Europa Podróże

Couchsurfing in Stockholm

Tanim biletom lotniczym nigdy się nie odmawia. Pierwsza wspólna podróż zaprowadziła nas do Skandynawii. Wenecja Północy, miejsce przyznawania nagrody Nobla i jedna z najdroższych stolic Europy – cześć Sztokholm!


Podobno nazwa miasta wywodzi się od słów stock, oznaczającego pień oraz holme – małą wysepkę. Tych wysepek jest jednak o wiele więcej, bo aż 14, a wszystkie, połączone 53 mostami, składają się na stolicę Szwecji.

Wyprawa była wyjątkowa, bo zapoczątkowała naszą przygodę z couchsurfingiem. Wiele o nim słyszałam, przez kilka lat marzyłam, ale wmawiałam sobie, że jestem za młoda, nie mam odwagi i możliwości. Bzdura. Wystarczą chęci, do tego szczypta działania i voila, nie ma mocnych! Dla pewności, po zarejestrowaniu się na portalu wysłałam prośby do… 50 hostów mieszkających w Sztokholmie. Odrobina przesady chyba w życiu nie zaszkodzi? ;) Na szczęście po czterech dniach otrzymałam pozytywną odpowiedź od Sudhanshu – sympatycznego Hindusa, stacjonującego w Szwecji od 5 lat.
W przejażdżce z lotniska do centrum akompaniowały nam gorące rytmy rodem z Bollywood, którymi umilał sobie czas kierowca autobusu.
Liczyliśmy na pełnię wiosny, ale cóż… w połowie kwietnia w Sztokholmie w wielu miejscach zalegają jeszcze zwały śniegu. Odczuwalna temperatura była niska,  wiatr zrywał czapki z głów i zbierało się na deszcz, a my zatęskniliśmy za dodatkowymi warstwami odzieży.

Z Sudhanshu umówiliśmy się przy głównym wejściu centrum handlowego Åhléns. Trudno było przegapić tę jaskrawozieloną kurtkę! To może wydać się dziwne, ale już po kilku sekundach od pierwszego spotkania poczułam, że z naszym hostem znamy się od co najmniej kilku lat. Sudhanshu powitał nas (bardzo) szeroko otwartymi ramionami i na dzień dobry uścisnął niczym starych przyjaciół. Pomógł też wyrobić nam jednodniową Storstockholm Lokaltrafik w saloniku prasowym Pressbyrån (jedno z ulubionych miejsc bohaterów serii „Millennium” Stiega Larssona, w którym ochoczo kupowali kawę i cynamonowe bułeczki Kanelbullar). Następnie, śpiesząc się na lekcje tańca bachata, pokazał kilka charakterystycznych punktów oraz lokali do których warto zajrzeć i pobiegł w swoją stronę. A my? My zostaliśmy sam na sam ze Sztokholmem, so let the adventure begin!

DSC_0019-horz

DSC_0040

DSC_0046

DSC_0061

Zwiedzając okolicę przeszliśmy głównym deptakiem miasta. Mało przyjazna pogoda większość Szwedów wymiotła do domu. Jedna strona deptaku zaprowadziła nas do okolicznych parków, a druga do perełki stolicy – Gamla Stan, starego miasta. 

DSC_0076

Niedługo potem deszcz i przenikający wiatr i nas zawiał do poleconej przez Su Café Gråmunken. Po krótkiej przerwie na gorącą herbatę wyruszyliśmy w drogę żeby nie marnować czasu, którego i tak nie było za wiele. 

DSC_0073-horz

Po drodze mijaliśmy wystawy sklepowe. Szczególnie zaciekawiły nas cyrkowe akcesoria, a ja zakochałam się w przebraniu konia ;)

DSC_0009

DSC_0069

Po obfotografowaniu okolicy, naszym celem było znalezienie kolejnego miejsca, o którym wspomniał Sudhanshu – Wirströms Irish Pub. Po drodze trafiliśmy jeszcze do sklepu spożywczego, nie mogłam się powstrzymać przed spróbowaniem (pewnie bardzo zdrowej) wody o smaku czekolady i cytrynowego ciasta ;)

DSC_0105

Trasę do pubu namierzyliśmy dopiero po dłuższym czasie dzięki wi-fi w niezwykle „ekskluzywnej” restauracji sieci MAX, lokalnego konkurenta McDonald’s. O drogę pytaliśmy jeszcze napotkanych po drodze Szwedów. Co zdumiło mnie najbardziej, wszyscy mówią płynnie po angielsku, co więcej – z przepięknym, brytyjskim akcentem. I ta reguła tyczy się zarówno profesora uniwersytetu, jak i babci klozetowej ;) Niesamowite, biorąc pod uwagę, że takie kraje jak Francja czy Hiszpania cały czas bronią się przed tym językiem rękami i nogami.

DSC_0306

Wirströms Irish Pub. Zdjęcie zrobione następnego dnia.

Pub był mocno zatłoczony, ale w piwnicy znaleźliśmy wolny stolik dla dwóch osób. Wykorzystaliśmy ten czas, żeby na kolanie skrobnąć pamiątkową pocztówkę do rodziny. Co najlepsze, trafiliśmy jeszcze na wieczór z muzyką na żywo.

DSC_0122

Każdy członek zespołu dorzucał swoje trzy grosze i śpiewał część lub całość jednej z piosenek. Poniżej mała próbka uchwycona telefonem.

Ciężko było opuścić chłopaków, bo ludzie zgromadzeni wokół świetnie się bawili, a my razem z nimi. Czas gonił, a o północy umówiliśmy się na powrót do domu razem z Sudhanshu. Załapaliśmy się więc na ostatni bus jadący na wyspę na której mieszkał Su. Po wspólnych rozmowach o podróżach, książkach i nauce tańca bachata każde z nas padło na łóżko jak nieżywe.

Przydatne info:

Wirströms Irish Pub, Stora Nygatan 13 – miła atmosfera, mnóstwo wesołych ludzi z różnych stron świata i darmowa muzyka na żywo

  • Café Gråmunken, Västerlånggatan 18 – niewielka kawiarnia na starówce, której niewątpliwym plusem są, jak na Sztokholm, akceptowalnie niskie ceny