Europa Podróże

A little bit of Pest

Wczesnym rankiem pogoda zapowiadała się wyśmienicie. Po szybkim śniadaniu (nie mogło zabraknąć papryki i téliszalámi, węgierskiej odmiany kiełbasy salami i zarazem jednego z najbardziej rozpoznawalnych, tuż po Parlamencie, symboli miasta ;)) czym prędzej wyruszyliśmy w drogę, bo wielkim grzechem byłoby zmarnować te cudowne 18°C. Dobą aurę wykorzystali też biegacze, wypełniając Budapeszt duchem sportu i współzawodnictwa.


 

DSC_1069

Póki co, w żadnym innym mieście nie spotkałam tylu ludzi aktywnie spędzających wolny czas. Biegają nastolatki, pary, przyjaciele i przyjaciółki, emeryci oraz stare małżeństwa. Nie będzie przesadą jeśli napiszę, że tego dnia minęło nas w sumie przynajmniej kilkudziesięciu (!) biegaczy i kilkunastu rowerzystów. Z drugiej strony, gdybym miała okazję biegać wzdłuż Dunaju w niemal letniej temperaturze, nie zastanawiałabym się długo nad fenomenem zamiłowania Węgrów do aktywnego wypoczynku ;)

Zanim miasto obudziło się na dobre, zgodziłam się na krótką przejażdżkę pociągiem do siedziby Digic Pictures – studia animacji stacjonującego na jednej z pobliskich wysp, które bardzo chciał odwiedzić Piotrek. Mieliśmy szczęście, że w weekend (i święto narodowe) zastaliśmy tam kogokolwiek. Po miłej pogawędce z jednym z animatorów przyszedł (w końcu!) czas na odwiedzenie Pesztu.
Spacerowaliśmy wzdłuż rzeki, bo zależało nam aby koniecznie przejść na drugą stronę przez Széchenyi lánchíd, czyli znany wszystkim odwiedzającym potężny Most Łańcuchowy.

DSC_1068

DSC_1071

DSC_1077

Z bliska i za dnia nie prezentuje się jednak tak fenomenalnie jak wieczorem, gdy setki zdobiących go żarówek rozpalają zmrok.

Po drodze minęliśmy ludzi noszących na piersi charakterystyczne broszki z kokardą w narodowych barwach – zielonej, białej i czerwonej.

DSC_1087

Ten mały symbol to gest upamiętniający powstanie węgierskie, które wybuchło w Peszcie 15 marca 1848 roku i miało na celu wyzwolenie kraju spod niewoli Cesarstwa Austriackiego.

Podobnie jak w przypadku mostu, Parlament o wiele lepiej prezentuje się widziany z drugiego brzegu Dunaju. Budynek jest co prawda piękny, a pieczołowicie rzeźbione zdobienia robią spore wrażenie, ale nie sposób objąć go wzrokiem i obiektywem aparatu, stojąc tuż przed wejściem.

DSC_1079

DSC_1084

Zależało nam aby rozejrzeć się w środku (politycy mają chyba słabość do przepychu, bo wnętrze sali posiedzeń przywodzi na myśl wnętrze gotyckiego kościoła), ale ze względu na święto i wolny wstęp, kolejka do Parlamentu ciągnęła się przez pół miasta.

DSC_1081(1)-horz

Gwardziści byli tego dnia niezwykle zadowoleni z życia. Po obejściu Parlamentu na spacer zabraliśmy jeszcze Ronalda Reagana.
Co więc może być  równie dobrego, co zwiedzanie siedziby węgierskiego rządu? Obiad!!! Na liście restauracji do odwiedzenia mieliśmy trzy pozycje, z czego jedna okazała się być zamknięta na cztery spusty, a druga przepełniona do samego wieczora. Pozostała najtańsza i najbardziej sycąca opcja w okolicy – jadłodajnia Frici Papa Kifőzdéje.

DSC_1089

Przypominająca bar mleczny restauracja to dobry plan dla każdego, kto chce zjeść dużo, smacznie i po węgiersku. Ja zdecydowałam się na delikatny w smaku paprykarz z kurczakiem, a Piotrek na gulasz z wołowiną. Sporym zaskoczeniem była dla nas cena wina. Lampka trunku do posiłku była niemal 3-krotnie tańsza niż ta sama ilość wody mineralnej i kosztowała nas całe… 1,7 zł. Po obiedzie zrobiło mi się błogo (w głowie i w żołądku), żeby więc nie dać się leniowi, po wyjściu z restauracji podążyliśmy jedną ze starszych i najbardziej reprezentacyjnych alej w mieście.

DSC_1088

Dodajcie sobie do słowniczka: cipész, czyli szewc ;)

DSC_1085

Ulica Andrássy doprowadziła nas w końcu na Plac Bohaterów. Centralną część placu stanowi Pomnik Tysiąclecia z 85-metrową kolumnadą przedstawiającą postacie zasłużone dla węgierskiej historii.

DSC_1095

DSC_1100

Mój wzrok przyciągnęła jednak zgoła inna postać – chłopak siedzący u podestu pomnika z wielkim, imponującym afro na głowie, które wydawało się jeszcze większe kiedy uporczywie tarmosił je wiatr ;)

DSC_1097

DSC_1091

Rzut beretem od placu znajduje się jeszcze jedno, warte uwagi, miejsce – Park Miejski z zamkiem Vajdahunyad, na potrzeby wpisu nazywanego przeze mnie Hogwartem.

DSC_1126

Przekraczając jego bramy czułam się jak dziesięciolatka wysłana przez rodziców na pierwszy rok nauki w Szkole Magii i Czarodziejstwa. W środku kompleksu nie brakuje zakątków, w których oczyma wyobraźni widziałam Harry’ego, Rona i Hermionę pałaszujących drugie śniadanie i dyskutujących o nadchodzących egzaminach z eliksirów.

DSC_1128

Obok zamku znajduje się staw, który w sezonie z powodzeniem wykorzystuje się jako basen do uprawiania sportów wodnych – np. hokeja, a zimą przekształca w lodowisko.

DSC_1093

Na terenie parku ukrywa się także Węgierskie Muzeum Rolnictwa, ale tę atrakcję z przyjemnością sobie odpuściliśmy, bo żadne z nas nie jest „muzealnym typem” ;) Sądząc po liczbie spacerowiczów, park cieszy się dużym zainteresowaniem i z powodzeniem przyciąga turystów. A tam gdzie chodzą turyści, tam też natkniemy się na ludzi dorabiających do wypłaty na różne ciekawe sposoby.

Jedną z takich osób był przemiły pan z tresowanym gołębiem, kukiełką imitującą grę na trąbce i podkładem muzycznym dobiegającym z małego głośnika.

DSC_1106

Choć w większości przypadków nie zwracam uwagi na podobne występy, ten zauroczył mnie na tyle, że chętnie wspomogliśmy pana kilkoma groszami ;) Nieco dalej rozgościł się facet przebrany za klauna, ale bliżej było mu do klauna z horroru aniżeli sympatycznej bajki dla dzieci.

DSC_1122

Ostatni występ wesołej, zajadającej tłuste węgierskie buły z serem, gawiedzi sprezentował mężczyzna z nieznanym mi instrumentem. Do tej pory nie mam bladego pojęcia, jak dokładnie się nazywa i skąd pochodzi, ale „koncert” był wart uwagi.

DSC_1120

Szkoda, że nikt go nie docenił, bo pan szybko się zmył pozostawiając nas sam na sam z pomnikiem Anonima (węgierskiej wersji Galla Anonima, kronikarza, który opisał pierwsze dzieje mieszkańców). Według miejskich legend, dotknięcie pióra Anonymusa dodaje weny twórczej i zapewnia macającemu natchnienie godne Leonarda da Vinci. Nie skorzystałam z okazji i pewnie dlatego miewam teraz takie problemy z kreatywnym myśleniem…

Przydatne info:
Frici Papa Kifőzdéje, Király utca 55 – jadłodajnia mieszcząca się blisko centrum Pesztu serwująca tanie węgierskie jedzenie i jeszcze tańsze wina do obiadu.