Europa Podróże

Shoreditch & Camden

No tak, wpis miał być tak jakby odrobinę wcześniej, ale plany przerwał nam wyjazd do Wilna, o którym pewnie pisać będę już za momencik. OK, to wsiadamy w samolot i wracamy na zachód Europy – do Londynu. Do krainy hipstera, mówiąc precyzyjnie.


DSC_3529

Pierwsza wizyta w Londynie od której minął już rok, obfitowała w tzw. highlighty, czyli miejsca które „trzeba zobaczyć”. Typowe. Za drugim razem zapragnęliśmy egzotyki i zboczenia z tych najbardziej utartych szlaków. Z pomocą przyszła nam Aga i jej wpis pt. „Co robić w niedzielę w Londynie?”. Ze wpisu skorzystaliśmy, a jakże. Co prawda nie w niedzielę, bo w sobotę, ale i tak byłam zachwycona. Kto mieszka w Warszawie lub przynajmniej raz był w okolicy Placu Zbawiciela ten doskonale wie, że hipsterów ci u nas dostatek. Niemniej, tam gdzie jest hipster, tam zazwyczaj jest ciekawie. Troszkę alternatywnie, na luzie, inaczej. Drugi dzień zaplanowaliśmy więc na spacer po rosnącym w siłę Shoreditch i punkowym Camden Town.

DSC_3411
DSC_3526

Wedle planu, dzień miał rozpocząć się od śniadania. Dużo dobrego słyszałam o The Breakfast Club i gdy po godzinie błądzenia dotarliśmy na miejsce, kolejka  przed wejściem zwaliła mnie z nóg. Automatycznie przestałam być głodna, ale, choć Piotrek chciał już rezygnować, nie dałam za wygraną. Wybrałam zatem punkt nr 2 na mojej liście, restaurację peruwiańską, bo tęsknota za Ameryką Południową daje o sobie znać na każdym kroku. Tu też była kolejka, pani kazała nam wrócić za 30 minut, ale jakimś cudem weszliśmy od razu i po 10 minutach trwania przy barze, konający z głodu poczłapaliśmy potulnie do swojego stolika. W środku jest kolorowo, a większość pozycji w menu zawiera quinoę albo inny peruwiański superfood.

DSC_3423

Na owsiankę z dodatkiem quinoa nie trzeba mnie długo namawiać. Przyznam się, że wybrałam ją sobie na śniadanie już tydzień wcześniej, siedząc w domu, pijąc zieloną herbatę i z grubsza (a właściwie z cieńsza) planując wypad do Wielkiej Brytanii. Była przepyszna i chętnie odtwarzałbym ją co drugi dzień, ale jeszcze nie znalazłam w sieci idealnego przepisu.

Andina London
1 Redchurch Street, Shoreditch
London E2 7D

Untitled1

W Shoreditch wszystkie drogi prowadzą na Brick Lane. Są jednak na tyle malownicze, że warto przejść się nimi bez pośpiechu, przyjrzeć grafitti i zajrzeć w wypełnione ludźmi knajpy, na moje oko dość wysoko plasujące się w lokalnych rankingach kulinarnych.

Untitled2

Untitled

Untitled5
DSC_3504
Untitled4

Najfajniejsze w drodze do placu Brick Lane są jednak hale i stoiska z jedzeniem z całego świata. Nie vintage shopy, nie sklepy muzyczne, ale właśnie jedzenie! Nie pamiętam, ile razy nagadałam się o tym, jak bardzo chciałabym spróbować wody ze świeżego kokosa. Tu, w Shoreditch, całkiem przypadkiem trafiłam na pana sprzedającego napój bogów. Poprzeczka poszła w górę, teraz wody z kokosa muszę napić się w jakimś tropikalnym raju! Wszystkie hale obeszliśmy bardzo dokładnie, najadając się póki co jedynie oczyma.

DSC_3429
DSC_3425

Dobrowolnie rezygnować z jedzenia? Co to, to nie! Po prostu naczytałam się wiele dobrego o pysznych bajglach z Brick Lane Bakery i koniecznie od nich chciałam rozpocząć kulinarną rozpustę. Kolejka do bajgli sroga, ale dosyć żwawo przesuwała się do przodu. W piekarni ścisk i gorąc, okrągłe panie wykrzykujące „Następny!” oraz „Z musztardą czy bez?” i ten cudownie oszałamiający zapach pieczywa…

DSC_3428

Jak na mięsożercę przystało, Piotrek wybrał bajgla z wołowiną i musztardą, ja zadowoliłam się łososiem i serkiem śmietankowym. Brzmi zwyczajnie, co? Nie potrafię jednak opisać fenomenu tych kanapek, bo do tej pory słowo „bajgiel” kojarzyło mi się tylko z twardym jak podeszwa bajglem z Coffe Heaven, którego kupiłam niegdyś na Dworcu Centralnym. Może to kwestia miękkiego pieczywa o charakterystycznym smaku, może dobrego połączenia składników? Bez wątpienia, trzeba po nie wstąpić. Ja wstąpiłam dwa razy i żałuję że nie kupiłam całej torby suchych bajgli na zapas, bo były równie smaczne, co te nadziane.

DSC_3518

Powłóczyliśmy się jeszcze po sklepach z płytami i winylami pamiętającymi czasy naszych rodziców, sklepach z ubraniami pamiętającymi czasy naszych babć, sklepach z byle czym (patrz wyżej) i hal z ubraniami od tzw. młodych projektantów. W tych ostatnich zderzyłam się ze smutną rzeczywistością, bo natrafiłam na sporo projektów uchodzących w Warszawie za oryginalne i lansowane jako coś, czego jeszcze nie było. Może i w Polsce nie było, ale w Anglii było na pewno. Szkoda, że zamiast próbować wymyślić coś w 100% swojego, polscy projektanci wolą kopiować cudze wzory.

Na hali z ubraniami można też ostrzyć się u fryzjera. I to nie byle jakiego, bo wyglądającego jak z obsady Star Treka i tańczącego do muzyki elektro!

Zwiedzanie okolicy zakończyliśmy na Rough Trade, sklepie muzycznym w czeluści którego kryje się niepozorna budka fotograficzna. Zawsze chciałam mieć głupie (bo przecież nie poważne!) zdjęcie z budki, więc teraz nadarzyła się ku temu najlepsza okazja. Efekt?

IMG_5254

Wygląda na to, że ciągle coś jedliśmy, ale po fotozabawie żołądki zaczęły dopominać się o naprawdę konkretny posiłek.

DSC_3436
DSC_3508
DSC_3441
DSC_3458
DSC_3440
DSC_3514

Kuchnia chińska, japońska, indyjska, etiopska, turecka, marokańska… ? Nie mogłam się zdecydować, więc brałam wszystko jak leci i ciagnęłam Piotrka po kolejnych stoiskach. – Weźmy jeszcze ten tajski makaron, OK? I może ten śmieszny rożek wyglądający jak sushi. A co powiesz na tego wypchanego pieroga? I tak sobie chodziliśmy i jedliśmy, chodziliśmy i jedliśmy… aż w końcu przestaliśmy chodzić, bo zjedliśmy za dużo.

DSC_3531

Gdy wylądowaliśmy w Camden, dzień dobiegał końca. Zdążyliśmy obejść Camden Lock i przejść się na krótki spacer w kierunku Małej Wenecji, do której ostatecznie nie dotarliśmy, choć wydawało mi się, że po tylu mijanych łódkach i łódeczkach nic lepszego nas już nie spotka. Camden to kolejne stoiska z jedzeniem, gdyby nie ograniczony budżet i pojemność żołądka, zabawiłabym tam do rana. Wśród stoisk było też jedno opatrzone dużym napisem „Polish kiełbasa”. Do polskiej kiełbasy kolejka była całkiem ładna. Ciekawe, co przyciągało bardziej: kiełbasa czy pierogi? A może pierogi z kiełbasą, popularnie zwanej „kiełbą”? :-)

LRT_00017

Z Londynem pożegnaliśmy się przy Big Benie. Piotrek kręcił timelapse, a ja obeszłam cały deptak wzdłuż London Eye i okolic, poszukując kawy i toalety. Bez skutku. Ostatecznie wylądowaliśmy w Starbucks na Victoria Coach Station gdzie obsługiwał nas „nasz ziomek”. Biedny speszył się nieco, gdy dla hecy zamówienia dokonałam w ojczystym języku. Kawa wyszła niestety mdła i wodnista, ale wybaczam. London, see you next time!