cały plan uchwycenia dobrego światła o wschodzie słońca diabli wzięli. Zrezygnowani wróciliśmy na śniadanie i o 8.00 postanowiliśmy dać sobie drugą szansę. Dzień wcześniej srajfon pokazywał że w niedzielę pogoda będzie jeszcze gorsza niż w sobotę (dużo chmur, zero słońca), a tu – niespodzianka. Niebo zaczęło się przejaśniać, a z ponad zalesionych szczytów w końcu wyłoniły się Alpy!

Największy spektakl natury odbywał się jednak nad jeziorem. Zero ludzi, cisza absolutna, za plecami góry, a przed oczami widok zaliczany do kategorii tych porażająco pięknych.

P1740655

P1740644

P1740675

P1740672

Mgła wędrowała ponad koronami drzew i przemykała tuż nad taflą jeziora. Nigdy wcześniej nie doceniałam uroków jesieni bo jestem na baterie słoneczne, ale ten moment był dla mnie w jakiś sposób przełomowy. Nie sądziłam, że natura jesienią może być tak fascynująca. Zakochałam się, it’s official. Ale spoko, dzieci z tego nie będzie.

P1740631

P1740659

P1740669

P1740676

P1740668

Mniej więcej w połowie jeziora, patrząc od strony miasteczka, biegnie ścieżka prowadząca do dwóch najbliższych szczytów – Ojstricy i Malej Osojnicy. Zdecydowaliśmy się wdrapać na ten pierwszy z dwóch prostych powodów – ograniczony czas i widok nie do pobicia. Zwłaszcza, jeśli na miejsce docieramy jako pierwsi.

P1740724-horz

P1740691

P1740708

P1740704

Wejście na szczyt zajmuje około 20 minut. Jest odrobinę męczące, ale każdy początkujący powinien pokonać trasę bez większego problemu. Panorama jeziora wynagradza koszt poniesionego wysiłku.

P1740716

Po tym, co zobaczyliśmy z rana, Bled w świetle dnia traci dużo ze swojego uroku. Co oznacza że większość przybywających w pośpiechu nie ma szansy doświadczyć tego, co dzieje się tu o wschodzie i zachodzie słońca. Nie popełnijcie tego błędu i przyjedźcie do Bledu na więcej niż pół dnia. Warto jak diabli.

P1740736

Zanim dotarliśmy na lotnisko, jeszcze przez cztery godziny wałęsaliśmy się po ryneczku Lublany. Stolica Słowenii to bardzo kompaktowe miasto z kolejnym zamkiem na szczycie, z którego bez poniesienia dodatkowej opłaty niewiele jest się w stanie zobaczyć. Panorama miasta na szczęście nie jest zjawiskowa, więc przejazd funicularem spokojnie można odpuścić.

Poszukując czegoś na ząb, znowu, całkiem przypadkowo, trafiliśmy na malutki lokal o szanującej się nazwie Klobasarna. Nie sposób go przeoczyć, bo nad wejściem wisi dorodne pęto kiełbasy nadnaturalnych rozmiarów. Specjalnością zakładu jest zestaw składający się ze słoweńskiej kiełbasy, chrupiącej buły, tartego chrzanu i musztardy oraz moje ulubione štruklji – zawijaniec z ciasta i białego sera, smakiem przypominający leniwe z masłem i bułką tartą.  Nie wspomniałam też że w samym Bledzie restauracji z daniami w rozsądnych cenach jest jak na lekarstwo, ale znowu, przypadkowo, znaleźliśmy miejsce godne polecenia – Oštarija Babji zob, serwujące m.in. štruklji  jeszcze lepsze niż w Lublanie i njoki – słoweńskie kluski przygotowywane na podobieństwo włoskich gnocchi. 

Tyle z informacji praktyczno-gastroturystycznych. Gorąco namawiam: pakować plecaki i przyjeżdżać do Bledu żeby doświadczyć tego, czego nie da się przedstawić za pomocą zdjęć, a czego warto – przynajmniej raz w życiu – doświadczyć na własnej skórze.