Europa Podróże

Londyn po raz drugi!

Ostatnim i jednocześnie pierwszym razem w Londynie znaleźliśmy się w maju zeszłego roku. Wtedy też odwiedziliśmy plan zdjęciowy Harry’ego Pottera w studiu Warner Bros i po raz pierwszy mogliśmy z bliska przyjrzeć się Big Benowi. Emocje po wizycie długo nie chciały opaść, więc ratunek był tylko jeden: ponownie odwiedzić stolicę Wielkiej Brytanii!


Tym razem padło na Londyn „alternatywny”, czyli zamiast po raz kolejny stać pod bramą pałacu Buckingham, postanowiliśmy odwiedzić dzielnice przyciągające lokalnych hipsterów. Zanim jednak porwał nas za sobą artystyczny tłum, po piekielnie trudnej pobudce w okolicach południa (a miało być o 8.00 rano…) zorganizowaliśmy sobie mały spacer do Muzeum Historii Naturalnej.

DSC_2190

DSC_2194

Toby, u którego pokój wynajęliśmy przez Airbnb, mieszka w Chelsea – dobrze zlokalizowanej bazie wypadowej w okolicach South Kensington. Wstęp do muzeum jest bezpłatny i obejmuje większość dostępnych wystaw (botanikę, zoologię, paleontologię, owady i minerały). Niech nie przeraża Was kolejka, szybko porusza się do przodu i już po około 10 minutach można przywitać się ze słynnym odlewem szkieletu diplodoka.

DSC_2196

DSC_2198

DSC_2213

Niestety nie mieliśmy za wiele czasu, aby dogłębnie zwiedzić muzeum. A jest co zwiedzać, sam budynek i jego projekt zrobił na mnie ogromne wrażenie, nie wspominając już o tym, co znajduje się w środku. To niesamowite jak fascynująca może być nauka o dziejach naszej planety i wszystkich żyjących na niej istot. Po zrobieniu zdjęć wnętrza odwiedziliśmy wystawę, która małym i dorosłym dzieciom sprawia chyba największą frajdę – dinozaury! Co tu dużo mówić, moim zdaniem jest fenomenalna. Nie przytłacza treścią, za to pozwala dotknąć, obejrzeć i posłuchać (np. ryku Tyranozaura Rexa!).

DSC_2209

Witaj na świecie, malutki!

Po zabawie w muzeum wybraliśmy się do położonego nieopodal ogrodu królewskiego Kensington Gardens. Pogoda w lutym nie rozpieszczała, ale mimo tego  zakochałam się w ogromnej zielonej przestrzeni, wymarzonym miejscu treningowym dla każdego biegacza.

DSC_2517

Nie pominęliśmy też Piotrusia Pana, ulubionej postaci Piotrka z dzieciństwa. Pomnik powstał na początku XX wieku, a u jego podnóża znajduje się piękna, choć może odrobinę nostalgiczna inskrypcja „Peter Pan. A boy who never grow up”.

DSC_2532

Piotruś i Piotrek

Trasę zaplanowaliśmy sobie bardzo wygodnicko. Następnym punktem do odwiedzenia była dzielnica Notting Hill, znajdująca się niedaleko Kensington Gardens. Może i nie znajdziemy tam słynnej księgarni z filmu z Julią Roberts, ale i tak nikt nie powinien czuć się rozczarowany.  Kolorowe domy przypominające te z San Francisco i Portobello Road, która rumieńców nabiera szczególnie w weekendy oferując przyjezdnym całą masę antyków i mebli w stylu vintage.

DSC_2542

DSC_2554

DSC_2564

Laska z Sherlockiem Holmesem czy inspirowana „Alicją z Krainy Czarów”? Ciężki orzech do zgryzienia!

DSC_2559

DSC_2576

DSC_2538

W Notting Hill znajduje się też założona przez Jamiego Olivera bardzo fajna restauracja połączona ze szkołą kucharską. Czy muszę wspominać, że serwują tam boskie jedzenie? Gdy my konsumowaliśmy obiad, za naszymi plecami grupa dzieciaków brała aktywny udział w nauce przygotowywania włoskiego ravioli.

DSC_2637

Zielone curry.

DSC_2636

Marchewkowy placek w sosie orzechowym.

DSC_2595

DSC_2592

DSC_2586

Jamie Oliver Recipease
Notting Hill Gate 92-94
W11 3QB

Dzień dobiegał końca, a czas przeznaczony na zwiedzanie kurczył się nieubłaganie. Ostatnim sobotnim przystankiem były rozświetlone dziesiątkami neonów dzielnice Soho i Chinatown. Przez pierwszą przeszliśmy błyskawicznie i niestety nie uchowało się z niej żadne dobre zdjęcie. Za to w drugiej spędziliśmy sporo czasu.

DSC_2675

DSC_2658

DSC_2661

DSC_2672

Piotrek kręcił film i robił zdjęcia, a ja dałam się porwać szaleństwu zakupów w chińskim markecie. Wracając z galaretkami z nadzieniem z fasoli, napojem sojowym o smaku jajka (jak później się okazało, był obrzydliwy i skończył w śmietniku…) i herbatą oolong, wpadłam w sam środek tłumu radośnie wyśpiewującego mantrę Hare Kryszna. Egzotyczne instrumenty i wibrujące głosy zatrzymały mnie na dłużej niż planowałam, więc z przyjemnością zagapiłam się na tę barwną grupę roztańczonych ludzi.

DSC_2686

DSC_2684

Kolację w Chinatown zasponsorowała nam Jen Cafe – maleńka chińska knajpa serwująca pierożki z nadzieniem i prawdziwą bubble tea. Właścicielka, nieco starsza, za to bardzo żywotna i głośna pani, zbierając zamówienia pełniła równocześnie rolę „bramkarza”. Zapraszała do środka wahających się klientów i kulturalnie, ale z hukiem wyrzucała tych, którzy właśnie skończyli posiłek i zajmowali stoły czekające na napływ nowych pieniędzy. A że miejsca mało, rotacja odwiedzających bardzo duża. Dla pysznych chińskich pierożków w miarę rozsądnej cenie warto się jednak pokisić w parnym pomieszczeniu.

DSC_2669

Jen Cafe
4-8 Newport Place
London WC2H 7JP

Obiecuję, że drugi wpis z Londynu będzie już o wiele bardziej hipsterski. Nie powinniście się rozczarować!
DSC_2647