Przemyślenia

Less is more. Minimalizm w życiu

Czym jest dla mnie minimalizm? Na pewno nie wyświechtanym frazesem, który na fali najnowszego trendu ponownie wrócił do łask. Nie jest też skończoną listą przedmiotów, którymi powinnam się otaczać, ani sposobem na przyciągnięcie uwagi za pomocą chwytliwego hasła. Minimalizm to sposób na życie, który świetnie wpisuje się w potrzeby aktywnej, podróżującej osoby.


Pamiętam jak bardzo spodobał Wam się wpis z początku roku, w którym postanowiłam podzielić się kilkoma myślami, swobodnie krążącymi mi po głowie. Wspomniane myśli dotyczyły potrzeby działania i kurczącego się czasu, jaki dostaliśmy od życia na realizację swoich marzeń i celów.

Czuję, że w końcu nadeszła odpowiednia chwila na to, żebym ponownie odbiegła od tematu relacji z podróży i wykorzystała ją na wyrzucenie z siebie kolejnych myśli. Z tą różnicą, że temat postu nie będzie związany z natychmiastowym wyrzutem weny, ale z czymś, co od kilku ostatnich lat towarzyszy mi na co dzień i pomaga organizować podejście do życia. Ostrzegam, że będzie to najprawdopodobniej najdłuższy post na tym blogu. Mimo tej przerażającej wizji, zachęcam do przeczytania!

Minimalizm – jak to się zaczęło?

Moja „przygoda” z minimalizmem rozpoczęła się 7 lat temu, kiedy w ogóle nie znałam znaczenia tego słowa, ale byłam zmuszona wcielić je w życie po przeprowadzeniu się na studia z Bytomia do Warszawy.  Chcąc nie chcąc, mogłam wziąć ze sobą tylko jedną walizkę rzeczy, więc na dzień dobry liczba potrzebnych do życia przedmiotów skurczyła się do minimum.

Z biegiem czasu, kolejnymi stażami, a później pierwszymi pracami dorywczymi i tymi bardziej na stałe,  ekscytacja wiążąca się z życiem w nowym miejscu i możliwościami jakie oferuje Warszawa sprawiła, że liczba rzeczy którymi otaczałam się w wynajmowanych pokojach rosła coraz szybciej. Odwiedzanie centrów handlowych i sklepów z ciuchami było moim comiesięcznym rytuałem, a z każdego takiego wypadu wracałam z kilkoma sztukami słabej jakości odzieży, bo „na pewno mi się przydadzą”, „były tanie, to co mam nie brać” i „przecież mi się należy po takiej ciężkiej sesji egzaminacyjnej”. Podobnie sprawa wyglądała z książkami, które były mi potrzebne do napisania pracy dyplomowej, a nie mogłam ich znaleźć w bibliotece, biżuterią z sieciówek czy drobnymi, powodowanymi nagłym impulsem, zakupami na Allegro. Niemniej, nawet wtedy, z tyłu głowy uparcie siedziała myśl, że lada moment znowu mogę przeprowadzić się z jednego mieszkania do drugiego (łącznie w Warszawie przeprowadzałam się 6 razy), a w związku z tym zbiór posiadanych przedmiotów powinnam utrzymywać pod stałą kontrolą.

Praca na etat naturalnie wiązała się z większymi niż dotychczas przychodami, a – w związku z tym – z możliwością oszczędzenia i wykorzystania pieniędzy na konkretny cel. Nie trudno odgadnąć, że tym celem były podróże, na które – głównie ze względów ekonomicznych – długo nie mogłam sobie pozwolić. O częstych wojażach marzyłam od dziecka, ale niewiele mogłam w tej materii zrobić. Nawet na studiach przy dorywczej pracy, potrzeba opłacenia uczelni, czynszu za wynajmowany pokój i jedzenia miażdżyła wszystkie inne. W tamtym okresie życia nawet wyjazd na Erasmusa wydawał mi się finansowo nieosiągalny, a przez chwilę naprawdę poważnie interesowałam się tematem. Jedynym wyjazdem, który udało mi się samodzielnie zrealizować w oparciu o zgromadzone na koncie oszczędności, była samotna podróż do Maroka w 2011 roku. Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam z siebie dumna, gdy przez niemal rok udawało mi się powstrzymać  od kupowania nowych ubrań i kosmetyków, byleby tylko sfinansować sobie wyjazd.

Czy zdarzało mi się zazdrościć innym? Pewnie, przecież jestem tylko człowiekiem. Od czasu do czasu skrycie zazdrościłam znajomym, którzy mogli liczyć na duże wsparcie finansowe ze strony rodziców (czasem niewspółmierne do tego, co sami z siebie dawali), a przez to regularnie jeździć za granicę, korzystać z wszelkich programów edukacyjnych czy po prostu „rozbijać” się na mieście. Na szczęście wizja określonego celu, do którego dążę do tej pory, pozwalała mi utrzymać względny dystans do otaczającej rzeczywistości, a przez to nie wpadać co tydzień w emocjonalnego doła.

Relacja z podróżami

Wracając jednak do tematu przewodniego, na regularne podróżowanie – w stylu, jaki znacie z OOPS! – mogłam sobie pozwolić dopiero 2 lata temu. Rok 2014 zbiegł się nie tylko z częstszymi wyjazdami, ale też z założeniem bloga, który początkowo miał pełnić funkcję „pamiętnika z podróży”, pomagającego zachować najlepsze wspomnienia. Nie jestem więc (a właściwie – nie jesteśmy) najlepszym przykładem ludzi, którzy pozjadali wszystkie podróżnicze rozumy, bo podróżują już od ponad X lat, zwiedzili pół świata i mogą, w związku z tym, wypowiadać się na każdy temat tonem nieznoszącego sprzeciwu mędrca. Wszystkie zmiany, które zachodzą w naszych życiach, zachodzą równocześnie na blogu. Podróżujemy, uczymy się, poznajemy ludzi i im więcej udaje nam się doświadczyć, tym bardziej zdajemy sobie sprawę, jak wiele pozostało jeszcze do odkrycia. Gdy zdarza się, że ta myśl zaczyna mocno przytłaczać, zawsze przypomina mi się powiedzenie ‚ignorance is bliss’ (ang. ignorancja jest błogosławieństwem). Życie w nieświadomości byłoby o wiele prostsze, a na pewno mniej wyczerpujące. Na szczęście w większości wypadków podobne rozkminy motywują mnie do jeszcze cięższej pracy i większej liczby wyjazdów, aniżeli popadania w paranoję.

OK, no to gdzie w tym ten cały minimalizm? Tak się składa, że wszędzie. Od dwóch lat mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, gdzie w końcu to ja mogę decydować o tym, jakie przedmioty będą mnie otaczać i co z nimi zrobię. Odkąd podróże stały się dla mnie (prawie) najważniejsze, reszta potrzeb naturalnie, nie wiedzieć nawet kiedy, zeszła na boczny tor. Nagle okazało się, że wcale nie potrzebuję co miesiąc chodzić na zakupy do galerii handlowej, bo zaoszczędzone pieniądze wolę wydać na bardziej wartościowe lub przydatne rzeczy, np. plecak turystyczny czy ubezpieczenie podróżne. Nie muszę kupować książek i zapełniać nimi półek, bo sto metrów od mieszkania mam bibliotekę publiczną. Tona kosmetyków, której swoją drogą nigdy nie posiadałam, też nie jest mi potrzebna, bo na co dzień używam tylko podstawowego setu do makijażu, a do mycia pod prysznicem nie potrzebuję 5 szamponów i 10 rodzajów żelu pod prysznic. Poza tym, częstsze podróżowanie wymusza na kobiecie opracowanie miniaturowej kosmetyczki, która musi pomyślnie przejść kontrolę bagażową na lotnisku, a 15 zł które wydasz na piwo w modnym barze na Żurawiej, w Azji Południowo-Wschodniej pozwoli Ci się najeść do syta i spróbować wielu nowych potraw.

W momencie gdy zmieniają się priorytety, zmienia się wszystko.

Co zabawne, odkąd pamiętam byłam typem człowieka, który lubił wyrzucać rzeczy, aniżeli je chomikować. Nigdy nie lubiłam uczucia bycia przytłoczoną przez przedmioty, dlatego już mniej więcej od wieku gimnazjalnego regularnie przeprowadzałam czystki – w szafie, pod łóżkiem, w papierach, na komputerze – wszędzie tam, gdzie się dało. Uczucie „po” zawsze było, i jest do tej pory, niesamowicie odświeżające.

Poza ilością posiadanych przedmiotów, równie dużą rolę zaczęła grać dla mnie ich jakość. Szybko okazało się, że rzeczy kupowane w promocji w sieciówkach rozpadają się po kilku praniach albo wyjściach. Równie dobrze mogłabym wyrzucać pieniądze do śmietnika, a efekt byłby ten sam. Co z tego, że kupuję taniej, skoro niska jakość zmusza mnie do częstszych zakupów? Summa summarum, wydawałam więcej niż myślałam, a z ubrań przypominających szmaty do podłogi i tak nigdy nie byłam w pełni zadowolona. Czy miałam alternatywę? Pewnie tak, ale jeszcze wtedy nie byłam jej świadoma.

Minimalizm – jak jest teraz

W tej chwili nie potrafię sobie przypomnieć, ile lat temu byłam na większych zakupach w takich chociażby Złotych Tarasach. Dwa, może trzy lata temu? Od dłuższego czasu ubrania kupuję w sklepach ulubionych polskich marek lub przez internet, na stronach oferujących największy wybór produktów, marek i jakości. W sieciówkach raz, rzadko kiedy dwa razy, do roku kupuję tylko jeansy, skarpetki i ew. bieliznę. A skoro i tak wydaję pieniądze, staram się wspierać lokalne marki, zwłaszcza że polskim projektantom naprawdę niczego nie brakuje na arenie mody międzynarodowej. Poza tym, bycie świadomym klientem, który świadomie (a nie wiedziony reklamą czy opinią znajomych) wybiera produkt na którego zakup musi przeznaczyć zarobione przez siebie (!) pieniądze, jest niezwykle motywującym uczuciem. Zresztą nie od dziś wiadomo, że największe sieciówki zmieniają kolekcje co dwa tygodnie, byleby tylko przyciągnąć do siebie klienta jak największą ilość razy. Taaak, mnie też kiedyś przyciągały jak ćmę ciągnie do światła.

Podobnie jest z obuwiem, kosmetykami czy sprzętem. Staram się wybierać tylko takie rzeczy, które a) są mi potrzebne, b) będę ich regularnie używać, c) są dobrej jakości i nie zepsują się po roku czy dwóch latach, d) pozwalają uzyskać możliwie najwyższą jakość w stosunku do ceny, którą oferuje za nią producent (ten punkt dotyczy głównie sprzętu elektronicznego).

A jeśli w dodatku marka ma polskie pochodzenie, tworzy produkty troszcząc się przy okazji o ochronę środowiska, poszanowanie pracownika czy jakość składników, dodatkowo punktuje w moim prywatnym rankingu jakości. W 9/10 przypadków nie kieruję się chwilowymi trendami, modą na bycie takim, śmakim czy owakim czy listami „must-have tego sezonu” (kto, do diabła, w ogóle ma prawo decydować o tym, że dana rzecz to must-have, a inna już nie?), ale realną potrzebą posiadania tego konkretnego przedmiotu. Jeśli, załóżmy, model buta podoba mi się już od roku czy dwóch lat, uznaję że jest to zakup słuszny, a nie spowodowany chwilowym impulsem. Jeśli od dziecka gram na konsoli i uważam to za jeden ze świetnych sposobów na relaks, nie żałuję pieniędzy na długo wyczekiwaną grę na PlayStation 4. Jeśli skończy mi się tusz do rzęs, kupuję nowy. Jakie to proste.

Nie widzę natomiast potrzeby kupowania torebki „O bag”, czy tej z monogramem „MK” tylko dlatego, że od roku nosi ją 3/4 żeńskiej części Warszawy. Nie widzę potrzeby wydawania pieniędzy na taksówki, skoro korzystam z karty miejskiej. Nie widzę potrzeby częstego jedzenia na mieście, bo w większości przypadków potrafię zrobić w kuchni naprawdę niezłe rzeczy. Nie widzę potrzeby kupowania nowych poduszek, kubków i miseczek, bo na co dzień używam tylko kilku sztuk i musiałabym się rozmnożyć, żeby ze wszystkiego korzystać regularnie.

Czy w konsekwencji wydaję więcej na pojedyncze przedmioty? Tak, bo jakość kosztuje i to czasami niemało. Czy szkoda mi tych pieniędzy? Ani trochę, bo wiem, że wszystko, co teraz i w najbliższej przyszłości kupię, posłuży mi przez wiele lat. A przynajmniej taką mam nadzieję. Rzadkie, za to wartościowe zakupy, cieszą też o wiele bardziej niż łazikowanie do sklepu, wynikające z przyzwyczajenia czy braku innych zajęć.

Kwestie fundamentalne

A co z najważniejszymi kwestiami „życiowymi” – własnym mieszkaniem, samochodem etc.? Może to zabrzmi odrobinę prowokująco, ale w tym momencie naprawdę nie widzę potrzeby i nie czuję się gotowa aby myśleć o własnych czterech kątach. Skoro nie wiem, w jakim kraju będę mieszkać za rok, to chyba nie powinnam brać kredytu na 30 lat i – tym samym – znacząco ograniczyć swoje poczucie wolności?

Poza tym, jestem i najprawdopodobniej zawsze będę, przeciwniczką kredytów. Skoro bierzesz na coś kredyt oznacza to, że w rzeczywistości nie stać Cię na daną rzecz. Czy  mieszkanie, które będziesz spłacać przez kolejne 40 lat jest naprawdę Twoim mieszkaniem? A czy wiesz co się stanie gdy stracisz płynność finansową? Bank zabierze Ci mieszkanie, które – uwaga, uwaga – tak naprawdę nigdy nie było Twoje. Chyba że kupiłeś je za gotówkę lub spłaciłeś kredyt hipoteczny co do grosza. Dopóki nie będzie mnie stać na zakup mieszkania, dopóty nie zamierzam go kupować. Biorę jeszcze pod uwagę ostateczne rozwiązanie – kredyt na maksymalnie kilka lat, który będę w stanie szybko i sprawnie spłacić, przy zachowaniu zadowalającego poziomu życia. Częstym i chyba jedynym argumentem osób w moim wieku lub odrobinę starszych, wypowiadających się na temat kredytów jest taki: „Wolę co miesiąc spłacać kredyt na swoje mieszkanie, niż tą samą kwotą zasilać konto właściciela wynajmowanego lokum”. OK, jeśli jesteś pewien, że będziesz miał pracę do emerytury, na emeryturze będziesz się miał za co utrzymać i za co opłacić czynsz, który swoją drogą w Warszawie do niskich nie należy,  a w perspektywie najbliższych 10 lat nie zamierzasz zmieniać miejsca zamieszkania – spoko, rób co chcesz, Twoja sprawa. Ja nie mam takiej pewności, więc robić tego nie zamierzam.

Jasne, jestem prawie pewna że przyjdzie kiedyś taki moment w życiu, że będę chciała się ustabilizować. I wcale nie mam na myśli ogólnie pojętego życia rodzinnego, a potrzebę przystopowania czy znalezienia swojego miejsca. Co wtedy zrobię? Na pewno podejmę jakąś decyzję, która w tym momencie nie spędza mi snu z powiek. Zbyt wiele dobrego się dzieje żebym mogła sobie tego teraz odmawiać.

Ludzie i relacje

Bardzo chciałam uniknąć porównywania przedmiotów do ludzi, ale w tym wypadku muszę posłużyć się skrótem myślowym. Skoro rzeczy słabej jakości świadomie odrzucam, bo wiem że w dłuższej perspektywie czasu będę na tym stratna, dlaczego miałabym kurczowo trzymać się ludzi i relacji, które nie wnoszą niczego wartościowego do mojego życia?

Są ludzie, którzy w przeszłości bardzo mnie zawiedli, sprawili wiele przykrości, albo po prostu okazali się być zupełnie inni, niż sądziłam i w pewnym momencie przestaliśmy się dogadywać. Są takie osoby, które sprawiają, że każda, nawet najkrótsza, wymiana zdań rodzi żal, stres, złość albo frustrację spowodowaną milionem różnych rzeczy. Czy naprawdę warto utrzymywać z takimi osobami kontakt tylko po to, żeby na fejsie móc pochwalić się jak największą liczbą znajomych? A może zwyczajnie nie mamy na tyle odwagi, żeby przed samym sobą przyznać, że „sorry, ale niestety wszystko dawno się już wypaliło” i jak najszybciej zakończyć tego typu relację? Wyprowadzka do Warszawy była pod tym kątem strzałem w dziesiątkę, bo życie samo zweryfikowało, ilu dobrych znajomych czy przyjaciół w rzeczywistości posiadam. Przez pierwszy rok, dwa lata po przeprowadzce przez wielu ludzi byłam postrzegana jako ta, która „wyjechała i o wszystkich zapomniała”. Co oczywiście jest kompletną bzdurą, bo do tej pory pamiętam, że to zwykle ja odzywałam się do znajomych jako pierwsza i z grzeczności pytałam, co u nich słychać. W wielu przypadkach okazało się, że zainteresowanie było jednostronne, więc sukcesywnie dawałam sobie spokój z podobnymi znajomościami, poświęcając wolny czas tylko tym osobom, na których zależy mi najbardziej, którym zależy najbardziej na mnie lub/i mam je na miejscu.

Czas wolny i pasja

Pojawienie się bloga całkowicie przedefiniowało moje pojęcie czasu wolnego. Odkąd mam w życiu w miarę określony i wyraźny cel na horyzoncie, zapomniałam czym jest nuda. Regularne podróżowanie to nie tylko dni urlopowe i ładne obrazki na Instagramie, ale wiele nieprzespanych nocy poświęconych na planowanie wyjazdów, wyszukiwanie najtańszych połączeń, zbieranie opinii i research informacji. A gdzie w tym jeszcze blog? Stworzenie pojedynczego wpisu wraz z selekcją i obróbką zdjęć zajmuje od 5 do 8 godzin. Odkąd na pierwszy plan wybiła się produkcja filmów, z którymi – w dłuższej perspektywie czasu – wiążemy przyszłość bloga i swojej okołoblogowej działalności, pod uwagę trzeba wziąć jeszcze czas na opracowanie wstępnych konceptów scenariuszów (brzmi górnolotnie, ale nawet najprostsze filmy powinny być oparte na jakimkolwiek pomyśle), szukanie ścieżki dźwiękowej, ciekawych lokalizacji do zdjęć i pogłębianie wiedzy na temat montażu, kolorkorekcji i wszystkich innych technicznych niuansów, których na blogu nie widać i widać nie będzie. A tak, zapomniałam dodać, że mamy pracę na etat, więc co najmniej 8 godzin z dnia i tak mamy wyjęte na starcie.

Jak w tym kontekście sprawdza się minimalizm? Bardzo pomaga poukładać sobie w głowie priorytety. W tej chwili nie mam czasu na bezmyślne scrollowanie fejsbuka, oglądanie telewizji, przypadkowych filmów na YouTube i codzienne wyjścia na piwo, mam za to czas na pracę nad blogiem, naukę nowych rzeczy, czytanie książek, grę na konsoli (tak, mam!), oglądanie subskrybowanych kanałów na YouTube (ta „delikatna” różnica) czy dobrej jakości seriali, spotkania z przyjaciółmi i bliższymi znajomymi, odwiedzanie fajnych i inspirujących miejsc w Warszawie i regularne wizyty na siłowni. I mam wrażenie, że wszystkie te rzeczy pozwalają mi stawać się lepszą wersją siebie – rozwijają, kształcą lub wprawiają w dobry nastrój. Czy czuję, że mnie coś omija? W żadnym wypadku. Wrodzona ciekawość pozwala mi trzymać rękę na pulsie i na bieżąco śledzić wydarzenia, które naprawdę mnie interesują.

Czym więc jest dla mnie rzeczony minimalizm? Określeniem podejścia do życia, ludzi i przedmiotów, które pozwala dokonywać lepszych wyborów. Takich, które rozwijają mnie jako człowieka, pozytywnie wpływają na zdrowie czy nastrój. Wynikające z niego oszczędności rozumiane w czystko finansowym sensie są jedynie przyjemnym skutkiem ubocznym, który można zainwestować w realizację określonych celów. W żadnym wypadku nie czuję się gotowa do pouczania czy uświadamiania innych (strasznie tego nie lubię), a w temacie „życiowego minimalizmu” jeszcze wiele pozostało do zrobienia, co nie oznacza, że droga nie może być równie ekscytująca, co cel do którego prowadzi.

BONUS: Jeśli, przynajmniej w (nomen omen) minimalnym stopniu, zainteresował Was temat i macie ochotę go zagłębić, polecam moje całkiem jeszcze świeże odkrycie – podcasty duetu „The Minimalists”, Joshuy i Ryana, w których jestem absolutnie zakochana. W ich podejściu, znaczy się. Przybijam im high five i mam szczerą nadzieję, że ludzi z podobnymi priorytetami będzie na naszym globie i w naszym kraju coraz więcej.