Europa Podróże

A to Amsterdam!

A jak Amsterdam, B jak bieda, C jak cebulaki… tak mógłby rozpoczynać się alternatywny alfabet podróży do Amsterdamu, made by me. Wszystko zaczęło się od tego, że usilnie chcieliśmy wyjechać gdzieś w marcu, padło więc na Amsterdam (A), bo pojawiły się tanie bilety. Okazało się, że po wieloletniej przerwie, kiedy to byłam w mieście po raz ostatni ceny podskoczyły niemiłosiernie, albo to ja w dzieciństwie po prostu nie musiałam za nic płacić i pozostało nam zwiedzanie „na biedaka” (B), a do tego wszystkiego – żeby zbić koszty – nocowaliśmy w miejscowości, w której zbudowano rondo z pomnikiem na cześć cebuli (C). Ahoj, holenderska przygodo nad kanałami!


Jeszcze niedawno opowiadaliśmy w radiu, jak to zabawnie jest zabierać ze sobą bułki na drogę i że suchy prowiant zawsze być musi podczas pierwszego dnia. Be careful what you wish for, człowieku, bo tu nagle okazuje się, że będziesz na tym suchym (kanapki bez masła, wyobrażacie to sobie?) prowiancie jechać 4 dni. Wyjazd do Amsterdamu sponsorują więc: kanapki bez masła z serem holenderskim Gouda z Holandii, serem Babuni z Polski, szynką niewiadomego pochodzenia i ogórkiem, również z Polski.

Ceny noclegów w Amsterdamie przyprawiały o ból głowy (nie wiem czy była to kwestia zbliżającej się Wielkanocy, czy taki już urok tego miejsca), więc nocleg znaleźliśmy przez Airbnb w Voorhout, niewielkiej miejscowości leżącej w odległości 40-minutowej jazdy pociągiem od Amsterdamu. Na rondzie przy stacji kolejowej postawiono pomnik cebuli. Cebula, polaki cebulaki, wszystko się zgadza. Mieszkaliśmy u bardzo miłej holenderskiej pani, która na powitanie upiekła dla nas buttercake i poczęstowała herbatą. Szkoda tylko, że przez większość czasu w pokoju, w którym spaliśmy, było zimno, w łazience na drugi dzień zabrakło ciepłej wody, a jedzenia nie mogliśmy sobie przygotować w kuchni, bo kuchnia była połączona z zamykanym na klucz salonem, więc pozostawało nam robienie suchych kanapek w spartańskich warunkach, które potem – uwaga, napięcie rośnie – składowaliśmy w wystawionej w przedpokoju przenośnej lodóweczce. Badum tss. Piotrek powiedział mi ze współczuciem, że wyglądamy jak świnie jedzące z koryta i potem już do końca pobytu miałam przed oczami widok ubabranych świń, za każdym razem gdy sięgałam po kanapkę. Na do widzenia dostaliśmy jeszcze książeczkę o Jezusie, ale o tym opowiem może nieco więcej w kolejnym poście. Teraz czas wyruszyć w miasto!

P1640681

Gdy tydzień przed wyjazdem, dzień w dzień, sprawdzasz pogodę i wiesz, że akurat na Twój wyjazd przypada załamanie pogody, a potem okazuje się, że świeci słońce, wiedz, że spieprzy się coś innego. Równowaga w przyrodzie musi być zachowana. Na początek dnia zaplanowałam krótki wypad do industrialno-hipsterskich doków NDSM, do których można dopłynąć za darmo (!) promami odpływającymi tuż zza stacji kolejowej Amsterdam Centraal. Miało być mnóstwo pięknych zdjęć, i jeszcze więcej „ochów” i „achów”, jak na hisptera wannabe przystało. Doki okazały się być nie tylko zamknięte, ale i odgrodzone, bo akurat w ten weekend (co za zbieg okoliczności) odbywał się dwudniowy festiwal muzyczny DGTL. Godzina w plecy, ale co się holenderskich hipsterów naoglądaliśmy na promie, to nasze.

P1640689

P1640696

Po wydostaniu się na ląd, spacer rozpoczęliśmy od Jordaan, malowniczej dzielnicy Amsterdamu, niegdyś będącej sypialnią klasy robotniczej, dzisiaj – najbardziej trendy spotem, pełnym nietuzinkowych galerii sztuki, sklepów lokalnych projektantów i domów bogatych ludzi. Krótko i treściwie: kanały i rowery, rowery i kanały (zdjęcia w kolejnym poście!). Ale czy ktokolwiek przyjeżdżający do Amsterdamu spodziewa się czegoś innego? Nie sądzę.

P1640719

P1650108

P1640773

P1640715

P1640703

P1640711

Za sfotografowanie tego jacka russella srogo nam się dostało od właścicielki. Podobno pukając raz palcem w szybę – cytuję – nie pozwoliliśmy mu żyć. Okeeej…

P1640770

Z racji ograniczonego budżetu, a w związku z tym – zachcianek, na mojej osobistej gastroturystycznej liście znalazła się tylko jedna kawiarniana pozycja: CT coffee & coconuts. Tam gdzie w nazwie i w menu są kokosy, tam jestem i ja. Dodajmy do tego piękne, przestronne wnętrze opuszczonego kina Ceintuur Theater w rustykalno-egzotycznym klimacie i już jestem kupiona. #4everyours

P1640761

Zamówiliśmy specjalność lokalu, Coconut Coffee (smooth naked shot of espresso, banana, coconut, milk and chocolate poured over ice 5,60) i Gorilla Juice (jungle chocolate, coconutwater, oatmilk, berries, banana, almonds and monkey love 5,30), bo chciałam wspomóc małpki (1 euro na Park Narodowy Wirunga w Afryce) i byłam ciekawa, jak smakuje sok goryla i miłość małpy. Obydwa napoje były pyszne, sycące i mocno czekoladowe, ale ciężko było stwierdzić które jest kawą, a które… sokiem? – Ej, chodź, zróbmy coś szalonego i zamówmy jeszcze naleśniki, powiedziałam ja. I to był błąd, bo kokosowe naleśniki (almond & buck- wheat flour, roasted coconut & topped of with red fruit compote, all sweet and stylish 5,80) wyglądały tak, porcja na 1/3 niezbyt głodnego człowieka:

P1640752

Coconut Coffee & Gorilla Juice.

P1640754

Coconut pancakes. Jak zwykle – im fajniejsza knajpa, tym większy talerz i mniejsza porcja.

Po kokosowym lunchu zrobiliśmy spacerek pod Rijksmuseum, Muzeum Narodowe, przed którym stoi słynny,  a przez to mocno oblegany, napis I AMSTERDAM. Jak na buntowniczkę przystało, powiedziałam, że absolutnie nie chcę robić sobie zdjęcia przed literkami z milionem osób dookoła, więc pozostało nam robienie zdjęć… zza literek! To taki travel protip od nas, ludzie robią głupie miny i dziwnie się wypinają, więc można trochę się z nich pośmiać i strzelić kilka dobrych ujęć.

P1640777

Rijksmuseum.

P1650019

P1650055-horz

P1650052

P1650023-horz

Kto wypina, tego wina!

P1650033-horz

Po lewej: rozpłakałam się na widok cen wejściówek do muzeum.

O wiele ciekawsze wydało nam się obserwowanie chłopców – skejtów i chłopców – rolkarzy, którzy na pobliskiej rampie wyczyniali cuda (a czasem upadali z głośnym łoskotem na cztery litery).

P1640791-horz

P1640813

P1640829-horz

Wspomniane Rijksmuseum ma bardzo ładny tunel dla rowerzystów, warto znaleźć się tam z aparatem w odpowiedniej porze dnia i dać upust swojej kreatywności. Do samego muzeum nie weszliśmy, bo mieliśmy do wyboru Rijksmuseum lub Muzeum Van Gogha (albo albo, wóz albo przewóz itp. itd.), a że nie można zjeść ciastka i mieć ciastka, wybraliśmy to drugie, gdyż było bliższe naszym serduszkom. Następnym razem gdy będziemy już sławni i bogaci, wybierzemy się do Amsterdamu z tym cudem, które pozwoli nam zaoszczędzić mnóstwo czasu i pieniędzy, a zobaczyć więcej niż jedno muzeum. A propos muzeów, jeśli wybieracie się np. do domu Anny Frank (my go akurat pominęliśmy = next time), koniecznie kupcie bilety przez internet, bo kolejki ciągną się tam niemiłosierne i to już od samego rana. Za każdym razem jak przechodziliśmy obok, doznawałam szoku i pytałam, co to za zgromadzenie, a potem się orientowałam, że to wciąż dom Anny Frank. A co ważne, nie byłam jeszcze wtedy na ciasteczkowo-ziołowym haju, o czym będzie pisane później.

P1650071

P1650079

P1650044-horz

P1650104

Gdzie spędzić wieczór w Amsterdamie? Sprawa jest banalnie prosta: oczywiście w De Wallen, Dzielnicy Czerwonych Latarni. I teraz, jeśli czytają mnie jacyś mężczyźni, rozwieję Wasze naiwne wyobrażenia. Mniej więcej 98% pań prężących się w witrynach domów publicznych i zapraszających kiwnięciem palca przechodzących facetów, ma nadwagę, jest brzydka, albo wręcz przeciwnie – wygląda jak podrabiana lalka Barbie za 8 zł kupiona na odpuście, z mnóstwem cekinów, ze sztucznymi paznokciami, rzęsami, nosem i Bóg wie, czym jeszcze. 1% wygląda na małe, chude i zastraszone studentki które przyjechały do Amsterdamu dorobić, a pozostały 1% jest ekstra – ale tego procentu już nigdzie nie znaleźliśmy. Co ciekawe, o wiele ładniejsze panie widzieliśmy w środku dnia (!), szukając drogi do kokosowej kawiarni. Dziwne doświadczenie, wszyscy przechodzili obok nich jak gdyby nigdy nic, np. biznesmeni i matki z dziećmi, ja wstydziłam się patrzeć żeby jeszcze mnie nie zawołały, a one, znudzone, gapiły się w oddzielony od nich szybą kanał. Doprawdy, czuję się nieco zdegustowana prostytutkami z Amsterdamu, ale co kto lubi. Jedni lubią panie z domu publicznego, ja lubię kokosy.

P1650125

W chapter no. 2 zaprosimy Was do Muzeum Van Gogha, w którym odważyłam się złamać prawo, zobaczycie jeszcze więcej kanałów oraz rowerów, i – creme de la creme – przeczytacie o kosmicznym brownie z marihuaną, które wywiozło nas o wiele dalej niż w rzeczony kosmos.