Ameryka Południowa Podróże

São Paulo & Paraty

Upał, duchota i dezorientacja. To pierwsze wrażenia, które towarzyszyły nam od momentu opuszczenia samolotu na lotnisku w São Paulo. Po 11-godzinnym locie z Madrytu nie byliśmy w stanie uwierzyć, że ot tak znaleźliśmy się w Brazylii. W Ameryce Południowej, cholernie daleko od domu, na kontynencie o którego odwiedzeniu marzyliśmy od dziecka!


Przed wylotem przez kilka miesięcy regularnie straszono nas, jak niebezpieczny jest to kraj. Specjalnie na wyjazd zaopatrzyłam się w płaską biodrową przepaskę na klucze i pieniądze, a Piotrek zabronił mi zabrać ze sobą pary najbardziej kolorowych adidasów, żebym przez przypadek nikogo nie sprowokowała do kradzieży. Streszczając wszystkie „przyjazne rady”, wizja podróży do Brazylii zapowiadała się następująco: na lotnisku zabiorą nam pieniądze i ukradną dokumenty, w autobusie z lotniska ukradną plecaki i resztę pieniędzy, a w mieście to już urwą głowy (wersja A), lub przystawią pistolety do tychże (wersja B). Tak pozytywnie nastrojeni wybraliśmy się na poszukiwanie bankomatów żeby wypłacić pierwszą brazylijską gotówkę (pierwsze razy są takie ekscytujące!). Problemy zaczęły się już na samym początku, bo ni w ząb nie potrafiliśmy zrozumieć tekstu na ekranach. O angielskiej wersji językowej można zapomnieć, a znajomość hiszpańskiego niewiele pomaga, więc zdaliśmy się na ślepy los i testowaliśmy wszystkie przyciski po kolei. Gdy misja zakończyła się sukcesem, agent Piotrek zniknął w toalecie żeby rozdzielić pieniądze. Chwilę później, niczym pracownik służb CIA, przekazał mi ciasny rulonik, abym sprawnym ruchem ręki mogła schować go pod T-shirt.

Ostrzegano mnie, że brazylijski czas płynie 10x wolniej niż czas europejski. O prawdziwości tego stwierdzenia przekonaliśmy już na samym początku, czekając 40 minut na kierowcę lotniskowego busa. Panu oczywiście w ogóle się nie spieszyło. Wyłączył silnik, poszedł sobie po pączka i gazetę, a później znikł na dłużą chwilę. Ludzie w kolejce też nie wydawali się być zdziwieni takim obrotem sprawy, więc i my wrzuciliśmy na luz, bo też – jak mawiała moja nauczycielka chemii – „tylko spokój może nas uratować”. W planach mieliśmy całodzienne zwiedzanie São Paulo i przejazd nocnym autobusem do Parat. Tak się jednak złożyło, że owe plany posypały się już na samym początku i nie trzymały się nas przez kolejne tygodnie. Jako turyści (tak, nie boimy się tego słowa) nie posiadający numeru CPF, nie mogliśmy zakupić biletów przez internet. Przecież nie może być za łatwo, prawda? Gdy w końcu dotarliśmy do dworca Terminal Rodoviário do Tietê , okazało się, że wolnych miejsc na nocną przejażdżkę już nie ma i jedynym sposobem na dostanie się do Parat jest popołudniowy przejazd do Ubatuby, a z Ubatuby trzeba wziąć kolejny autobus, który dowiezie nas na miejsce przeznaczenia. Całodzienne zwiedzanie miasta wzięło w łeb i skurczyło się do 4 godzin. Z perspektywy czasu jesteśmy jednak zgodni, że był to naprawdę dobry obrót sprawy.

DSC_6500

Udało nam się obejść centrum i zobaczyć kilka najbardziej charakterystycznych punktów na mapie miasta.

unnamed

Edifício Altino Arantes, znany jako Banespa Tower, brazylijski Empire State Building liczący 161 metrów wysokości. Podobno panorama ze szczytu zachwyca. My nie mieliśmy czasu tego sprawdzić, ale śmiem podejrzewać, że dla kilkuminutowego (darmowego!) widoku warto zatrzymać się w nawet najdłuższej kolejce

Wygłodniałe, burczące żołądki dyktowały nam dalszy kierunek spaceru. W poszukiwaniu jedzenia odwiedziliśmy Mercado Municipal, mekkę brazylijskich smaków ukrytą w samym sercu największego miasta półkuli południowej. Już po wyjściu z metra przekonaliśmy się na własnej skórze, jak to jest odwiedzić miasto w którym żyje jedyne 19,5 miliona (!) ludzi. Jeśli kiedykolwiek byliście w miejscu w którym wydawało Wam się, że jest mnóstwo ludzi i nie były to np. Chiny, to teraz pomnóżcie sobie wspomniane „mnóstwo” przez co najmniej 100.  To nie było święto, nie był nawet weekend, a na ulicy prowadzącej do marketu zobaczyliśmy to…

DSC_6502

Zapomnijcie o wyprostowaniu ręki lub chwilowym postoju, bo tłum poniesie Was tam, gdzie iść nie zamierzacie. Upchnięci jak sardynki w puszcie ocieraliśmy się o cudze ubrania, ręki, nogi, wózki, torby z zakupami, rowery, motory i samochody. Paradoksalnie, w tłumie czuliśmy się o wiele bezpieczniej niż na lotnisku, więc z nadzieją, że jest tak ciasno, że i tak nikomu nie udałoby się sięgnąć nam do kieszeni czy plecaka, parliśmy przed siebie przedzierając się przez gęstą mieszankę ludzi, starych hitów wybrzmiewających na rogach ulic i krzyków sprzedawców klapek.

DSC_6513
Na targu było jakby sympatyczniej, choć tłum podobny do tego, od którego właśnie udało nam się uciec. Mimo że tęsknie spoglądaliśmy w kierunku owoców o dziwnie brzmiących nazwach, kształtach i kolorach, żołądki stanowczo domagały się czegoś gorącego i treściwego. Do najbardziej popularnych przysmaków Sampy (alternatywna nazwa miasta) należą m.in. kanapki z mortadelą i pasteis, kopertki z cienkiego ciasta smażone na głębokim oleju, nadziewane mięsem albo serem. Piotrek, naczelny mięsożerca, zadowolił się wypakowaną bułą z mortadelą, ja wybrałam sobie „ciastko” z serem i „sercem palmy”, jak też głosił opis w menu.

DSC_6507

unnamed2

Obszerny wpis na temat jedzenia pojawi się na blogu za jakiś czas, ale już po pierwszym gryzie wiedziałam, że to połączenie będzie należało do moich ulubionych. Muszę wspomnieć tu jeszcze o znanej w świecie otwartości i gościnności Brazylijczyków, o której przekonałam się już na bazarze.  Podczas gdy przez przypadek rozdzieliłam się z Piotrkiem i nieświadomie zajęliśmy dwa stoliki po różnych stronach knajpy, przemiły kelner o radosnym uśmiechu niemal za rękę poprowadził mnie do Piotrka, ciesząc się na końcu że odnaleźliśmy się w tłumie.

DSC_6511

Czasu starczyło nam jeszcze na krótkie odwiedziny w Katedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Plac na którym wybudowano katedrę (Praça da ) należy najprawdopodobniej do ulubionych miejsc noclegowych lokalnych bezdomnych. Trafiliśmy akurat na miejski koncert, więc tańczący i śpiewający brazylijskie przeboje ludzie tworzyli z bezdomnymi barwną i zgraną ekipę.

DSC_6497-horz

Catedral Metropolitana de São Paulo.

 

W kościele choć na chwilę mogliśmy odetchnąć od wszechobecnej wilgoci, która pozostawiła po sobie interesujące uczucie nie brania prysznica od co najmniej 3 dni. Czas biegł nieubłaganie, więc po wyjściu z katedry musieliśmy ewakuować się na dworzec i szybko odnaleźć autobus do Ubatuby.

Pod koniec podróży zaczepił nas siedzący za nami Chińczyk, pytając przy okazji czy my też zmierzamy do Parat i czy w związku z tym zabukowaliśmy jakiś nocleg. Nocleg mieliśmy zaklepany dopiero na kolejny dzień, więc w obliczu wyzwania zjednoczyliśmy siły i w trójkę spędziliśmy następne kilkanaście godzin. Zanim dotarliśmy na niewielki dworzec w Ubatubie, kierowca zdążył zgubić się dwa razy. Do odjazdu ostatniego autobusu do Parat zostało kilka godzin, więc przez ten czas próbowaliśmy zorganizować sobie jakąkolwiek rozrywkę. Ubatuba okazała się być niemal opustoszała, a przy tym nie mieć w sobie nic ciekawego. Żeby tego było mało, już dawno zapadł zmrok i  właśnie zaczął padać deszcz. Ostatecznie wolny czas upłynął nam na rozmowach z Kerrym (nie mam pojęcia jak zapisać jego imię, bo brzmi jak coś pomiędzy nazwiskiem Mariah Carey, a przyprawą curry) o podróżach, rodzinie którą zostawił w Chinach i pracy w brazylijskim oddziale chińskiej korporacji. Przed odjazdem wybraliśmy się jeszcze na małe zakupy spożywcze. Wydaje mi się, że Brazylijczycy mają jakiś dziwny problem z wodą gazowaną. Gdy dziewczyna w kasie zorientowała się, że chcemy kupić wodę z bąbelkami, zrobiła wielkie oczy i pięć razy zapytała nas CZY ABY NA PEWNO chcemy kupić wodę gazowaną. Tak, chcieliśmy, wypiliśmy i do tej pory nie wiem w czym leżał problem.

Do Parat dotarliśmy tuż przed północą. Kerry dreptał za nami, ciągnął swoją walizkę i nagabywał  co drugą osobę na ulicy pytając ją o umiejscowienie hostelu, w którym na kolejną noc zarezerwowaliśmy noclegi. Na ulicy zaczepił nas też jeden mężczyzna z dzieckiem na ramieniu i z żoną oraz babcią w samochodzie. Widząc naszą dezorientację zaproponował pomoc, zadzwonił do hostelu i razem z nami próbował odnaleźć właściwą uliczkę. Przypomnę, że zbliżała się północ i w normalnym świecie uciekałabym gdzie pieprz rośnie, gdyby na środku pustej ulicy zaczepił mnie starszy facet. My jednak normalny świat zostawiliśmy za sobą. Ostatecznie nie udało nam się znaleźć wolnych łóżek, ale za to jeden z gości hostelu, na oko trzydziestoletni Argentyńczyk podróżujący bez celu i ograniczeń czasowych, zaprowadził nas do innego przybytku. Wolnych miejsc też co prawda tam nie było, ale za to zaproponowano nam nocleg w pomieszczeniu dla personelu. Warunki nie powalały, a po meblach chodziły mrówki, ale jedyne o czym marzyliśmy w tamtym momencie to jakiekolwiek łóżko i odrobina wody. Kerry spał z nami w jednym pokoju i chrapał tak niemiłosiernie, że nocy nie zaliczyliśmy do tych z gatunku dobrze przespanych.

DSC_6535

Po kilkunastogodzinnej podróży z Europy nikt nie śmiał narzekać na warunki. Mimo, że czasami brakowało wody, hostelowa ekipa robiła co w jej mocy, komunikując się z nami na migi i udostępniając do spania poddasze – najbardziej luksusową część pomieszczenia

DSC_6536

Centralne miejsce stolika stojącego tuż przy wejściu zajmowała Biblia z kilkoma zakładkami w środku. Czekając na swoją kolejkę do prysznica, jeden z członków hostelowej ekipy na dobre zagłębił się w lekturze

Rano zdążyliśmy na resztki śniadania i po posiłku pożegnaliśmy się z Kerrym, który wybierał się na całodzienny rejs po okolicznych wyspach. Choć zaproponował nam wspólne spędzanie czasu, a gdy usłyszał, że i tak wydaliśmy więcej niż planowaliśmy, był gotów zapłacić i za nas, grzecznie odmówiliśmy, bo najbliższe dwa dni chcieliśmy poświęcić na porządne zwiedzenie miasteczka.

unnamed3

Polsko-chiński dream team – Kerry, ja i Piotrek

Kolonialne Paraty podbite w XVII wieku przez Portugalczyków zachwycają architekturą, brakiem ruchu samochodowego i wszechogarniającym spokojem. Za czasów gorączki złota koloniści zdążyli wybudować tu prężnie działające miasteczko, po którym pozostały malownicze domy i charakterystyczne dla kolonialnego stylu kościoły.

DSC_6549-horz

unnamed6

DSC_6593_mozaika

DSC_6553

DSC_6550

DSC_6641

W Paratach mieszka wielu potomków Indian. Podczas gdy dzieci bawią się w chowanego albo gonią bezpańskie psy, dorośli sprzedają ręcznie robioną biżuterię, drewniane łuki i wszelkiej maści multikolorowe plecionki

DSC_6592

Plastikowe Brazylijki zapraszają na obiad albo drinka!

DSC_6565

DSC_6620

Kościół Igreja de Nossa Senhora das Dores mieści się w centrum historycznej starówki. Jego budowę rozpoczęto na początku XIX-wieku z inicjatywy majętnych portugalskich arystokratek

image1

Igreja Santa Rita de Cássia, XVIII-wieczny kościół w którym, zgodnie z nieformalnym podziałem rasowym, gromadzili się wierni o jasnobrązowym odcieniu skóry

Po krótkim porannym spacerze zanieśliśmy plecaki do Backpacker’s House, jednego z najlepszych hosteli, w jakich do tej pory było nam dane nocować.

DSC_6644

Backpacker’s House – przyjacielska atmosfera, świetne miejsca do wypoczynku i błoga cisza w samym środku miasteczka

Backpacker’s House
Rua Adelmar Eduardo Coelho 20
23970-000 RJ – Paraty, Brazylia

image2

Poranki takie jak ten… Nic tylko oprawić w ramkę, zawiesić nad biurkiem i modlić się do tego wspaniałego obrazka każdego dnia!

Spośród wszystkich mieszkańców hostelu, największą sympatią zapałaliśmy do Heidi, Szwedki która po kilkumiesięcznej podróży po Ameryce Południowej i Środkowej zakończonej poważnym urazem kręgosłupa w Argentynie, postanowiła zatrzymać się w Paratach na dłużej i w zamian za nocleg przyjąć rolę managerki hostelu. W trakcie śniadania poznaliśmy też jednego Amerykanina, twórcę interaktywnych aplikacji i kolejną osobę, która przez najbliższe miesiące planowała zrobić sobie przerwę od życia i jechać tam, gdzie ją tylko oczy poniosą. Dowiedzieliśmy się, że w São Paulo skradziono mu MacBooka na którym zamierzał pracować i była to właściwie jedyna negatywna historia, którą usłyszeliśmy podczas całego pobytu w Brazylii. Plecaki zostawialiśmy w otwartych szafkach przy łóżkach i na szczęście nic nam nie zaginęło. Po obfitym śniadaniu składającym się z kruchych bułek, kilku rodzajów lokalnego przysmaku doce de leite, świeżych owoców, świeżo wyciskanych soków i lemoniad, ciasta, sera, wędliny i warzyw ruszyliśmy w drugą część trasy.

DSC_6569

DSC_6573

DSC_6579

unnamed4

Obiad zjedliśmy w Sabor da Terra, jednej z restauracji w których jedzenie kupuje się na wagę. Potrawy było pyszne i świeże, a przy tym nie przeczyściło nam portfeli, więc miejsce polecamy z czystym sumieniem!

Sabor da Terra
Av. Roberto Silveira, 180 – Centro
 23970-000 RJ – Paraty, Brazylia

Po południu, spontanicznie wspięliśmy się na wzniesienie Morro da Vila Velha , które wznosi się nad plażą Praia do Ponta i jest z jej perspektywy bardzo dobrze widoczne. Na szczycie wzgórza znajduje się też muzeum militarne Forte Defensor Perpétuo. Pozostałości XVIII-wiecznej fortyfikacji pozwalają w niewielkim stopniu wyobrazić sobie kompleks, który w dawnych czasach służył do obrony przed żądnymi złota piratami. Port w Paratach, ze względu na swoje położenie, stanowił ważny punkt przeładunkowy na złotym szlaku wiodącym z Minas Gerais do Rio de Janeiro.

DSC_6616
DSC_6598-horz

Wszystkie drogi w Brazylii prowadzą… pod górkę

DSC_6607

Na wzgórzu roztacza się widok na całe wybrzeże. Mimo sporej  liczby turystów, niewielu z nich wdrapuje się na szczyt. Ci, którym starczy mobilizacji, mogą rozkoszować się ciszą i niezmąconym spokojem

W Paratach spędziliśmy dwa pełne dni, które w głównej mierze upłynęły nam na niespiesznych spacerach, opijaniu się świeżymi sokami i wieczorach spędzanych nad brzegiem oceanu.

DSC_6632

DSC_6636

DSC_6655

DSC_6654

DSC_6622

Widoki skłaniają do zadumy, zarówno podróżujących turystów, jak i miejscowych twardzieli na motorach

DSC_6675

DSC_6707

DSC_6713

Trzeba przyznać, że nie ma tu zbyt wiele do roboty, ale wydaje mi się, że nikt też od Parat tego nie oczekuje. Wystarczy napisać, że jedzenie jest tu po prostu obłędne. Począwszy od obiadów na wagę, przez naleśniki z tapioki i moje ukochane açai bowl, miski wypełnione gęstym, zmrożonym purée z jagody açai i mnóstwem dodatków do wyboru.

DSC_6663

Boutique do Acai
Avenida Roberto Silveira 78
 23970-000 RJ – Paraty, Brazylia

DSC_6749

Caipirinha – flagowy drink Brazylii na bazie cachaçy, wódki z fermentowanego soku trzcinowego,  świeżych limonek, cukru trzcinowego i pokruszonego lodu

Ostatni wieczór pożegnaliśmy symboliczną caipirinhą w Margarida Café. Na wejście do restauracji czekaliśmy około 40 minut. Ludzie zdawali się napływać niesłabnącymi falami, a niektórzy robili sobie pamiątkowe zdjęcia przed budynkiem. Wyglądało na to, że szukając miejsca w którym wypijemy tani i smaczny drink, przez przypadek znaleźliśmy się w jednej z najdroższych i najbardziej obleganych lokali w mieście. Smutki po zubożałych portfelach zatopiliśmy w alkoholu, sącząc drinki przez niemal godzinę i wsłuchując się w kojące brzmienia Bossa Novy granej na żywo ku uciesze gości.

Margarida Café
Praça do Chafariz – Centro Histórico
 23970-000 RJ – Paraty, Brazylia

Paraty opuszczaliśmy z sercami ciężkimi jak kamienie. Apetyt na sielankową atmosferę tego portowego miasteczka rósł w miarę jedzenia, a my byliśmy bardzo, ale to bardzo głodni. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo kolejnym przystankiem na brazylijskiej trasie OOPS!sidedown była wyspa Ilha Grande – autentyczny raj na gorącej, południowoamerykańskiej ziemi.