Azja Europa Podróże

Śladami sułtanów i Anthony’ego Bourdaina

Prawie każdego dnia obiecywaliśmy sobie, że będziemy wstawać wcześnie, aby przywitać Stambuł o wschodzie słońca. Obiecanki cacanki, wyszło jak zawsze.


Rzeczywistość dała nam w kość, bo codziennie wracaliśmy do domu zmordowani. I to nie dlatego, że szwędaliśmy się jak szaleni z punku A do punktu B. Chodzi o atmosferę miasta. Stambuł jest na tyle duży i tak pełen życia, że uczucie chronicznego zmęczenia staje się czymś normalnym. Zresztą, nie inaczej jest w Warszawie. Zaczynasz żyć albo próbujesz żyć jak tubylcy i wszystkimi zmysłami chłoniesz to, co cię otacza. Pierwszy raz coś podobnego udzieliło się i mnie.

DSC_6128

Drugiego dnia pobytu przekroczyliśmy bramę Pałacu Topkapi, starej rezydencji tureckich sułtanów. Po drodze (tradycyjnie) zahaczyliśmy jeszcze po sok z granatów.

DSC_6131

DSC_6151

I choć nie jesteśmy fanami muzealnych tworów, z czystej ciekawości chcieliśmy zobaczyć czym różnią się dwory władców tureckich od naszych polskich ceglanych zameczków.

DSC_6176

DSC_6165

DSC_6186

Tłum ludzi, duże kolejki. To główne „uroki” tego miejsca. I choć widzieliśmy ociekającą niewyobrażalnym bogactwem biżuterię, insygnia władzy sułtana, odcisk stopy i włos z brody Mahometa (wpięty w kawałek plasteliny i odgrodzony od gapiów grubą szybą), szybko poczuliśmy znużenie. Masa czasu, bo ponad 3 godziny włóczenia się sprawiły, że byliśmy bardziej zmęczeni oglądaniem niż nim zafascynowani.

DSC_6153

DSC_6155

Brakuje tu tylko księżniczki Jasminy na balkonie i Alladyna w ogrodzie!

Zaraz przy Pałacu znajduje się Muzeum Archeologiczne, jednak na samą myśl o dodatkowej dawce zwiedzania, uciekliśmy w popłochu w poszukiwaniu jedzenia.

Nie zrozumcie mnie źle. Myślę, że warto takie miejsca odwiedzać, bo wprowadzają w historię, przybliżają kulturę i wierzenia danego regionu. Czasami po prostu chce się, żeby wszystkie muzealne wystawy „ożyły”, a nie wiały nudą zza pancernej szyby. Oprócz zwykłych eksponatów, muzea powinny wymagać czegoś od samego widza i pozwalać, aby wchodził w interakcję z tym co widzi. Znakomitym przykładem jest nasze polskie Muzeum Powstania Warszawskiego. Byłem tam trzy razy i nie nudziłem się ani trochę. Ba! Za każdym razem chciałem wrócić i dowiedzieć się czegoś nowego. Można chwycić za słuchawkę telefonu i odsłuchać nagrania z rozmowy z jednym z powstańców, albo obejrzeć film dokumentalny. Może marudzę. A może jestem po prostu wymagającym widzem.

Przechadzając się po zatłoczonych ulicach miasta, dotarliśmy pod mury Meczetu Sulejmana – drugiego co do wielkości w Stambule. Zachodzące słońce nadawało mu złoto –  pomarańczowy blask. Prezentował się wybornie, a latające wokół minaretów ptaki dodawały mu baśniowego klimatu. Uwieczniłem ten moment na filmie nad którym cały czas pracuję. Mam nadzieję skończyć niebawem i pokazać Wam finalny efekt.

DSC_6223

DSC_6227

DSC_6240

DSC_6250

DSC_6217

DSC_6218

DSC_6259

Wieczór spędziliśmy na wałęsaniu się wśród uliczek, bo każda wydawała się równie interesująca. Stragany z jedzeniem, warsztaty ceramiczne, sklepy z souvenirami czy wystawione przed budynek stoliczki przy których Turcy grali w warcaby mijaliśmy dosłownie zza każdym rogiem.

Wieczór to dobry czas dla sprzedawców fish kebabów. Przy Moście Galata wyrastają po zmierzchu niczym grzyby po deszczu i razem ze sprzedawcami tureckiej herbaty handlują na całego. Serwowane kanapki smakowały nam o wiele bardziej niż te z łodzi w Eminou. Oprócz ryby, sałaty i cebuli, dodają mieszankę świeżych warzyw i ziół. Wystarczyło, aby wkupić się w nasze gusta.

DSC_6258

Jednego wieczoru, siedząc wygodnie przy stoliczku i delektując się smakiem herbaty, usłyszeliśmy niepokojące krzyki zza pleców. Obejrzeliśmy się za siebie i zobaczyliśmy kompletnie ogołocony plac, z którego zniknęli wszyscy sprzedawcy, kanapki i herbata. Nie wiedzieć kiedy i jak, nasz stolik też przepadł. W ostatniej chwili zauważyłem sylwetki „restauratorów” uciekających pod most. Okazało się, że miejscówka była (i nadal jest) nielegalna i ktoś ostrzegł sprzedawców przed nadjeżdżającą policją. Ruszyliśmy w pościg za naszą „knajpką” mając nadzieję, że uda nam się ją jeszcze znaleźć i dopić w spokoju herbatę. Nic z tego! Cały kram zapadł się pod ziemię.

Ten sposób zarobku jest na porządku dziennym w Stambule. Policja często toleruje takie zjawiska, ale jeśli masz pecha musisz zapłacić karę i wszystko co zarobisz, oddajesz państwu.

Do Dürümzade, niewielkiego lokalu serwującego kebab w odmianie dürüm, czyli w postaci zawiniętego placka przypominającego tortillę, trafiliśmy dzięki Anthony’emu Bourdainowi i jednemu z odcinków jego programu kulinarnego No Reservations. Durumzade uchodzi za najlepszą kebabiarnię w mieście. Po degustacji możemy podpisać się pod tym stwierdzeniem rękami i nogami!

DSC_6293
DSC_6292

Omnomnom…

Przemiły właściciel lokalu wytłumaczył  nam skład poszczególnych kanapek i doradził napój, który idealnie skomponuje się ze smakiem kebabu. Wybór padł na pikantny sok z czerwonych marchwi. Osobiście nie przypadł mi do gustu, ale na spółkę z Karoliną opróżniliśmy 3/4 butelki. Podobno Turcy opijają się nim (tuż obok ayran, oczywiście) na okrągło. W samym lokalu wisi specjalna gablotka z wycinkami z gazety upamiętniająca wizytę Anthony’ego. My możemy się pochwalić, że nauczyliśmy właściciela mówić po polsku „dziękuję”. Zachwycony podawał swoją wiedzę dalej ;)

DSC_6299

Pamiętne foto na do widzenia

Najedzeni i zmęczeni doczołgaliśmy się ostatkiem sił do mieszkania Hatice i padliśmy jak kłody.