Ameryka Południowa Podróże Przygoda

Wodospad Iguazú w cieniu choroby tropikalnej

Pierwsze dwa dni spędzone w Rio obfitowały w wiele pozytywnych wrażeń. Po tym czasie jednak, sprawy zaczęły przybierać zgoła inny obrót. I w końcu zrobiło się naprawdę niewesoło.


Po powrocie z Ilha Grande wszystko było w porządalu, do czasu kiedy to nagle złapałem wysoką gorączkę. Może nie widać tego na zdjęciach z Corcovado, ale już wtedy, przy temperaturze 30 stopni, trząsłem się z zimna. Na początku myśleliśmy – nic takiego, przeziębienie. Właściciel hostelu rzucił nawet hasłem „denga”, ale zignorowaliśmy to, bo głównym objawem dengi są przecież ciemnoczerwone plamki na ciele, powstające wskutek pęknięcia drobnych naczyń krwionośnych. Minęły dwa dni, w tym jeden spędzony w łóżku, i poczułem się odrobinę lepiej.

Z samego rana zabraliśmy manatki i ruszyliśmy na poranny lot do Foz do Iguaçu. Przebierałem nogami na samą myśl o zobaczeniu Wodospadu IguazúO tak, to będzie coś, w końcu odhaczę to na mojej bucket liście! I gdy już sobie wyobrażałem, że wszystko będzie pięknie, na zewnętrznej części dłoni  nagle zauważyłem ciemnoczerwone plamki. Ciśnienie podskoczyło nam obojgu. Na lotnisku w Rio skierowałem się po pomoc do obsługi lotniczej. Na miejscu język angielski znał jako-tako tylko jeden lekarz. Ale jak na Brazylię, to i tak całkiem sporo. Przez pierwsze kilka minut personel lotniskowej przychodni bawił się w zgadywanie wymowy mojego imienia i nazwiska. Mieli przy tym ubaw po pachy, podczas gdy ja, wielki kłębek nerwów, siedziałem tuż obok – HELOŁ?! Za godzinę z hakiem mamy lot do Foz, także streszczać się, panowie i panie!

Lekarz przeprowadził ze mną krótki wywiad i podłączył do kroplówki. O porannym locie na spotkanie z wodospadem mogliśmy już zapomnieć. Lekarz załatwił nam na szczęście darmową zmianę rezerwacji lotu na późny wieczór tego samego dnia oraz voucher na kurs taksówką do najbliższego szpitala. Na miejscu miało pójść już z górki. I znowu porażka na całej linii.

Punkt pierwszy – rejestracja. Miłe panie z okienka nie ułatwiały sprawy. Dobre kilkanaście minut zajęło mi tłumaczenie, jak zapisuje się moje imię i nazwisko. Coś tam wpisały w kartotece i kazały czekać, aż na ekranie pojawi się znajome nazwisko. I tak sobie czekaliśmy. Mija godzina, aż tu nagle słyszę z głośnika: ORLYNSKI STANISLAW PIORT! – pisownia oryginalna. W gabinecie czekały już na mnie dwie panie, z których jedna robiła za tłumaczkę. Dostałem skierowanie na pobranie krwi i kolejną kroplówkę. Możecie mi wierzyć na słowo, tak trywialne czynności nigdy nie zajmowały mi tyle czasu, co w Brazylii. Tu nikomu się nie spieszy. Pełen luz. Co tam, że cała masa schorowanych ludzi i matek z dziećmi czeka w kolejce. Bo gdzie tu się spieszyć? Karolina w tym czasie siedziała przykuta do krzesła w poczekalni, gdzie poddawana była audiowizualnym torturom w postaci puszczanego na okrągło edukacyjnego filmiku (tu możecie go zobaczyć!) wyjaśniającego istotę najpopularniejszej choroby tropikalnej – dengi. Brawo za cierpliwość i pozostanie przy zdrowych zmysłach! Po niemal 6 (tak, sześciu!!!) godzinach leżenia plackiem z kroplówką, znów wylądowałem w gabinecie lekarza. Tym razem z pomocą przyszedł mi Google translator. Dostałem leki, no i wio! Nikt jednak ostatecznie nie potwierdził, że to, co mi dolegało, faktycznie było dengą. W Brazylii wstrętne komary przenoszą całą masę wirusów,  a denga jest tylko jednym z nich. Co robić, gdy już ją złapiemy? Pić dużo wody, naprawdę dużo! Ja musiałem rozcieńczać ją jeszcze z ohydną mieszanką soli fizjologicznej i minerałów.

Po kilkugodzinnej męczarni pozostało nam tylko wrócić na lotnisko. Niestety, w okolicy szpitala nie mogliśmy znaleźć taksówki, która przyjęłaby nasz voucher. Ba, nikt o takiej linii taksówek nigdy nie słyszał! Poprosiłem więc panią w biurze, aby dała mi skorzystać z telefonu. I tak na początku kontaktowałem się z linią lotniczą (która nic nie wiedziała o moim voucherze),  następnie z lotniskiem, później znów z linią lotniczą, i tak w kółko. Ponad godzina telefonowania i tłumaczenia na nic. W końcu zaproponowano nam przejazd na własny rachunek i późniejszy zwrot kosztów, ale już tak mieliśmy dosyć pertraktacji, że serdecznie podziękowaliśmy za okazaną „pomoc” i po wyjściu ze szpitala złapaliśmy przypadkowy busik na lotnisko.

W Foz wylądowaliśmy po godzinie 23.00, więc w grę wchodziła tylko taksówka, bądź darmowa podwózka. Tułając się od samochodu do samochodu i słuchając kulturalnych odmów, zmuszono nas do skorzystania z pierwszej opcji. Gwoli bezpieczeństwa, ustaliłem z taksówkarzem konkretną cenę za przejazd, bo słyszałem od kilku osób, że kierowcy taksówek w Foz lubią robić sobie niezłe wycieczki po okolicy.

DSC_8738

Recepcja hostelu Tetris Container. Totalnie nasze klimaty!

W końcu czas na odrobinę przyjemności i prawdziwą chwilę architektonicznych wzruszeń. Hostel, który sobie wybraliśmy, możemy zaliczyć do naszego TOP 3 hosteli wszechczasów. Tetris Container Hostel zbudowano, jak nazwa wskazuje, z przemysłowych kontenerów. Przemyślany design i prosty, genialny pomysł! Na recepcji urzędował dodatkowo klon Jimmy’ego Fallona. Poważnie, koleś był identyczny. I podobno każdy mu to mówi, a on wciąż się wypiera.

Tetris Container Hostel
Av. das Cataratas, 639 – Vila Yolanda
Foz do Iguaçu – PR, Brazylia

DSC_7972

DSC_7976

DSC_7978

DSC_8004-horz

DSC_7975-horz

Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, bo z tej całej akcji z dengą, pozostał nam tylko jeden dzień w Foz, zamiast zaplanowanych dwóch. Projekt był ambitny. Zobaczyć wodospad z dwóch stron: brazylijskiej i argentyńskiej. Ludzie zastanawiali się, jak to zrobimy w ciągu jednego dnia. My w sumie też, ale do odważnych świat należy! Najpierw na warsztat wzięliśmy stronę brazylijską. Po dość krótkiej podróży podmiejskim autobusem jak szaleni pognaliśmy w stronę parku. Bilety kupione i dawaj do następnego busa! Wysiadamy i znów pędzimy w stronę miejsca z którego dochodzi długo oczekiwany odgłos szumiącej, rozbijającej się o skały wody. Sam wodospad i wirujące nad nim ptaki zrobiły na mnie ogromne, pozytywne wrażenie. I choć mieliśmy bardzo mało czasu, przez dłuższą chwilę każde z nas w głębokiej ciszy kontemplowało ten cud natury.

DSC_8017

DSC_8055

DSC_8046

DSC_8034

Jeden z Siedmiu Nowych Cudów Natury z perspektywy parku po stronie brazylijskiej. W tle Garganta del Diablo, największa kaskada wodospadu

DSC_8048-horz

DSC_8026

DSC_8029

DSC_8059

W drodze powrotnej zdążyliśmy wpaść do Parque das Aves (Park Ptaków), w którym po raz pierwszy w życiu zobaczyliśmy prawdziwego tukana. Frajdy z tego powodu było co nie miara, a sam tukan pozował do zdjęć niczym rasowa gwiazda. Swoją drogą, wiedzieliście, że tukany, zamiast chodzić, śmiesznie skaczą na dwóch łapkach? Dokładnie tak jak myszoskoczki, tylko oczywiście o wiele niżej. Oprócz wrzeszczących wniebogłosy papug, w Parku Ptaków spotkać można mnóstwo innych gatunków ptaków zamieszkujących Brazylię, czy też Amerykę Południową.

DSC_8086
DSC_8111

DSC_8095

DSC_8102

Po powrocie usiedliśmy grzecznie na przystanku, czekając na kolejny autobus, który tym razem miał nas zabrać do Argentyny. Na próżno, autobus-widmo nigdy nie przyjechał. I wtedy zjawił się ON. Wybawiciel. Starszy pan, który zaproponował podwózkę swoim samochodem. Oczywiście za pieniądze, aż tak to szczęście nam nie dopisywało. Ekstremalnie zależało nam na czasie, a autobus i tak nie przyjeżdżał, więc z bólem serca przepłaciliśmy za przejazd i pojechaliśmy przed siebie.

Obydwoje byliśmy mocno podnieceni nie tylko faktem, że zobaczymy drugą stronę Wodospadu, ale przede wszystkim tym, że uda nam się na kilka godzin postawić stopę w kolejnym kraju Ameryki Południowej.

Staruszek odstawił nas przy bramie wjazdowej, a my, jak to my, z prędkością, której nie powstydziłby się sam Struś Pędziwiatr, pognaliśmy nad wodospad. Szlak po stronie argentyńskiej jest dłuższy, a natura dosłownie na wyciągniecie ręki. Podążając którąkolwiek ścieżką nie sposób nie wpaść na małpę czy miejscowych urwisów – koati – które są w stanie na pełnym luzie wdrapać się na stolik w restauracji i ściągnąć z niego obiad. Niech nie zmyli Was ten słodki image. Na szlakach minęliśmy sporo tabliczek dosadnie prezentujących ich piękne, ostre uzębienie. I raczej nie było to nic przyjemnego. Po drodze mijaliśmy też wiele wodospadów, których nazwy ciężko mi teraz przytoczyć.

Jednak największą perełkę strony argentyńskiej, Garganta del Diablo,  czyli najwyższy, 72-metrowy wodospad na rzece Iguaçu zostawiliśmy sobie na sam koniec. BŁĄD!!! Nie mieliśmy pojęcia, że szlak zamykają o wiele wcześniej niż sam park. I do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć.

image1

Koati w swoim żywiole. Jedni przekopują ogródki, inni śmietniki

DSC_8144

DSC_8131

DSC_8126-horz

DSC_8141-horz

Odrobinę zrezygnowani wróciliśmy do naszego staruszka-biznesmena, który czekał na nas na parkingu przez całe dwie godziny. Dzień był zwariowany, ale inaczej się nie dało. Ze względu na graniczenia spowodowane chorobą, pozostałą resztkę czasu musieliśmy wykorzystać maksymalnie. Czy wrócimy nad wodospad? Z całą pewnością. Diabelska Gardziel wciąż czeka na spotkanie.

DSC_8722

Drugi, i zarazem ostatni wieczór, spędziliśmy przy hostelowym barze. Akurat wypadł mi dzień urodzin, na które dostałem od Karoliny caipirinhę przystrojoną płonącymi świeczkami w kształcie liczby „28”. Ostanie dni w Rio były też totalnie zakręcone, ale mimo tego obeszło się bez nawrotu dengi. W Polsce denga też nie dała o sobie znać, więc wygląda na to, że pokonałem swoją pierwszą w życiu chorobę tropikalną. Czy powinienem oznaczyć ten sukces jako „wydarzenie z życia” na moim profilu na Facebooku?

DSC_7992

Ciekawostka dla wytrwałych czytelników: w ramach akcji Książka w podróży, w hostelu w Foz zostawiliśmy książkę Beaty Pawlikowskiej z namiarami na siebie i naszego bloga. Teraz czekamy aż ktoś odbierze wiadomość zakodowaną trudną polszczyzną i da znać, do którego kraju zabierze nasz podróżujący egzemplarz!

DSC_8719