Europa Podróże

Jack Sparrow podbija Malagę

Po powrocie z Rondy zostaje nam trochę wolnego czasu, więc spragnieni jakiegokolwiek miejsca do siedzenia wybieramy się do El Pimpi, jednej z najbardziej znanych knajp w Maladze. A już szczególnie popularnej wśród samych mieszkańców. W końcu nie każde miejsce odwiedza taki John Malkovich, Tony Blair czy Antonio Banderas, którego podpis uwieczniono na jednej z drewnianych beczek w głębi lokalu. Pamiątkowe zdjęcia zajmują całą ścianę naprzeciw baru i stanowią prawdziwą mekkę dla wzdychających do ukochanych piosenkarzy hiszpańskich nastolatek.


DSC_5470

DSC_5468

DSC_5466

DSC_5459

DSC_5463

DSC_5465

Mam ogromną frajdę wypróbowując po bardzo długiej przerwie swój zakurzony hiszpański. Zamówione wina i sangria są najlepszym dowodem na to, że zostałam zrozumiana. Ekstra!

DSC_5447

DSC_5450

DSC_5460

DSC_5453

DSC_5475

Po dwóch kolejkach wina zaczyna szumieć mi w głowie, więc zgodnie żegnamy malowniczą miejscówkę i wtapiamy się w barwny tłum na ulicy.

DSC_5495

DSC_5487

Nagle, przed moimi oczyma pojawia się czyjaś znajoma twarz. Johnny Depp? Chyba nie powinnam była pić tyle wina… Zerkam raz jeszcze i staję jak wryta.  Kapitan Jack Sparrow w całej swej pirackiej okazałości! Twarz ta sama. Gesty identyczne. Ubrania też.  Koniecznie musimy zrobić sobie wspólne zdjęcie! Oczywiście nie może być zbyt pięknie. Właśnie w tej chwili bateria aparatu postanawia dokonać swojego żywota. W momencie kiedy Piotrek otwiera sprzęt, Jack znika nam z oczu. Zdołowani, powłócząc smętnie nogami drepczemy w kierunku domu Antonii, wypominając sobie przy okazji gapiostwo i brak refleksu. W końcu postanawiamy, że co to to nie – bez walki się nie poddamy i uparcie wracamy na główną ulicę Calle Marqués de Larios. Po dziesięciu minutach poszukiwań znowu popadamy w melancholijny nastrój. A tu nagle, całkowicie znikąd, ponownie z tłumu wyłania się Jack Sparrow! Sesję zdjęciową musimy wykonać za pomocą iPhone’a, ale średnią jakość zdjęć wynagradza nam świetna zabawa.

image

Lot powrotny do Warszawy zaplanowany w okolicach popołudnia. Korzystamy z okazji i po raz ostatni wybieramy się na główny deptak miasta szykującego się do kilkudniowej fiesty z okazji Feria de Malága. Wszędzie wokół powiewają różowe chorągiewki reklamujące lokalną dumę, wino Cartojal. Widać jak na dłoni, że Hiszpanie kochają swój kraj ponad wszystko. A wino to nie wyjątek. W ciągu kilku dni spędzonych w Andaluzji nie znalazłam ani jednego sklepu z ubraniami, który nie należałby do hiszpańskiego koncernu Inditex (Zara, Pull&Bear, Bershka itp.). Cóż za samouwielbienie!

DSC_5512

DSC_5505

DSC_5441

Katedra Wcielenia w okolicy głównego deptaku miasta

Wybór pada na Pepa y Pepe, którą kilka dni wcześniej umieściłam na subiektywnej liście andaluzyjskich restauracji. Mimo, że na swoje paelle czekamy co najmniej 40 minut, wielka porcja, niska cena i wyśmienity smak ostatecznie wynagradzają nam dojmujący skręt kiszek.

DSC_5514

Z pełnymi brzuchami biegniemy – właściwie to w przypadku Piotrka powinnam napisać „kulejemy” –  w kierunku lotniska. Naprawdę. Nie znam drugiego człowieka, który w ciągu dwóch dni noszenia gumowych japonek byłby w stanie dorobić się krwawych ran na stopach w 10 miejscach. Zniecierpliwiona żółwim tempem namawiam Piotrka, żeby ściągnął klapki. Pomysł przypada mu do gustu na tyle, że lotnisko na Okęciu i deszczową Polskę też wita boso.

A jak nastroje po powrocie? Po wizycie w Andaluzji czujemy ogromny niedosyt, dlatego jeszcze podczas lotu Malaga – Warszawa obiecujemy sobie, że następnym razem wybierzemy się tu przynajmniej na tydzień.

DSC_5434

  • Chodzenie na boso zdawało w moim przypadku egzamin już nie raz- to cudowne uczucie ulgi wygrywa wszystko!
    Ciekawi mnie jak tam jest z cenami win oraz na jakie się skusiliście i jak Wam smakowały? :)

    Zdjęcie z Jackiem Sparrowem jest genialne! Bardzo dobrze, że tam wróciliście! Jest się czym pochwalić, zwłaszcza, że wygląd tego pana w żadnym stopniu nie odbiega od oryginału ;o

    Brakuje mi zdjęcia jedzonka! Ale sprawdziłam sobie już cóż to jest ta paella i zastanawiam się, jaką wersję tej potrawy wybraliście :>

    PS. Czytając Waszą listę celów miałam ciaaary…

    • Haha, i tu zaczyna się zabawa – co lepsze: brak bólu spowodowany klapkami czy kolejny ból spotęgowany przez rozgrzany do czerwoności asfalt ;-) Na szczęście nogi Piotrka z podróży wróciły w komplecie.

      Jeśli chodzi o ceny win – o ile dobrze pamiętam, kształtowały się na poziomie 2 – 4 euro za kieliszek, w zależności od rodzaju. Ja wybrałam musującą Cavę, Piotrek zwykłe czerwone wino, a w drugiej kolejności sięgnęliśmy po sangrię, czyli wino z dodatkiem owoców, lodu i chyba czegoś typu sprite. Sangria przypadła nam do gustu najbardziej, jest też chyba najtańszą opcją.

      Brak zdjęcia paelli jest niestety moją winą… Byłam tak potwornie głodna, że gdy Piotrek tylko wyciągnął aparat aby zrobić zdjęcie, niemal na niego krzyknęłam, żeby dał spokój, bo chcę zjeść obiad ;-)

      Dzięki za zaangażowanie, pozdrawiamy ciepło!

      • Aż tak zle nie miałam, bo moje zrzucanie niewygodnych (lub pozornie wygodnych) butów zwykle miało miejsce gdzies w okolicach Plant, Rynku, albo i nawet w pobliżu mojego bloku, kiedy juz nie mogłam się doczłapać do domu :D

        Ja chyba nie potrafię docenić prawdziwego smaku wina, bo toleruje jedynie półsłodkie i słodkie :> ale Sangria brzmi kusząco, spróbowałabym chętnie :)

        Oj, znam ten ból, więc rozumiem Cię doskonale, chociaz zwykle to ja jestem tą stroną, która zmusza wszystkich do powstrzymania się jeszcze chwilkę z rozpoczęciem posiłku by zrobić zdjęcie, są jednak sytuacje wyjątkowe, kiedy po prostu się nie da :))

        Rowniez pozdrawiam, i rowniez ciepło, mimo ze z chłodno jesiennego Krakowa!