Europa Podróże

Brugia – miasto z XIX-wiecznej powieści

Brugia. Podejrzewam, że pragnęliśmy się do niej wybrać jeszcze bardziej niż do samej Brukseli i to właśnie ona stanowiła główny motyw wyjazdu do Belgii. Flamandzka Wenecja (zauważyliście, jak wiele miast w Europie porównuje się do Wenecji?) czaruje domkami przypominającymi piernikowe wypieki, małymi sklepikami z czekoladą i kanałami pełnymi dostojnych łabędzi. To jedno z tych miast w których zatrzymuje się czas i masz wrażenie, że zamiast w XXI wieku, znalazłeś się w środku akcji XIX-wiecznej powieści. W Brugii byliśmy w październiku, ale gdyby tylko zaczął padać wtedy śnieg, poczułabym się jak jedna z bohaterek „Opowieści Wigilijnej” Karola Dickensa. To miasto jest magiczne.


 

DSC_9597

Nie mieliśmy żadnego planu. Postanowiliśmy zrobić sobie dzień wolny od jakiejkolwiek organizacji i spokojnie rozejrzeć się po mieście. Jedynym elementem ograniczającym nasz pobyt była sztywna godzina odjazdu pociągu, który miał nas zabrać w okolice lotniska w Charleroi. Do Brugii najwygodniej dojechać z Brukseli wspomnianym pociągiem. Podróż zajmuje około godziny, idealny pomysł na jednodniową wycieczkę po śniadaniu.

Untitled6

Po lewej Katedra Świętego Salwatora, po prawej – Kościół Najświętszej Marii Panny

Untitled7

Pierwsze wrażenie? To miasto jest naprawdę malutkie! Wąskie brukowane uliczki, ceglane domki z czerwonymi spadzistymi dachami i górujące nad nimi strzeliste wieże okolicznych katedr i kościołów wypełniają krajobraz Brugii. Nie sposób nie wspomnieć o kanałach, dzięki którym miasto zyskało swój charakterystyczny przydomek.

Untitled3

Untitled4

Choć wyposażona w dużą dawkę uroku, Brugia nie wydaje się być miejscem obdarzającym turystów szczególnie dużą sympatią. Mało hoteli, sklepy zamknięte w ciągu dnia i wysokie ceny.  A i mieszkańców jak na lekarstwo. Jeśli już są, to kryją się raczej w swoich małych domkach, a większość ludzi tłoczących się między uliczkami to bez wątpienia turyści. Poza tym, wszystkie nasze zapytania o wolną kanapę przez Couchsurfing spotkały się z odmową i sugestią, aby poszukać noclegu w jednej z ościennych miejscowości. Jak dotrzeć do miasta? Bardzo prosto. Stację kolejową od centrum dzieli kilkunastominutowy spacer. Większość osób wysiadających z pociągu gna tylko w jednym kierunku, więc podążając za tłumem bardzo szybko znajdziemy się w samym sercu flamandzkiej Wenecji.

DSC_9653
Kierując się na azymut minęliśmy sporo uroczych, zielonych zakątków. Ciężko uwierzyć, że w Brugii byliśmy w październiku, bo zieleń stanowczo wypierała pierwsze oznaki jesieni.

Untitled10

DSC_9529

Po wstępnym rekonesansie wybraliśmy się na „obiad” do polecanej kawiarni Délisa ‚Délices & Saveurs’. Interesowało nas cokolwiek, co można zjeść w miarę rozsądnej cenie. Dania obiadowe nie wchodziły w grę, więc zadowoliliśmy się kanapką i belgijską czekoladą do picia.

DSC_9541

DSC_9544

DSC_9535

Délisa ‚Délices & Saveurs’
Jan van Eyckplein 7
8000 Brugge

Po kanapce pokręciliśmy się po starówce otoczonej kolorowymi domkami nad którymi dominowała „gwiazda polarna” Brugii – ponad 80-metrowa wieża Belfort, najbardziej charakterystyczny punkt widokowy i wielka pomoc dla wszystkich zbłąkanych dusz. Sama starówka od 15 lat znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, a Brugia uchodzi za najlepiej zachowane średniowieczne miasto w Europie.

DSC_9708

Untitled2

Untitled5

Untitled1

DSC_9551

Wspomniana wieża Belfort w niemal całej swojej okazałości

DSC_9701

Głównym punktem programu bez planu była oczywiście półgodzinna trasa kanałami miasta. Kolejka do łódek była niemiłosiernie długa, ale nawet 30-minutowy postój nie wygrał z naszą determinacją. W międzyczasie zdążyłam zrobić zakupy w pobliskim sklepie z czekoladkami, bo wrócić z Belgii do Polski i nie obdarować znajomych belgijskimi pralinami to naprawdę ciężki grzech. Na jednej łódce mieści się sporo ludzi, więc trzeba pogodzić się z myślą bycia upchniętym jak sardynka. Kapitan rozsadza wszystkich, aby równomiernie obciążyć łódź i po wstępnym rozgardiaszu rusza w trasę. Zwiedzanie Brugii z perspektywy kanału jest wyjątkowe. Najwięcej emocji naszym współpasażerom dostarczało przepływanie pod najniższymi mostami, gdzie co wyższe osoby musiały chować głowę żeby nie odbić sobie na niej śladu cegły. Przewodnik szczegółowo opowiadał o wszystkich mijanych budowlach, mostach i mosteczkach. Rejs mija błyskawicznie, ale wart jest swojej ceny.

Untitled11

DSC_9567

DSC_9599

DSC_9656

W drodze powrotnej uparłam się na belgijskiego gofra. Czas mijał, odjazd pociągu był bardzo bliski, ale gofr musiał być. O ile w Brukseli sprzedawane są na każdym kroku, w Brugii miałam nie lada problem, żeby znaleźć lokal serwujący te pyszności. W końcu się udało, ale że byłam na samym końcu kolejki, musiałam poczekać aż sprzedawczyni przygotuje kilka innych gofrów i w międzyczasie porozmawia z koleżanką przez telefon. Piotrek okropnie się spiął, bo do odjazdu dzieliło nas niewiele czasu i lada moment o mojego gofra wybuchłaby wielka awantura. Na szczęście udało się zdusić ją w zarodku, bo obiecałam, że jednego wezmę dla niego. Z parzącymi goframi w dłoni dotarliśmy na stację w ostatniej chwili. Uwaga: gofry w Brugii są droższe o kilka euro od tych w stolicy Belgii, warto mieć to na uwadze.

Untitled8

Najlepsze i tak wydarzyło się później. Zanim dotarliśmy do Brukseli, pociąg zatrzymał się kilka razy. Ktoś próbował odebrać sobie życie skacząc na tory, maszynista był w ciężkim szoku, a wizja samolotu odlatującego do Warszawy bez nas coraz bliższa. Na szczęście na lotnisko dojechaliśmy na styk i około północy dotarliśmy do stolicy. A tam niespodzianek ciąg dalszy – Pałac Kultury po prostu… zniknął. Nie na długo, bo o ile mi wiadomo, wciąż stoi na swoim miejscu. Widok był jednak przezabawny i zanim ruszyliśmy w kierunku metra, musieliśmy porządnie się wyśmiać.

DSC_9754

Wypad do Belgii stuprocentowo udany. I jeśli jeszcze tam nie byliście lub myślicie, że jest nudna i droga (sama myślałam tak jeszcze kilka miesięcy temu, choć to drugie jest niestety prawdą), to warto przełamać opór, kupić tani bilet i odwiedzić ją przynajmniej na weekend.