Europa Miasto w 24h Podróże

Kolonia

Jak sprawić, aby osoba, która od 1,5 roku konsekwentnie odmawia jedzenia mięsa, złamała najświętszą zasadę swojego pseudowegetarianizmu? Wystarczy wybrać się do Niemiec i będzie pozamiatane. Tak właśnie dzieje się kiedy namiętnie uprawiasz gastroturystykę i chcesz spróbować wszystkiego, co lokalne. Jak smakuje wurst pałaszowany w cieniu największego gotyckiego kościoła w Europie? Sprawdźmy.


Uwaga: wpis obsługuje zdjęcia wielkoformatowe. Aby poprawie je załadować, przed lekturą warto odświeżyć stronę.


Kolonia to miasto na weekend wręcz idealne. Swojska, urocza i bardzo kompaktowa. Dwa, góra trzy, dni wystarczą żeby uciec od wielkiego miasta, zwolnić tempo i odetchnąć spokojem.

Zanim jednak wylądowaliśmy nad Renem, wszystko zaczęło się od nerwowego sprintu w kierunku Dworca Centralnego w Warszawie. Spójrzmy prawdzie w oczy, nie śpieszyło mi się po powrocie z pracy. Ani z pakowaniem, ani z niczym. Poszłam sobie na spacer, zaczęłam sprzątać w domu i nagle zorientowałam się, że już dawno powinnam być w metrze, bo mam kupiony bilet lotniskowy łączący Dworzec Centralny z lotniskiem w Modlinie. Metra – klasycznie – nie było gdy miało przyjechać. Do połowy trasy byłam pewna że zdążę, potem zaczęło robić się coraz bardziej niepokojąco. Po wydostaniu się z wagonu miałam 7 minut na to, aby zdążyć wskoczyć do pociągu, w przeciwnym wypadku z Kolonią mogłam się pożegnać (nie, nigdy nie zamówiłabym taksówki do Modlina). To był najszybszy sprint mojego życia. Nogi krzyczały z bólu, a dech straciłam gdzieś w połowie biegu. Wskoczyłam do pociągu jak torpeda i odbiłam się od ściany, nie mogąc przestać zipać, chuchać, dmuchać i charczeć. Oddech i serce uspokoiły się po 30 minutach, nigdy więcej – to moje mocne postanowienie poprawy.

Nocleg, tradycyjnie, znaleziony przez Airbnb (link to poradnika znajduje się tu). Lepiej trafić nie mogliśmy, bo Stefanie ma jedno z najbardziej czarujących mieszkań w jakich ostatnimi czasy miałam okazję przebywać. Mieszkanie najtrafniej podsumowała jednak moja przyjaciółka Marysia: ‚Stereotyp obalony, że Niemcy mają brzydkie chaty w stylu Ludwik XVI.’ Komentarz w skali 10/10! Na miejsce dotarliśmy późno w nocy, ale Stefanie nie miała z tym żadnego problemu – po prostu wstała, przywitała się, powiedziała, że mamy całe mieszkanie dla siebie bo z rana wyjeżdża i wróciła do spania. How cool is that? Zamiast rozpakować plecak, chodziłam po mieszkaniu i zaglądałam w każdy kąt wzdychając nad warszawskim lokum, w którym nie ma żadnej rzeczy czy też mebla, który mógłby otrzymać miano ‚przytulnego’. Jest po prostu nowocześnie i praktycznie. W stylu pokolenia IKEA.

11.30 // cafecafe, Belgian Quarter

Poranek (no dobrze, nie taki poranek bo siła grawitacji łóżka trzymała aż do 10.00) w Kolonii (jak i gdziekolwiek indziej) powinien zacząć się po bożemu, czyli od pierwszego punktu na gastroturystycznej mapie miasta. Na najważniejszy posiłek dnia upatrzyłam dla nas cafecafe w hipsterskiej dzielnicy Belgian Quarter, mały lokal serwujący śniadania, kanapki i desery. Duży wybór w menu, ale przede wszystkim stosunek ilości jedzenia do wysokości ceny jest wielce zadowalający, dlatego nie powinny dziwić zatłoczone stoliki przed i w środku lokalu. Cud, że i dla nas znalazło się miejsce, bo głodny człowiek bez śniadania jest równie uroczy co stado lwic na polowaniu na antylopy.

kolonia-2

DSC_6527

14.00 // Kranhauser

Porządnie doładowani wróciliśmy w okolice naszej dzielnicy zadowolić oczy dawką nowoczesnej architektury. Kranhauser to kompleks apartamentowców piętrzących się nad Renem, przyciągających uwagę niecodziennym kształtem przypominającym odwróconą literę „L”. W zamyśle architekta mają przypominać dźwigi portowe, które wiele lat temu znajdowały się leżącym na ich miejscu porcie. Napiszę dyplomatycznie: to nie jest okolica dla biednych ludzi. Gdy wpatrywałam się w okna na najwyższym poziomie (nie ma to jak przeszkolne pomieszczenia, na takiej wysokości nawet zasłony są niepotrzebne), widziałam największe w swoim życiu telewizory na pół ściany. No nie, w świątecznej promocji w Media Markt takich nie uświadczysz. Niemniej, konstrukcja zachwyca!

kolonia-5

kolonia-4-horz

DSC_6583-horz

15.00 // Kölner Dom

Kolejny przystanek to Kölner Dom – symbol Kolonii, Katedra Św. Piotra i Najświętszej Maryi Panny. Nie trudno jej nie zauważyć. Nie tylko ze względu na rozmiar i fakt, że jest doskonale widoczna z każdego punktu w mieście, ale to właśnie obok Katedry wysiadamy jadąc pociągiem z lotniska w Bonn. Nie jestem dobra w obiekty sakralne, ale zdecydowanie warto do niej wejść i zgubić się we wnętrzu które poraża swoją wielkością. Elewacje budynku przypominają mi trochę Sagradę Familię z Barcelony i Muzeum Historii Naturalnej w Londynie, a to ze względu na masę drobnych rzeźb i płaskorzeźb. Jest ich tak dużo, że nadchodzą na siebie, jedna na drugą i w pewnym momencie przestajesz wiedzieć na co dokładnie patrzysz. Po skończonej inspekcji można zajść do sklepiku z pamiątkami i kupić rodzicom czekoladę w kształcie katedry (czy to nie fantastyczne?!).

DSC_6655-horz

kolonia-17-horz

kolonia-18

kolonia-20

kolonia-53

kolonia-52-horz

16.00 // Dworzec kolejowy

I got this strange thing with train stations… Też to macie? Stacje kolejowe mają w sobie coś niesamowicie przyciągającego. Obietnica rychłej podróży, możliwość obserwowania ludzi wokół i próby zgadywania kim są, gdzie jadą i jakie mają sprawy na głowie uważam za niezwykle pociągającą. Poza tym, mając jako takie pojęcie na temat kondycji polskiego systemu emerytalnego, widzę swoją przyszłość tylko w jednym miejscu – niewielkim kartonie na Dworcu Centralnym. Pora zacząć się przyzwyczajać!

kolonia-27

kolonia-25

kolonia-26

17.30 // FRÜH „Em Veedel“

Niemiecka kuchnia nie zna litości. Niedaleko mieszkania Stefanie znajduje się restauracja FRÜH „Em Veedel“ którą, o jak się dobrze złożyło, miałam na swojej gastroturystycznej liście. Na stół najpierw wjechało piwo w wąskich szklankach (nie jestem fanką, ale słowo daję, piwo z Kolonii mnie zachwyciło – lekkie, orzeźwiające i bez smaku goryczy), później na zachętę Halver Hahn, a na dobicie Schweineschnitzel oraz Himmel und Ääd. Brzmi zagadkowo? Wyjaśnienia pod zdjęciami! Lokal gorąco polecam każdemu, kto chce spróbować regionalnej kuchni, a po skończonej uczcie poczuć się jak wieloryb w zaawansowanej ciąży.

kolonia-30

Halver Hahn, jedna z lokalnych przekąsek: bułka żytnia z grubymi plastrami dojrzewającego sera i masłem.

kolonia-31

Schweineschnitzel, sznycel aka kotlet schabowy serwowany ze smażonymi ziemniakami i cytryną. Wielki jak talerz!

kolonia-32

Himmel und Ääd, w dosłownym tłumaczeniu „niebo i ziemia”, a w rzeczywistości puree ziemniaczane z musem jabłkowym, podsmażaną cebulą i delikatną, hm, kaszanką?

kolonia-33

Tak wygląda człowiek zmęczony piwem i niemiecką kuchnią.

kolonia-34

20.00 // Most Hohenzollernów

Po jedzeniu wróciliśmy „na miasto” żeby przejść się Mostem Hohenzollernów i spocząć na Bulwarze Keneddy’ego. To właśnie w tym miejscu powstają najpopularniejsze nocne ujęcia Katedry na tle mostu i Renu. Nie mogliśmy być gorsi, no nie? Piotrek bawił się w timelapse’a, a ja siedziałam na murku, pstrykałam zdjęcia i katowałam Spotify.

kolonia-36

21.00 // Wesołe Miasteczko

To jednak nie był koniec wrażeń, bo najlepsze było dopiero przed nami. Wesołe Miasteczko rozłożyło się dokładnie po drugiej stronie rzeki, patrząc z perspektywy naszej dzielnicy. Kusiło już od południa i w końcu wieczorem udało mi się namówić Piotrka żeby wstąpić na mały rekonesans. Nie byłabym sobą gdybym nie wybrała najbardziej ekstremalnych atrakcji, takich na których ludzie krzyczą wniebogłosy, płaczą albo wymiotują. Wejście na każdą atrakcję kosztowało 5 euro, więc skończyło się na tylko dwóch, ale za to jakich. O panie, co to była za zabawa! O ile pierwszą atrakcję – typu „młot” zaliczyliśmy bez problemu, z drugą, która wywracała ludźmi w powietrzu, był już problem. Dostałam od Piotra solidny opieprz za to, że wydaję pieniądze na głupoty, ale ostatecznie dał się namówić na jazdę bez trzymanki. Jak się później okazało, Piotrek miał cykora i zamiast przyznać się do tego, że się lęka ;-) postanowił mnie umoralniać, próbując odżegnać od pomysłu zakupienia żetona na atrakcję o zacnej nazwie „Avenger”. Zabawne są te chłopy, prawda? (przepraszam, ale musiałam to napisać, strasznie mnie to bawi do tej pory, hi hi!). Żałuję że po zejściu z drugiej atrakcji, tuż przed 22.00, w parku zgasły światła i w przeciągu kilku minut wyludnił się on niemal do zera. Mogłabym tam spędzić noc i ciągle byłoby mi mało. Klimat jak z amerykańskich filmów,  w których amerykańskie nastolatki umawiają się na randkę w amerykańskim Wesołym Miasteczku, na pewno kojarzycie!

kolonia-35

kolonia-41

kolonia-40

kolonia-39

kolonia-38-horz

Moje dwie ulubione atrakcje! Jedna kołysała mocno na boki, druga robiła fikołki w powietrzu, wywracając żołądki na drugą stronę.

kolonia-43-horz

10.00 // Ehrenfeld

Następnego dnia zaproponowałam dłuższy spacer do dzielnicy Ehrenfeld. Kolejne hipsterskie miejsce słynące z ciekawie wyglądającej młodzieży i street artu. Niestety albo pomyliłam kierunki, albo nie doszliśmy tam gdzie dojść mieliśmy, bo z hipsterskich spraw upolowaliśmy tylko jednego hipsterskiego tatę z synkiem.

kolonia-49

kolonia-48

Przy niedzieli starsi panowie urządzali sobie wyścigi łódeczek.

 

kolonia-60-horz

kolonia-47

kolonia-46

12.00 // Wurst Pitstop

Czym byłaby wizyta w Niemczech bez spróbowania wursta? Nie dajcie się zwieść zdjęciom. W moim przypadku skończyło się tylko na gryzie (no dobra, dwóch, maksymalnie trzech), ale pseudowegetarianizm mi tego nie wybaczy. Piotr średnio zadowolony z kiełbasy, jako ekspert może się w tym temacie wypowiadać, a ja to szanuję.

kolonia-56

Zjeść wursta czy nie zjeść? Oto jest pytanie!

kolonia-55

kolonia-61

Niemiecki precel też jest bardzo super. Polecam wszystkim fanom paluszków!

13.00 // Nad Renem

Potem okazało się że czas nagli i trzeba wrócić po plecaki, dlatego ostatnie chwile w Kolonii spędziliśmy nad brzegiem Renu.

kolonia-11

kolonia-58

kolonia-12

kolonia-6

kolonia-57

kolonia-28-horz

kolonia-9

kolonia-14

Korzystając z okazji, że moja mama mieszka niedaleko Kolonii, resztę czasu postanowiłam spędzić w domowych pieleszach, w towarzystwie najbliższej osoby, którą mam okazję widzieć raz na ruski rok. Nie macie pojęcia jak bardzo może cieszyć prawdziwy śląski obiad za granicą, prawdziwy domowy obiad, domowy sernik, domowe wszystko! No i mama… (mamo, jeśli to czytasz, pamiętaj że choć jestem niedojrzała i mam pstro w głowie, to kocham Cię miłością nieskończoną!). I tym pozytywnym akcentem chciałabym zakończyć dzisiejszy wpis.

Peace & love!