Europa Podróże

Barcelona turystyczna

Ostatnie dni spędzone w stolicy Katalonii obfitowały w sporo turystycznych atrakcji. Tym razem zupełnie odpuściliśmy zwiedzanie budynków na rzecz zielonej części miasta. Pogoda sprzyjała, a wzgórza piętrzące się nad miastem zachęcały do długiego spaceru. Barcelona widziana z góry dostaje od nas zdecydowanie + 100 punktów do zajefajności.


Wystarczy, że minie 1,5 miesiąca od wyjazdu, a ja już mam problem z chronologią. Nie pamiętam, co działo się w danym dniu i gdyby nie zdjęcia, zupełnie nie wiedziałabym, o czym pisać. Gdyby nie zdjęcia, całą relację mogłabym podsumować w słowach „Hej, byliśmy w Barcelonie!”. May God bless zdjęcia z wyjazdów.

Trzeci dzień w Barcelonie rozpoczął się iście epicko. Gdyby przyznawano nagrody za głupotę, stanęłabym na podium. A przynajmniej dostałabym wyróżnienie z reklamówką pełną gadżetów od sponsorów. Śniadanie zaplanowaliśmy w kawiarni Tarannà. Z racji, że w weekend owy przybytek otwiera się dopiero o 10.00, a my dotarliśmy na miejsce po 9.00, wpadłam na genialny pomysł żeby przejść się po okolicy i poszukać baru z kanapkami, które pomogą nam zaspokoić pierwszy głód. Czas na garść faktów: nie posiadam umiejętności pt. orientacja w terenie. Potrafię zgubić się na rynku miasta, w którym się urodziłam i mieszkałam przez 20 lat. Potrafię skręcić w jedną ulicę, w drodze powrotnej skręcić w drugą, a potem zdziwić się, że nie mogę trafić do domu. Mapa też na niewiele się zdaje. Poszłam więc za róg ulicy poszukać kanapki, a po 40 minutach znalazłam się okropnie daleko od miejsca w którym mieliśmy zjeść śniadanie i wysyłałam rozpaczliwe SMS-y pt. „O BOŻE, GDZIE JA JESTEM” i „NIECH KTOŚ PO MNIE PRZYJDZIE”. I ktoś przyszedł. Piotrek przyszedł, nieźle wkurzony, a na miejscu czekała na mnie Marysia. Też nieźle wkurzona. Nie jestem dumna z tej przygody i gdyby nie kronikarski obowiązek jaki na mnie ciąży, już dawno wymazałabym ją za pamięci. Swoją drogą, jeśli ten wpis czyta ktoś, kto orientację w terenie i czytanie map ma opanowane do perfekcji, proszę o kontakt na priv w sprawie Krótkiego Kursu Samodzielności.

Wracając do samej Taranny – menu jest krótkie i nieskomplikowane, ale serwują tam naprawdę dobre tosty i chai latte. Prawdziwe smaczki (tzw. zamówienia na wypasie) zapisano kredą na czarnej tablicy, wiszącej ponad głowami klientów. Szkoda tylko, że zorientowałam się dopiero w trakcie pogryzania swojej zwyczajnej bagietki z serem.

P1660111

P1660119

Po śniadaniu można rozpocząć wspinaczkę! Za pierwszy cel obraliśmy Montjuïc, płaskie ponad 170-metrowe wzgórze położone w południowo-zachodniej części miasta. Na Montjuïc można wjechać kolejką linową, ale to opcja dla osób wybitnie leniwych. Wzgórze jest  niewysokie, a ścieżki wiodące na szczyt, do fortyfikacji Castell de Montjuïc, są w większości płaskie i wprost stworzone do spacerów. Dojście na samą górę w relaksacyjnym tempie zajmuje około 25-30 minut, a po drodze, ze wschodniej ściany wzgórza, rozciąga się rozległa panorama portu Barcelony. Dopiero z tej perspektywy widać jego ogrom i potęgę.

P1660129

P1660135

P1660136

Port z Marysią w gratisie!

Schodzenie z Montjuïc jest równie, o ile nie bardziej, ekscytujące. Kierując się w stronę Plaça d’Espanya dojdziemy do Parku i Stadionu Olimpijskiego, głównej areny Letnich Igrzysk Olimpijskich z 1992 roku. Największą atrakcją parku jest oczywiście Znicz Olimpijski, który pomimo tylu lat, wciąż trzyma się świetnie.

P1660173

P1660171

P1660165

P1660160

P1660156

Kolejnym przystankiem jest Palau Nacional (obecnie Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej), spod którego trzema kaskadami spływa najsłynniejsza fontanna Barcelony.

P1660193

P1660188

P1660190

Plaça d’Espanya, a w tle – Tibidabo.

P1660203

Rzut beretem (no, może takim większym beretem) od Plaça d’Espanya leży Ciutadella Park, przez niektórych określany najpiękniejszym parkiem Barcelony. Od połowy XIX wieku park przed dziesięciolecia klasyfikowano jako jedyną zieloną przestrzeń na terenie całego miasta. Grubo? Ciutadella najpiękniejszy może i jest, ale z pewnością nie w momencie, kiedy 95% jego powierzchni zakrywają opalający się ludzie. Jeśli chcecie obejrzeć park w pełnej krasie, wybierzcie się do niego z samego rana.

A jeśli ktoś ceni sobie industrialną architekturę (my cenimy!) bardziej od shoppingu, albo lubi to i to, może odwiedzić Mercat dels Encants, z tego co doczytałam się na tabliczce swoim dawno nieodkurzanym hiszpańskim, lubiany i szanowany miejski pchli targ. Targ i tak był zamknięty, ale w zasadzie nie po to tam przyszliśmy. To jedyna znana mi konstrukcja, na terenie której można sobie zrobić selfie z dachu! Jak? A no tak, że ustawiasz się pod lustrzanym dachem i robisz sobie zdjęcie ze znajomymi – na przykład takie. A na lewo od Encants znaleźliśmy dziwną strefę do gry i zabawy, np. tor biegowy czy gigantyczne szachy.

P1660246

P1660227

Gra w szachy taka ciężka! Dosłownie.

P1660224

P1660218

Wieczorem, aby tradycji stała się zadość, wróciliśmy na Barcelonetę i zrobiliśmy sobie długi spacer wzdłuż promenady, aż dotarliśmy do słynnej, bezgłowej Złotej Ryby postawionej w 1992 roku w tzw. Wiosce Olimpijskiej, a w drodze powrotnej podpoglądałyśmy (ja i Maria G.) półnagich sportowców pompujących bicka.

P1660282

P1660288

P1660292

P1660278

P1660285

P1660281

Pewnie zgodzicie się ze mną, że najfajniejsze rzeczy w podróży przytrafiają się niespodziewanie. Pod koniec trzeciego dnia w Barcelonie wpadliśmy na grupę tancerzy i muzyków z Argentyny. Wibrujące dźwięki bębna roznosiły się po kilku przecznicach, więc żadną mocą nie dało się zignorować tego muzycznego show. Taniec, który o dziwo nie był tangiem, obfitował w energiczne wygibasy komponujące się z rytmem bębnów i gitary. Był na tyle porywający, że nikt nie pozostawał mu obojętny, ani Maria, ani ja, ani nawet pląsający w kółeczku bezdomni. I w tym miejscu mocno chrzani mi się chronologia, bo nie jestem pewna czy to było na Barcelonecie, czy już w zupełnie innej dzielnicy. Najważniejsze jednak, że było i że uwieczniliśmy to na zdjęciach.

P1660329

P1660312

P1660314

Ten pan cieszył się najbardziej. I tańczył dookoła swojego roweru.

Największe turystyczne smaczki zostawiliśmy sobie na ostatni dzień w Barcelonie. Podczas gdy Marysia odsypiała poprzedni wieczór, razem z Piotrkiem z samego rana wybraliśmy się do Parku Güell. Niektórzy mówią, że nie warto płacić 7€ tylko po to, żeby przejść się po parku i zobaczyć najczęściej fotografowaną ławkę świata. Park to na szczęście o wiele więcej niż ławka i jeśli planujecie go odwiedzić, warto kupić bilety na najwcześniejszą możliwą godzinę, tuż po otwarciu. W momencie kiedy przechodziliśmy przez bramki, w parku było kilkanaście osób. A już 10 minut później z kilkunastu zrobiło się co najmniej kilkudziesięciu. Park projektu Antonio Gaudíego, którego budowę rozpoczęto dokładnie 116 lat temu, nigdy nie został ukończony. Wedle początkowych zamysłów miał pełnić rolę miasta – ogrodu, wybudowano w nim kilka budynków mieszkalnych, a sala kolumnowa znajdująca się pod tarasem ze słynną ławką miała służyć za targ. Teren, ze względu na swoją ekstrawagancję na którą nie byli gotowi mieszkańcy Barcelony, nie cieszył się popularnością wśród inwestorów, więc w 1922 roku został wykupiony przez miasto i przekształcony w park. W samym sercu płatnej strefy dzisiaj znajduje się szkoła (po wieku dzieci prowadzonych przez rodziców śmiem podejrzewać, że podstawowa). Ciekawe, jakie to uczucie mijać codziennie pokaźny tłum turystów w drodze na lekcje przyrody lub matematyki? To jak: warto czy nie warto? Pewnie, że warto. Chociażby po to, żeby zrobić kolejne ładne zdjęcie ławki i sprzedać je na stocku.

P1660345

P1660411

P1660354

P1660375

P1660401

Kilka godzin później ponownie spotkaliśmy się z Marysią, naszym osobistym przewodnikiem po Tibidabo. Wzgórze liczy  512 metrów i aby się do niego dostać można ponownie: a) podjechać drogą kolejką b) wspinać się 1,5 godziny okrężną drogą i podziwiać widoki. Oczywiście wybraliśmy bramkę numer 2, bo gdy robi się za lekko, życie staje się nudne. Na szczycie Tibidabo, oprócz piwa, którym obowiązkowo trzeba się schłodzić po wspinaczce w jedynym dostępnym barze, znajduje się kościół Sagrat Cor i Wesołe Miasteczko. Mimo że wybitnymi miłośnikami zwiedzania miejsc sakralnych nie jesteśmy, to na Tibidabo jest o tyle wyjątkowe, że w zasadzie nie jest to jeden, a dwa kościoły zbudowane jeden na drugim. Obydwa można zwiedzić za darmo i zdecydowanie warto do nich zajrzeć, bo wnętrza są dość oryginalne jak na chrześcijańskie standardy. Wesołe Miasteczko jest z kolei bardziej creepy niż wesołe, może dlatego że nikt nie chciał z niego korzystać i większość atrakcji stała w bezruchu. Pomimo tego, okolica jest bardzo klimatyczna i przywodzi na myśl stare amerykańskie filmy. Poza tym, gdzie indziej widzieliście Wesołe Miasteczko postawione u stóp kościoła? Hę?!

P1660431

P1660444

P1660447

P1660460

Trekking na/ze wzgórza zajął nam kilka godzin, więc w drodze powrotnej jednogłośnie stwierdziliśmy, że teraz to zasługujemy już tylko na bardzo dobre i bardzo niezdrowe jedzenie, którym pomachamy Barcelonie na do widzenia. Wędrując ciasnymi uliczkami Barri Gòtic wpadliśmy między innymi na cukiernię chök the chocolate kitchen. Co zabawne, nawet wpisałam ją do pierwszej wersji planu zwiedzania, ale gdy napatrzyłam się na zdjęcia pączków doszłam do wniosku, że nie powinnam wyrządzać nam takiej krzywdy. A los i tak chciał żebyśmy zjedli pączka, bo przez przypadek trafiliśmy pod same drzwi lokalu. Jak się skończyło, widać na zdjęciu.

P1660504-horz

P1660496

P1660502

Nie wiem z czym to było, ale było DOBRE.

Z innych, równie pysznych, miejsc polecam kawiarnię Dulcinea i flagowy kataloński deser – crema catalana. Smakuje jak budyń śmietankowy przykryty karmelowym szkiełkiem, a gdy jedną porcję zamówimy na kilka osób, kelner każdej z nich przyniesie parę sztuciec (alert: śmieszne słowo). Na kawę zapraszam do Satan’s Coffee Corner, a po kawie na najlepsze (i największe) kanapki świata, o których wspominałam w poprzednim wpisie, czyli do La Alcoba Azul. Skoro już przy kulinariach jesteśmy, w upalne dni warto wpaść na kryty bazar La Boqueria i wypić schłodzone owocowe smoothie. Jako coconut girl z całego serca polecam smoothie kokosowe i wszystko inne, co kokosa zawiera. Żałować nie będziecie, trust me.

P1660508

P1660522

P1660539

P1660574

P1660600

P1660597

Resztę dnia spędziliśmy w dzielnicy gotyckiej penetrując sklepy, kupując espadryle i jęcząc, że jutro kończy się majówka i trzeba wracać do Polski. Nic, co dobre, nie trwa wiecznie (Paulo Coelho), a wizytę w Barcelonie, z perspektywy czasu, wspominamy całkiem dobrze, mimo kilku słabszych momentów. Na pewno nie jest to miasto w którym poczujecie ducha prawdziwej Hiszpanii. Jeśli taki macie zamiar, przebukujcie bilety i wybierzcie się na południe. Barcelona to duża, często zakorkowana, przepełniona, głośna i zasmrodzona spalinami europejska metropolia. A z drugiej strony – miejska plaża na Barcelonecie, wzgórza z których rozciągają się piękne panoramy i tinto de verano sączone późnym wieczorem na kamiennym placu. Można się zakochać, a przynajmniej polubić. W wzajemnością.

P1660615

P1660609

Zobacz także…

  • Tak się cieszę, że 3 lata temu załapałam się jeszcze na darmowy wstęp do Parku Guell. Ciężko mi uwierzyć, że w tak niewielkim czasie tak bardzo podbili cenę za wstęp. Jasne, jest niesamowity, ale żeby płacić 7 euro za spacer między drzewami… Najs.
    Masz rację, w Barcelonie nie poczułam prawdziwej Hiszpanii. Zresztą, sami mieszkańcy nie uważają się za Hiszpanów i mężnie dążą do swojej niepodległości. Polecam zjechać trochę w dół i nie omijać przepięknych hiszpańskich wiosek :) Mają tyle do zaoferowania!

    • Szczęściaro Ty! Faktycznie żenada z tym parkiem, ale z drugiej strony, biorą pieniądze, bo wiedzą, że ludzie i tak zapłacą. Tak jak my, bo po prostu chcieliśmy go zobaczyć i po nim pospacerować, mimo że strefa wolna od opłaty jest równie urokliwa. Co tam 7 euro, skoro za Casa Mila, o ile się nie mylę, chcą około 20! A w okolice Barcelony mam szczerą nadzieję, że się jeszcze wybierzemy. Zawsze jest tak, że zaczynasz od tych najbardziej turystycznych miejsc, bo po prostu i po ludzku, chcesz je zobaczyć, a potem, z każdym powrotem, pozwalasz sobie na co raz większy luz i zbaczanie z utartych ścieżek :)

  • a to wesołe miasteczko fajne? czy takie dla bardzo małych dzieci? śliczne młyńskie koło btw, pięknie sie prezentuje na tle miasta. no i zabiło mi serce szybciej na widok pączków.
    w sumie my tez się wybieramy na jesieni, musze sie rozejrzec za biletami do barcelony wreszcie.
    PS: kawa dobra? po ile?

    • raczej takie dla bardzo małych dzieci, przy czym nawet te małe dzieci nie chciały z niego korzystać ;-) a kawa dobra była, ale ceny chyba typowo europejskie: 2 – 6 euro, jakoś tak!

  • Fru

    Pytanie mam z serii strategiczne: ile dni byliście w Barcelonie? W listopadzie lecę na krótko i próbuję ustalić jakiś sensowny plan podróży ale obawiam się, że nawciskałam „atrakcji” po kokardę ;)

    • Fru, w Barcelonie spędziliśmy łącznie 5 pełnych dni. Ja niestety też zawsze wyjeżdżam z planem pękającym od miejsc i atrakcji, po czym na miejscu okazuje się że 1/3 musi odpaść, bo fizycznie żaden człowiek tego nie ogarnie ;)

      • Fru

        Karolina, a byliście w Sagrada Familia? Bo ja wiem, że to niby must.. no wiem… ale w środeczku czuję, że wolałabym powłóczyć się po mieście ;)

        • Tak, byliśmy w Sagradzie pierwszego dnia :) Tutaj wrzuciliśmy kilka zdjęć i informacji: http://www.oopssidedown.com/2016/05/barcelona.html. Wcześniej nie miałam okazji być w środku więc tym razem nie mogłam sobie darować. Ale jeśli czujesz że wolisz powłóczyć się po mieście, nie namawiałabym Cię specjalnie. Sagrada stoi i stać będzie, więc zawsze będzie okazja żeby ją odwiedzić, a na samą wizytę trzeba sobie zarezerwować ok. 1,5 h i 15 euro ;)