Podróże Przemyślenia

Żaden z ciebie podróżnik

Jakiś czas temu byłam świadkiem rozmowy kilku osób, które przechwalały się na temat własnych osiągnięć w podróży. – Ja to przejechałem na rowerze pół Europy. – Ja tam wolę góry, ale jak się wspinać, to na te najwyższe. – A ja na tym rowerze to spałem gdzie popadnie, a ile kraks po drodze było! Cud że przeżyłem. – Mnie by się nie chciało. Ale za to do Azji to bym sobie pojechał, wygrzać kości i poleżeć na piaseczku. – No, Azja… ale w sumie to już za dużo turystów tam ciągnie, więc ja unikam. I tak sobie pomyślałam: ludzie, i po co to wszystko? 


Komu chcecie zaimponować? Chyba tylko i wyłącznie sobie. Ja też kiedyś myślałam, że to, co robię, co robimy, jest na swój sposób wyjątkowe. Bo na palcach jednej ręki mogę policzyć znajomych (nie licząc tych z blogosfery podróżniczej), którzy wyjeżdżają ze swojego miasta częściej niż 2-3 razy w roku, wliczając w to pobyt w Zakopanem i wakacje w Turcji. Na rozpoczęcie w miarę regularnego podróżowania mogliśmy sobie pozwolić dopiero dwa lata temu, wcześniej nie było o tym mowy, głównie ze względów finansowych i czasowych. I gdy już tak zaczęliśmy wyjeżdżać, a w związku z tym, poznawać na swojej drodze wielu ludzi, szybko zorientowałam się, że nikt z nas nie jest wyjątkowy.

Za każdym razem gdy zaczynasz myśleć, że jako jeden z nielicznych dotarłeś do mało turystycznego miejsca, objechałeś rowerem Islandię, mieszkałeś przez tydzień z plemieniem w dżungli amazońskiej albo objechałeś rowerem Europę, ba, nawet cały świat, w pewnym momencie okazuje się, że ludzi, którzy zrobili to co Ty, a nawet dotarli dalej, widzieli więcej i zrobili to lepiej, są setki, jeśli nie tysiące na całym świecie. I ta Twoja rozdmuchana gwiazda gdzieś blednie, no bo jak to możliwe, że ktoś mógł być lepszy od Ciebie? A nawet gdy już się o tym dowiesz, zawsze możesz udawać że pierwsze słyszysz i że na pewno ta osoba miała pomoc z zewnątrz albo na pewnym etapie minęła się z prawdą, opowiadając o swoich dokonaniach. Prawda jest jednak taka, że gdziekolwiek byś nie dotarł, ktoś był tam już przed Tobą. Czasami lubimy o sobie myśleć, że jesteśmy odkrywcami, eksplorujemy tereny, których nikomu innemu eksplorować by się nie chciało. A gdy wracamy z wojaży, zbieramy wokół siebie wianuszek znajomych, którzy patrzą na nas z podziwem, chwalą, czasami zazdroszczą i zawsze są gotowi wysłuchać tego, co im powiemy. Jedyne, co przychodzi mi na myśl, to: bzdura! Odkrywcami możemy nazywać Kolumba, Diasa, Vasco da Gamę, Magellana i innych słynnych podróżników z przełomu XV i XVI wieku. To właśnie oni odkrywali nowe, nieznane dotąd, kraje, kontynenty i opływali świat dookoła. Jak my możemy nazywać siebie odkrywcami, gdy plemię z którym mieszkaliśmy w Amazonii, od dawna bierze pieniądze za prowadzenie swojego pierwotnego życia, tak ładnie wyglądającego na zdjęciach, takiego bardzo pod zachodnią turystykę?

Wiem, że teraz jest hype na bycie wielkim podróżnikiem, bo to modne, fajne i cool. Tak bardzo różniące się od zwykłego, codziennego życia. Wydaje mi się jednak, że – jak zwykle w internetach – temat jest bardziej rozdmuchany, niż na to zasługuje. Oczywiście, podróżowanie jest cudowne i o zaletach prowadzenia życia otwartego na świat i nowych ludzi nie muszę nikogo przekonywać – przecież inaczej Was by tu nie było ;-) Ale żeby od razu nazywać się lub myśleć o sobie jako o nieustraszonym podróżniku? Kilka lat temu, gdy jeszcze nie było bloga, spotkaliśmy się z Ulą z The Adamant Wanderer, która podczas rozmowy powiedziała, że nie czuje się podróżniczką. Wtedy byłam w szoku: – ale jak to, tyle świata widziałaś, dziewczyno i nie uważasz się za podróżniczkę? Ale teraz przyznaję jej rację, nikt z nas nie jest podróżnikiem. Wszyscy jesteśmy turystami.

Turysta to nie obelga, to fakt. I nie ma się czego wstydzić. Ja jestem turystką i jestem z tego dumna, że mam siłę i chęci do samodzielnego zwiedzania świata, mimo że nie zawsze jest to przyjemne, wygodne i pachnące. Spójrzcie na blogosferę. Większość blogów pisze o tych samych miejscach w ten sam sposób, suche fakty z Wikipedii i przewodników poprzecinane kilkoma refleksjami i namiastką własnego zdania. Do tego kilka zdjęć największych atrakcji w tych samych ujęciach, co to robi je reszta świata, zdjęcia na Instagram z tymi samymi hasztagami (#vsco #vscotravel #natgeo itp., bo gwarantują największą liczbę polubień). A gdzie historie, gdzie przygody, gdzie indywidualne przeżycia? A gdzie oryginalny styl pisania, humor i osobowość autora? To już wiecie, dlaczego bloga prowadzimy tak, a nie inaczej. Chcemy przemycać przydatne informacje i lokalne ciekawostki, ale nie za wszelką cenę, bo o wiele bardziej liczy się indywidualizm. A tego czasem mi brakuje. Jedyne, co liczy się dla mnie w tym momencie, w tym świecie i w tej blogosferze to osobiste doświadczenia, wspomnienia które ze sobą przywozimy i którymi możemy dzielić się z najbliższymi. Ale tylko z tymi, których to naprawdę interesuje. Nie każdy musi chcieć i lubić podróżować. Niektórzy wolą założyć rodzinę, odpoczywać na kanapie, oglądać seriale i zagryzać je chipsami, albo żyć spokojnie w swojej małej, przewidywalnej strefie komfortu, gdzie każdy dzień jest podobny do poprzedniego, ale nikomu to nie przeszkadza. Jeszcze do niedawna wydawało mi się to nie do pomyślenia, a teraz? Teraz to szanuję i się nie wtrącam. OK, Twoje życie, robisz co uważasz za słuszne. Tylko nie próbuj mnie naprostowywać, przekonywać, że skoro wszyscy tak robią, to i ja powinnam (gdzie własne mieszkanie, gdzie samochód, gdzie pięć magisterek, ślub i mąż idealny?). I nie pytaj, dlaczego nie powiedzieliśmy Ci o planowanej podróży, bo może wybrałbyś się z nami (nie wybrałbyś się, uwierz, że wiemy z autopsji, bo proponowaliśmy Ci to co najmniej kilka razy). Szanujmy się nawzajem i szanujmy swoje style życia.

Szacunek. Bardzo ważna sprawa, dlatego zostawiłam ją sobie na sam koniec. Podróżując, chcąc nie chcąc wkraczamy na obce sobie tereny, spotykamy obcych ludzi, poznajemy odmienne obyczaje. Możemy próbować je zrozumieć, ale nigdy nie będziemy jak lokalesi, zawsze będziemy się wyróżniać i warto to zaakceptować. Zawsze będziemy turystami, zawsze będziemy gośćmi. Zachowujmy się jak goście, traktujmy ludzi z szacunkiem i sympatią, a gwarantuję, że odwdzięczą się nam tym samym. Bez względu na to, czy mieszkają w mieszkaniu obok, czy w małej afrykańskiej wiosce. Nie ma nic bardziej denerwującego niż widok narzekającej na brud, przesadnie wymalowanej, pobrzękującej pstrokatymi bransoletkami turystki kroczącej przez przemysłową dzielnicę, w której roi się od pracujących kilkuletnich dzieci (historia prawdziwa, pani była Polką, a wydarzyło się to w Maroku, AD 2011). A skoro już w temacie jestem, szanujmy też miejsca, które odwiedzamy. Wielokrotnie słyszałam, że ktoś gdzieś nie pojedzie (np. do Tajlandii), bo „przecież było tam już zbyt wielu turystów”. A Ty, przepraszam, kim jesteś? Papieżem, Jamesem Bondem czy angielską królową? Każde miejsce, każdy kraj, każde najbardziej zapyziałe miasteczko zasługuje na uwagę, bo w każdym możemy znaleźć dla siebie coś wyjątkowego. I nie ma nic do rzeczy, czy było tam już milion turystów, czy tylko piętnastu. Czy chciałabym przynajmniej raz w życiu odwiedzić jeszcze Egipt, Tunezję, Wyspy Kanaryjskie i tę przedeptaną milionem turystycznych stóp Tajlandię? Jeśli tylko sytuacja polityczna, czas i pieniądze na to pozwolą – z wielką i nieukrywaną chęcią!

Na całe szczęście szacunek i kulturę można w sobie wytrenować. Wystarczy chcieć, a reszty nauczymy się w podróży.

PS. Wbrew pozorom, to nie jest tekst na temat rozważań wyższości podróżnika nad turystą i próby zdefiniowania tych dwóch słów. Wszystkich odnośników użyłam jako przykładów do przekazania szerszego sensu wypowiedzi – obrastania w piórka w oczach znajomych, próby definiowania się kosztem ich podziwu i szacunku do ludzi żyjących inaczej, ale także ludzi, których spotykamy na swojej drodze na drugim krańcu świata. Szufladki – dobre dla rzeczy, ale nie dla ludzi. I zupełnie mnie nie interesują.