Europa Francja Podróże

Paryż, mon amour. Akt I

Paryż – miasto świateł, najlepiej ubranych kobiet i europejska stolica glutenu. Hint: z wymienionych określeń tylko jedno jest prawdziwe (zgadnij, które). Nasze drugie, a moje czwarte, odwiedziny w stolicy Francji wreszcie zaowocowały tym, czego nie było nam dane zobaczyć przez ostatnie lata. Jak to mówią, do czterech razy sztuka. A Paryż po raz czwarty jest o wiele piękniejszy, niż Paryż po raz pierwszy.


Jakie to odświeżające, wspaniałe wręcz, uczucie – choć raz w życiu podróżować po Europie jak człowiek i zamiast na lotnisku BVA (Paryż-Beauvais), wysiąść dla odmiany z samolotu Air France na CDG (Paryż-Roissy-Charles de Gaulle). Szalone Środy LOT-u kupowane z rocznym wyprzedzeniem polecają się na wakacje.

Woody Allen powiedział kiedyś: Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach. Nie mnie oceniać, kto tam na górze decyduje o pogodzie, ale ewidentnie przed lipcowym wyjazdem za dużo myślałam o słońcu.

P1680464

P1680480

Paryż przywitał nas wyjątkowo paskudną pogodą. Mnóstwo ciężkich chmur na niebie z perspektywą zacnej burzy. Nie dajcie się jednak zwieść, bo kolejne dni okazały się być łaskawsze, a o wszystkim dowiecie się z opowieści zamkniętej w kilku aktach.

Paryż – akt I

La Défense, Trocadero i Montmartre

Najlepsze miejsce do spania w Paryżu? Zdecydowanie Montmartre! Nie żebym miała duże doświadczenie w temacie, bo raz spałam w hotelu z mamą, następnym razem na betonie przed halą koncertową, a rok temu nieopodal Disneylandu, niemniej jestem prawie pewna, że lepiej skomunikowanego, bardziej urokliwego i nasączonego duchem artystycznej bohemy miejsca tu nie znajdziecie.

Po dotarciu do wynajętego mieszkania (pokoju, gwoli ścisłości), rzut beretem od Moulin Rouge i Placu Pigalle, rzuciliśmy toboły, gotowi rozpocząć Wielką Paryską Przygodę.

P1680504

P1680500

Opera Paryska.

Kto regularnie czyta bloga, ten wie, że odwiedzanie polecanych spotów kulinarnych (#pornfood) ekscytuje nas prawie tak samo, co odkrywanie miasta. Na dzień dobry nie mogło więc zabraknąć wizyty w jednej ze słynnych piekarni Gontran Cherrier, na nasze szczęście położonej bardzo blisko miejsca noclegowego. Przystojny pan Cherrier specjalizuje się w produkcji „wypieków kreatywnych”, np. smacznego czarnego pieczywa z dodatkiem tuszu z kałamarnicy i czarnego sezamu. Zobaczcie sami, jak ładnie pozuje ze wspomnianą bułą.

My też mamy swoją sesję. Ze względu na wrodzoną wstydliwość modelki, trwała ona w nieskończoność (cyt. Ej, ale ludzie się gapią jak ja tu stoję jak cep z tą bułą. Czuję się jak debil.). A dodam, że pomysł na sesję był mój, a pierwotnie podpatrzony u Nieśmigielskiej. Jeśli jednak zamarzy Wam się podobne zdjęcie to czarną ścianę, idealną do pozowania z bagietą, znajdziecie po przeciwnej stronie ulicy, na lewo od piekarni.

P1680509-horz

Gdy pogoda jeszcze względnie dopisywała (czyt. raz na kilkanaście minut pojawiały się przebłyski słońca), wybraliśmy się do dzielnicy biznesowej La Défense. Z tego co pamiętam, objęta jest już drugą strefą komunikacyjną i aby do niej dotrzeć, trzeba wsiąść na osobnym bilecie nie w metro, a w pociąg RER. Chyba, że tak jak ja przeczytacie w internetach, że w Paryżu nikt nie sprawdza biletów, w związku z czym (uwaga, TIP życia!) sumienie (lub jego brak) pozwoli Wam wejść za bramki przy pomocy karty miejskiej chłopaka stojącego za plecami albo wtarabanić się za matką pchającą wózek przez specjalne przejście dla wielkich gabarytów.

P1680561

La Défense.

P1680536

P1680585

P1680574

P1680548

P1680543

P1680560

Dzielnica biznesowa jaka jest, każdy widzi. Plasuje się zdecydowanie wyżej od warszawskiego Mordoru na Domaniewskiej, a to ze względu na ścisłe odgraniczenie od pozostałej części miasta. Dzielnice mieszkalne na prawo, paryski mordor na lewo (zależy, od której strony się patrzy). Mekka turystyczna sobie, szklano-betonowa dżungla sobie, etc. Jak na metropolię, infrastruktura godna pochwały. Pani Hanno Gronkiewicz-Waltz, mam nadzieję, że Pani to czyta!

Jeśli macie pociąg do fotografowania architektury, miejsce Wam się spodoba. Spodoba Wam się także jeśli macie pociąg do robienia lustrzanych selfie na tle architektury. My, co prawda, mieliśmy mocno ograniczone pole do popisu bo najciekawsza część z Grande Arche była, tradycyjnie, schowana pod rusztowaniem, ale w ostatecznym rozrachunku wyjechaliśmy mocno zadowoleni.

Kolejna w planie była okolica Wieży Eiffla, ale ze względu na fatalną aurę i tłumy turystów gnane gorączką Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej, całkowicie odechciało nam się wchodzić na górę. Zresztą z tego, co pamiętam z wycieczki z mamą (A.D. 2003), widok zza siatki nie powalał na kolana.

Żeby było jeszcze weselej, Pola Marsowe, czyli rozległy park rozciągający się tuż za wieżą, też były zamknięte. Tak. CAŁE POLA MARSOWE były zamknięte, bo na 1/10 powierzchni placu postawiono Strefę Kibica. A, jak wiadomo, kibic w czasie Euro – człowiek święty. Nie daj Boże nadepnąć mu na stopę czy zahaczyć łokciem.

Gdy ostatecznie wylądowaliśmy na wzgórzu Trocadéro, niebo postanowiło lunąć wiadrem deszczu. W konsekwencji jedyne zdjęcia Wieży Eiffla jakie mamy z pierwszego dnia, wyglądają tak:

P1680617

P1680609

P1680594<

P1680622

P1680641

Nie dajcie się nabrać! Słońce zza chmur wyszło tylko na 7 minut i 15 sekund.

Jako pitstop dla zmęczonych nóg posłużył nam Plac Inwalidów z Pałacem, który nie załapał się na żadne zdjęcie. Czy wspominałam już, że ostatnio królujemy w opisywaniu miejsc, z których nie mamy ani jednej foty? Brawo, oklaski dla tego państwa.

Ukojenie przyniosło dopiero kochane MontmartreBazyliką Sacré-Cœur malowaną promieniami zachodzącego słońca, ulicznym koncertem na schodach wiodących do kościoła, piękną panoramą miasta i sing-along do jednej z ulubionych piosenek mojego dzieciństwa – Fool’s Garden o cytrynowym drzewku.

P1680690

Sacré-Cœur.

Insider’s tip: tuż za bazyliką ukrywa się jedna z szanowanych paryskich winiarni, Clos des Montmartre. Wystarczy skręcić na zachód, na ulicę Rue Cortot, przejść obok muzeum i skręcić w Rue des Saules. Jeszcze kilka kroków przed siebie i po prawej stronie pojawią się winorośla. Voila! </end_of_the_tip>

P1680701

„I wonder how, I wonder why yesterday you told me ’bout the blue blue sky and all that I can see is just a yellow lemon-tree…”

Najlepsze zostawiliśmy sobie dopiero na sam koniec. Prawdopodobnie najdroższa, ale i najbardziej egzotyczna, wizyta w europejskiej restauracji. O ile restauracją można nazwać miejsce, w którym nieznani sobie ludzie przytulają się do siebie jak zapuszkowane sardynki, a wino ciągną z plastikowych butelek ze smoczkiem. O Le Refuge des Fondus przeczytałam na przypadkowym blogu i od razu zakochałam się w idei. Skoro ludzie jedząc w takiej ciasnocie fondue trzaskali i wylewali sobie nawzajem wino z kieliszków, sprytny właściciel wlał alkohol do smoka i wszyscy byli zadowoleni. W końcu im dziwaczniej, tym lepiej!

P1680663

P1680657

P1680669

Ogromna porcja serowego fondue + niekończący się koszyk pieczywa i dolewki wina kosztują 22 euro za głowę. Dużo i niedużo, zależy z którego kraju przyjeżdżasz (dla jasności, my przyjechaliśmy z Polski). Pierwsze w życiu fondue nie mogło smakować lepiej, a i atmosfera nie mogła być bardziej domowa. Nie zabrakło też pijańskich heheszków i braku barier językowych (wszystkim było TAK wesoło, ciekawe dlaczego?), moich wędrówek po zastawionym stole i odprowadzania za rękę do toalety przez samego właściciela. Tak się bawi, tak się bawi PA-RYŻ! Dementuję tym samym plotki, jakoby Francuzi byli z natury nieprzyjemni i wrogo nastawieni do ludzi innych narodowości.

Tip: oprócz serowego fondue, w knajpie podają też fondue mięsne do samodzielnego przygotowania. Wyglądało co najmniej obrzydliwie, ale ludzie wydawali się być zadowoleni. Wybór należy do Was.

Kończąc dzień nie zdążyliśmy tym samym sfotografować słońca zachodzącego na tle Wieży Eiffla, widocznej z mostu Pont Alexandre III (czegoś takiego jak >>zachód słońca<< w ogóle podczas wyjazdu nie doświadczyliśmy, wolne żarty), ani też zobaczyć Le mur des je t’aime (zamykają o 18.00), czy kina La Pagode, które przysłonięto wysokimi betonowymi ścianami, a te, pewnie specjalnie, obrósł jeszcze bluszcz.

P1680652

Jedyny akcent La Pagode. Artystyczne zdjęcie wykonano zza ogrodzenia.

Hej, ale nie ma tego złego! Przynajmniej wiecie, gdzie w Paryżu iść nie warto, a na smaczniejsze kąski – dosłownie i w przenośni – już teraz zapraszam do aktu II (czyt. kolejnego wpisu). Au revoir!

I rozwiązanie zagadki ze wstępu: miasto świateł – niekoniecznie. Może tak się o nim mówi, ale światła świecą w każdym mieście. Nawet te uniwersyteckie. Najlepiej ubrane kobiety? Chyba tylko w książkach pt. „Jak zostać Paryżanką w 3 dni”. Stolica glutenu? Yes, that’s right! <3

P1680704

Zobacz także…

  • Pomysł z butelkami mnie zaintrygował. Już wiem, jak wkrótce spędzę piewszy wieczór w Paryżu :D

    • Koniecznie! A, jakbyś chciała wybrać się tam sama, mają też mniejsze kociołki z fondue. Cena co prawda ta sama, ale chyba warto. Wrażenia unikalne ;-)

  • Piękne zdjęcia! Zwłaszcza tych Sacré-Cœur. My przejechaliśmy Francję w tym roku ale Paryż ominęliśmy. Polecimy tam samolotem, więc skorzystamy z tej ściągi :)

    • Fajnie! Ściąg będzie więcej, bo włóczyliśmy się po baaardzo ciekawych miejscach i mam szczerą nadzieję, że coś się z tego przyda, bo choć staram się balansować kwestie praktyczne/poradnikowe z osobistym podejściem i wrażeniami, nie zawsze wychodzi tak jakbyśmy chcieli ;) Powodzenia!

  • Marta A

    Zgodnie z moim doświadczeniem prawdziwa jest część o stolicy glutenu ;)
    Bardzo fajny post… i piękne zdjęcia!

    • Dziękujemy, strasznie nam miło :) <3

  • ❤ normalnie Paryżewo LOVE, czekałam na ten post! i w końcu mogłam przeczytać AH! już czekam na kolejne akty! i aż puściłam sobie Lemon Tree w tle

    W Paryżewie tylko raz dane mi było być, ale wspominam dobrze, ma klimat to miasto ewidentnie, choć z początku miałam trochę ten – to się zwie chyba syndrom paryski? Ale z każdym dniem było coraz lepiej – tak właśnie jak piszesz – do 4 razy sztuka (͡° ͜ʖ ͡°)

    Foty Sacré-Cœur w zachodzącym świetle mniam mniam mniam!
    No ale też foty z czarną bułą – wymiatają!

    PS – i znowu ciecze z % (っ^▿^)۶ 🍸 🍺 ٩(˘◡˘ ) więc COŚ w tym musi być, już widzę oczami wyobraźni post o szlaku wina we Francji albo gdzieś…

  • własnie sobie uświadomiłam, że nigdy w życiu nie jadlam fondue. w sensie tyle razy o tym czytalam i oglądalam że czuję się jakby juz próbowała, ale jak robię rozliczenie w głowie, to okazuje sie że nie. chyba że czekoladowe. jadlabym!
    fajny ten paryż. w sensie podobal mi sie już wtedy jak byliśmy, ale jeśliteraz oglądam Wasze zdjęcia i czuje ciepelko w serduszku, to chyba znaczy ze to bylo coś więcej.
    a nasza sesja z bulką byla na tej samej czarnej ścianie, oczywiście :d

    • o proszę! great minds think alike – a tak na serio, ta ściana tak mocno rzuca się w oczy, że grzechem byłoby przy niej nie stanąć.

      a z fondue mieliśmy zupełnie podobnie, milion lat o tym słyszysz, a nigdy nie jadłeś – jest dobre, nawet bardzo, ale do czasu aż przekroczy się tę magiczną granicę ze patrząc na ser masz ochotę wszystko zwrócić ;)