Azja Europa Podróże Przygoda

Kazbegi

Tbilisi nie zatrzymało nas na długo. Serce rwało się w góry, choć dopiero z gór wróciło, ale jak powszechnie wiadomo – z sercem walczyć się nie da i chyba nawet nie ma sensu. Czymże byłaby wizyta w Gruzji bez wspięcia się na wzgórze z najsłynniejszym klasztorem na szczycie i górującym w tle pięciotysięcznikiem?


Uwaga: wpis obsługuje zdjęcia wielkoformatowe. Aby poprawie je załadować, przed lekturą warto odświeżyć stronę.


Pociąg linii nocnej dojechał na miejsce! Czas rozprostować starcze, ponad dwudziestoletnie, kości, pożegnać się ze znajomymi i ruszyć swoją drogą. Po dotarciu na główny plac w Tbilisi, skupiający w swoim jestestwie bazar, kłąb autobusów i marszrutek, rozpoczęły się nerwowe poszukiwania środka transportu gotowego przewieźć nas do Stepancmindy (albo Kazbegi, jak kto woli). Jak to zwykle w życiu bywa, nic nie dzieje się przypadkowo. W tłumie ludzkich rąk, nóg i wypchanych Bóg-wie-czym toreb zaczepiły nas dwie dziewczyny, pytając czy my też wybieramy się do Kazbegi. I tak słynną Gruzińską Drogą Wojenną przemierzyliśmy we czwórkę z miłym, choć nieco małomównym, panem dziadkiem (na oko z 70 wiosen). I teraz, kochane dzieci, czas na tip: do Kazbegi dojedziecie za 10 lari, ale dodając do tej kwoty 5 lari kierowca zatrzyma się dla Was we wszystkich najważniejszych punktach widokowych, pozwalając fotografom-amatorom hulać do woli.

DSC_4484

DSC_4475

Przełęcz Krzyżowa

DSC_4470

DSC_4450

DSC_4448

Przelecz_kazbeki

DSC_4440

DSC_4411

DSC_4419

DSC_4420

DSC_4421

Autofocus dał ciała. Ale i tak wyszło ładnie!

DSC_4425

W Stepancmindzie byliśmy umówieni z Mają Sujashvili, bodaj najpopularniejszą nauczycielką w okolicy, która, oprócz tego, że uczy maluchy w klasach 1-3, z powodzeniem prowadzi guesthouse „Polish house”. Skąd ta nazwa? Ano stąd, że Maję odwiedzają w większości sami Polacy. Później polecają ją znajomym, znajomi polecają swoim znajomym i tak się wieść niesie pośród gruzińskich wzgórz.  Na chwilę obecną cennik Mai wygląda następująco: 20 lari / nocleg za 1 os. lub 40 lari / nocleg + wyżywienie za 1 os. Oczywiście w grę wchodzi tylko opcja z wyżywieniem, bo jak Maja zastawi stół gruzińskimi smakołykami to świat może się (nie) kończyć! Jeśli kiedykolwiek będziecie zainteresowani, a polecamy Maję z całego serducha, bo kobitka jest niesamowita, kontaktujcie się z nią przez Facebook, maila: maia.sujashvili@gmail.com lub telefonicznie: +995 555 484802. I nie przejmujcie się jeśli nie potraficie mówić po gruzińsku albo rosyjsku. Z Mają można dogadać się nawet po polsku (odpowiada co prawda po rosyjsku, ale taka rozmowa to sama przyjemność). Widać zresztą, że na co dzień ma do czynienia z dziećmi które co krok trzeba dyscyplinować, bo jak powiedziałam, że w toalecie jest problem ze spłuczką i choć mi się chce to raczej dziękuję, ale nie skorzystam, zaraz coś tam naprawiła i zakrzyknęła na mnie jak na niesubordynowanego malucha, cobym się nie wstydziła / nie wygłupiała i natychmiast marszem poszła do łazienki. Poczułam się jakbym znowu miała 8 lat i mama musiała przywołać mnie do porządku, he he.

Ciekawostka: nieco dalej za guesthousem Mai znajduje się Rooms Hotel, luksusowy hotel z widokiem na Kazbek w którym ceny najtańszych pokoi zaczynają się od około 400 zł na noc. Widok mieliśmy ten sam co bogacze w apartamentach, tylko cenę tak jakby znacznie niższą. Skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?!

DSC_5487

Chaczapuri.

Po późnym drugim śniadaniu składającym się z (oczywiście!) chaczapuri i gorącej herbaty zaczęliśmy się pakować na wycieczkę w góry. Akurat przypadł nam w przydziale pokój z najpiękniejszym widokiem na Kazbek, więc nie tylko my przyjechaliśmy do góry, ale góra przyszła do nas. W drzwiach minęliśmy się z grupą Polaków wspólnie podróżujących po Gruzji. Faceci nie odmówili sobie poczęstowania nas pędzoną domowym sposobem czaczą (gruzińską wódką) produkowaną z wytłoków (takie ładne słowo; a znaczy tyle, co resztki) winogron. Szału nie było, ale przynajmniej wzmocniliśmy się przed małym trekkingiem.

DSC_5851

Taki tam widok z okna. Za milion dolców.

W przydrożnym kiosku kupiłam na drogę tzw. suchy prowiant (pamiętacie go z wycieczek szkolnych?), czyli niezastąpione… chaczapuri, jedno z serem, drugie z fasolą. U podnóża góry spotkaliśmy też przypadkowo znajomą ukraińską parę z którą noc wcześniej piliśmy wino w przyciasnym przedziale nocnego pociągu do Tbilisi. Widziałam jak obydwoje podnieśli brwi ze zdziwienia (ach to czytanie z twarzy, doprawdy!), gdy oznajmiliśmy że zamierzamy wykorzystać resztki popołudnia i wspiąć się do Cmindy Sameby, prawosławnego klasztoru u podnóża Kazbeku, na własnych nogach. Nie jest to trasa szczególnie wymagająca, ale z drugiej strony żadni z nas pogromcy Everestów, więc postanowiliśmy się sprawdzić dla własnej frajdy.

DSC_4900

W Kazbegi można zrobić zakupy w markecie sygnowanym logo Google!

Idąc miarowym krokiem na górę można wejść w około 1,5 godziny, zejście jest już dużo łatwiejsze i zajmuje około 40 minut. Niestety nikt nie przewidział, że buty które ładnie wyglądają na zdjęciach pośród gór (Timberlandy) NIE NADAJĄ SIĘ do chodzenia po górach. I to chyba jedyna rzecz, która nie poszła po naszej myśli. Przez całą drogę widziałam nie więcej niż 3-4 osoby które wspinały się samodzielnie, cała reszta podjeżdżała samochodem lub marszrutkami (a to lenie!).

DSC_4915

Tuż przed końcem trasy zatrzymał się przed nami lśniący biały Mercedes ze skórzanymi fotelami. Przez chwilę myślałam: – Niezła ta fatamorgana, aż tak się zmęczyłam? – ale okazało się, że kierowca cały czas czekał z otwartymi drzwiami, zapraszając nas do środka. Wiecie jak jest, w takich momentach w głowie lubią pojawiać się myśli w stylu: „A co będzie jak nas nie wypuści, zamorduje, a potem wyrzuci pozostałości do lasu?”. Niemniej, jeśli oprócz tych myśli nie pojawia się dziwne przeczucie, że coś jest nie tak, to trzeba je zagłuszyć i pójść na żywioł. I takim sposobem, w luksusowych warunkach, przejechaliśmy ostatnie kilkadziesiąt metrów wertepów, zatrzymując się u samego podnóża klasztoru.

DSC_4926

DSC_4931

DSC_4939

DSC_4952

DSC_5186

DSC_5211

DSC_5199

DSC_5232

Klasztor Cminda Sameba.

DSC_5234

DSC_5236

Nowi przyjaciele. Z Indii i Sri Lanki!

Na górze wieje jak sto pięćdziesiąt, warto mieć to na uwadze nawet jeśli na dole wydawało nam się, że jest pięknie, jest słońce i ogólnie wszyscy są szczęśliwi. Co tam jednak wiatr jeśli widoki są takie, że głowa mała, szczęka opada i dziąsła puchną. Naprawdę przez 10 minut nie potrafiłam wdrapać się na górkę z klasztorem bo gdy spojrzałam w dal, w kierunku Kazbeku, jednego z najwyższych szczytów Kaukazu oddzielającego Gruzję od Rosji (ponad 5033 m n.p.m), nie mogłam przestać się zachwycać. Natura potrafi być tak piękna, że żadne słowa nie opiszą uczuć, które towarzyszyły mi w tamtym momencie. Mogłabym tak stać, gapić się przed siebie i pozwolić żeby porywisty wiatr robił ze mną co tylko chce. Nie miałam nic przeciwko, naprawdę.

Z gór zeszliśmy pod wieczór, w towarzystwie bezpańskich psów. Jeden z nich próbował zjeść moje chaczapuri, więc kiedy nagrywał się timelapse z Kazbekiem w roli głównej, ja wdrapałam się na skałę i nie mogłam zejść dopóki nie zjadłam, inaczej pożegnałabym się z obiadem.

DSC_5263-horz

DSC_5260

DSC_5475

U Mai czekał już na nas suto zastawiony stół. Dieta, nie dieta, jeść po wspinaczce trzeba więc zagłuszyłam wyrzuty sumienia odkurzając po trochu wszystko, co tylko pojawiło się na stole. Następnego dnia Maja przygotowała dla nas śniadanie, sama wybrała się z samego rana do Tbilisi i życzyła nam bezpiecznej podróży. Bardzo zależało mi żeby zdążyć zapoznać się jeszcze choć trochę z Tbilisi, więc zaraz po śniadaniu złapaliśmy marszrutkę (a właściwie to marszrutka złapała nas) i ruszyliśmy w drogę powrotną.

DSC_5975

DSC_5983

Czurczela, gruzińska wersja Snickersa. Orzechy nawleka się na nitkę i macza w soku z winogron. Mniam!

DSC_5987

Nie bardzo wiedzieliśmy gdzie iść, bo czas był mocno ograniczony, więc skierowaliśmy się ku posągowi Matki Gruzji, 20-metrowej rzeźby piętrzącej się nad najstarszą częścią Tbilisi. Matka Gruzja, jak to typowa kobieta, ma dwie twarze. W jednej dłoni trzyma puchar wina którym wita przyjaciół, w drugiej dłoni dzierży miecz, prezent dla wrogów (albo rózga na facetów). Pewna, wymyślona przeze mnie na poczekaniu, mądrość głosi, że jak nie wiesz co zrobić ze sobą i ze swoim czasem, idź najlepiej coś zjeść. Zachęcająco wyglądała restauracja sieci Machakhela – Samikitno. Pisząc precyzyjniej, zachęcająco wyglądał tłum ludzi, który się w niej stołował. Po przekroczeniu progu spojrzeliśmy na faceta siedzącego przy najbliższym stoliku. Ja nie zwróciłam na niego uwagi, ale on na mnie tak i dobrze, bo okazało się, że to nasz George we własnej osobie. Ten arcyczarujący i arcybogaty gracz w golfa, z którym (no cóż) też piliśmy wino kilkanaście godzin wcześniej. Ten sam, którego już miało tu nie być, bo planował kupić wcześniejszy bilet do Wielkiej Brytanii i  odwiedzić swoją rodzinę. Wszechświat rządzi się jednak swoimi prawami! George zaproponował żebyśmy dosiedli się do jego stolika i tak obiad, który miał potrwać niespełna godzinę, zmienił się w trzygodzinne rozmowy o życiu prywatnym, związkach z ludźmi i pracy. Tym razem jeszcze ciężej było nam pożegnać się z Georgem, ale to, co wynieśliśmy z rozmowy, na długo pozostanie w naszych (i jego, mam nadzieję) głowach.

DSC_6003

DSC_6008

Wieża Zegarowa przy Teatrze Marionetek.

DSC_6014

DSC_6019

Ostatnie chwile w Tbilisi spędziliśmy szwędając się w okolicy Mostu Pokoju aka Wielkiej Podpaski (zdjęcie powyżej) i posągu Matki Gruzji. Wieczorem grzecznie zapakowaliśmy się do autobusu lotniskowego i przed północą znaleźliśmy się w Kutaisi, miejscu w którym rozpoczęła się gruzińska przygoda. Całe szczęście że lotnisko, choć nieduże, posiada wygodne, wyłożone sztuczną trawą (dlaczego, to nie wiem) miejsce noclegowe, które pozwala przetrwać do rana.

DSC_6428

Matka Gruzja.

DSC_6464

DSC_6036

I teraz ciekawostka! W drogę z Kutaisi do Warszawy wyruszyliśmy o 6.45, a na miejscu (mimo że lot trwał kilka godzin) byliśmy… po 7.00! Wszystko dlatego, że czas lokalny w Gruzji to +3h względem naszego czasu, poza tym, w tym samym dniu w Polsce zmieniał się czas z letniego na zimowy, więc lot, który w założeniu miał trwać ponad 3 godziny, w sumie w teorii zajął nie więcej niż 30 minut!

panorama

Panorama nocnego Tbilisi.

Czy wypadałoby teraz podsumować obydwa wpisy i napisać coś najbardziej oczywistego pod Słońcem? Gruzja jest wspaniała. Już się nie dziwię, dlaczego tylu Polaków powtarza tę opinię z uporem maniaka. I naprawdę nie mogę doczekać się kolejnego razu. Taka piękność na wyciągnięcie ręki? Żal nie skorzystać. Korzystajcie i Wy. I nigdy nie przestawajcie się zachwycać!